Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Mój głos to mój wybór

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ile razy wam się zdarzyło że ktoś was namawiał do picia alkoholu wtedy właśni,e gdy nie mieliście na to najmniejszej nawet ochoty. – No napij się …. Ze mną się nie napijesz? – słyszeliście zapewne wielokrotnie gdy ktoś wmawiał wam, że powinniście z nim wypić choć wam się nie chciało. – No, jednego się napij… na co masz ochotę? Na piwko? Na wódeczkę? – wciąż i na nowo ponawiano natrętne pytania. A przecież od razu zapowiedzieliście, że na żaden alkohol w tym dniu nie macie ochoty. A tu stawiają przed wami wybór. Jakby nie docierało do nich że nie macie na to ochoty. Że już postanowiliście. Że dziś waszym wyborem jest nie picie. I już. I nic więcej się nie liczy. A jednak zawsze znajdzie się ktoś ,kto docieka, dlaczego wasz wybór jest taki a nie inny. – Nie pije więc pewnie donosi – usłyszałem kiedyś. A ja po prostu uważałem, że nie powinienem zażywać alkoholu, bo jutro mam coś ważnego do zrobienia i muszę wcześnie wstać. Przecież mam wolną wolę i mogę postąpić tak jak mi się chce i zgodnie z moimi przekonaniami, i nikt nie powinien mnie na siłę przekonywać że postępuję źle. To co piszę ma być przykładem. Przykładem, który ma pokazać, że czasami wszyscy wokół chcą nas przekonać do swoich racji. Ma być przykładem ilustrującym denerwujące i usilne namawianie mnie do czynów, których z racji moich przekonań i tak nie dokonam. Ale często jest tak, że inni widocznie uznali, że powinienem wybierać mimo tego, że nie ma we woli wybierania. Wielu jest takich co nie szczędzą sił i środków na triki marketingowe które mają mnie przekonać, że moje poglądy nic nie znaczą. Ważne że inni myślą, że powinienem coś zrobić więc mam to zrobić i już. Po prostu ich prawda jest „najsza” bardziej niż moja prawda i moje przekonania.

Jeśli przykład z alkoholem jest za mocny i niewłaściwy, zbyt procentowy, i za bardzo niepoprawny politycznie, to odniosę się do czasów niewinności. Pamiętacie z dzieciństwa jak to było, gdy wam ktoś usilnie wmawiał, że powinniście zjeść obiadek z talerzyka, a wy wcale nie byliście wtedy głodni? Pamiętam też, że wtedy często słyszałem pytanie: no to co chcesz zjeść? Jakby to było najważniejsze. A przecież nie było kwestią to co chcę zjeść konkretnie, ale bardziej to, że mnie się po prostu absolutnie jeść nie chciało. Jednak podsuwano mi pod nos kolejne smakołyki, bo przecież tak czy inaczej powinienem coś zjeść, i przy tym nie liczono się zupełnie z tym, że jest przecież u mnie opcja nic nie jedzenia. Przynajmniej w tej chwili. Bo potem, za kilka godzin to już mogło być całkiem inaczej. Pewnie jest jeszcze wiele takich przykładów ,gdzie ktoś skłania nas do wyborów których dokonywać nie chcemy. I to wcale nie dlatego że tak zwyczajnie nam się nie chce. To jeszcze można zrozumieć. Ale czasem mamy stuprocentową pewność, że nie możemy uczestniczyć w czymś co tak naprawdę do niczego nie prowadzi. A jednak wciąż i znów słyszymy głosy ludzi, którzy nakazują nam wybór tylko dla samego aktu wyboru. Nie jest ważne że my świadomie nie chcemy dokonywać wyboru. Ważne jest to że powinnyśmy wybierać, bo tak nakazują nam inni. Nawet jeśli nasz wybór z dziesięciu możliwości jest niemożliwy. Nawet jeśli poprzez działania mediów i ogromne pieniądze wybór został ograniczony do dwóch możliwości, a żadna nie jest tą naszą, to i tak powinniśmy wybrać. Bo obowiązkiem patriotycznym stało się wybieranie dla samego wybierania. Jak w sporcie, mniej się liczy wynik- bardziej uczestnictwo.

Dziś z okienka telewizyjnego piękna panienka namawiała mnie do głosowania. Twarz jej kojarzę, dokonań jednak, mimo znacznych wysiłków, nie pamiętam. Ale panieneczka z okieneczka z karteczką w ręce ośmiela się mnie przekonywać że powinienem coś wybrać. A właściwie kogoś wybrać. Czyli tylko wybierać dla samego aktu wyborczego jak rozumiem. Należy koniecznie iść i wrzucić do urny karteczkę wyborczą. Nawet oddać głos nieważny, bo on frekwencyjnie i tak jest bardzo ważny jak się okazuje. Byle tylko zagłosować. – Wybory to nie małżeństwo – przekonuje mnie pani z telewizora. – Nie musisz kandydata kochać. Musisz go przynajmniej troszeczkę lubić – słyszę głos który ma mnie przekonać do udziału w wyborach. Pewnie że nie muszę go kochać – kandydata znaczy się – mogę go tylko ociupinkę polubić. Tak jak się lubi smak oranżady, dropsy czy wygodne buty! I już się czuję przekonany! Przecież nawet jak żaden kandydat nie jest mój, w sensie takim, że nie zakochałem się w jego poglądach politycznych, to i tak mam pobiec na wybory. Bo przecież frekwencja jest najważniejsza. Inny pan – o którym mówi moja mama że jest aktorem serialowym -a dla mnie podobny on jest zupełnie do nikogo, zarzuca mi nawet, że jak nie udam się do urn i nie zagłosuję to okażę się tchórzem. Pomijając brak autorytetu tego pana, ważniejsze jest to, że naprawdę nie wiem czy większym tchórzostwem jest to, że wybiera się najmniejsze zło licząc na to że jakoś to będzie, czy może to, że się jawnie i głośno mówi, że nie będzie się legitymizować tego w co się nie wierzy. Co jest bardziej uczciwsze: wybranie na siłę pośród tych których poglądów nie podzielam czy świadome pozostawienie tej zabawy tym, którzy jeszcze wierzą ,że to ma coś wspólnego w prawdziwym, takim klasycznie demokratycznym wyborem, gdzie ważniejszy jest człowiek, jego poglądy, przekonania, osobowość a nie pieniądze i medialny cyrk. I nikt nie musi mnie na siłę przekonywać i nazywać tchórzem, bo przecież mój głos, to mój wybór.