Monthly Archives

13 Articles

dziennik pesymistyczny

Brak dobrego czasu na pracę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Zupełnie nie chciało mi się dziś rano wstać z łóżka i iść do pracy. Każdy ma chyba takie chwile, że prawie natychmiast, tuż po przebudzeniu wie już doskonale, że mu się nic a nic nie chce. A już pracować to w szczególności. Za oknem słoneczko przygrzewa. Ptaszki śpiewają. Wieje łagodny wietrzyk. Na niebie żadnej chmurki – a ja mam wstać i iść do biura? Przecież to jakiś sadyzm! W telewizji już od rana denerwują mnie optymistycznymi prognozami pogody i pięknymi widoczkami znad morza. Uśmiechnięci i radośni prowadzący poranny program informacyjny, co pewien czas uparcie przypominają mi, że są wakacje. No przecież wiem, że są, ale dlaczego nie dla mnie? Pewnie przy ich zarobkach też bym się radował, mając nadzieję, że wyjadę na spokojne wakacje. Poza tym siedzą sobie w klimatyzowanym pomieszczeniu, więc mogą być radośni. A ja wiem, że czeka mnie podróż samochodem bez klimatyzacji i pobyt przez następne kilka godzin w dusznym biurze. Więc nie mam powodów do aż tak wielkiej radości. No może poza tym, że przecież mam pracę. Bo jak powszechnie wiadomo, praca jest – poza Polską oczywiście – najważniejsze.  Więc ta radość z posiadania zajęcia przynoszącego dochód – na moje miesięczne przeżycie – jest tak wielka, że mnie dostatecznie, co rano, motywuje do zwleczenia się z łóżka i udania się do pracy na godzinę ósmą. Choć wolałbym zasiąść na trawie i poczytać książkę.

A tam w pracy niezmiernie mnie drażni panujące w Polsce zjawisko takiej gospodarczej sjesty wakacyjnej. Gdzie bym nie zadzwonił, z kim bym się nie starał umówić w sprawach biznesowych, to wszędzie słyszę, że wybrałem zły czas. Że oni to owszem, jak najbardziej są zainteresowani moją ofertą. Chcą się oczywiście spotkać, ale… po wakacjach. We wrześniu. Bo teraz to przecież nie, bo są wakacje. Tak jakby cała nasza gospodarka popadła w takie zawieszenie na dwa miesiące. Pytam zawsze przy okazji takich rozmów, czy oni, ci moi potencjalni kontrahenci, idą zbiorowo na urlop? Czy ich nie będzie? Czy zamykają firmę na wakacje? I zawsze słyszę w odpowiedzi oburzone: Nie! Pracujemy! Ale są wakacje, więc spotkajmy się po ich zakończeniu. Pytam: czy jak pan Janek jest na urlopie to może spotkam się z jego zastępcą? Odpowiedź jest prawie zawsze taka sama: Nieeee, nie warto… nie teraz… po wakacjach. Teraz bardzo zły czas pan wybrał. Ja wiem, że się wszystkim nie chce pracować, tak jak mnie się nie chce prawie, co rano w te letnie dni. Ale jak już wstanę i się wybiorę do pracy, to niech też inni nie udają, że pracują przez te dwa miesiące. Niech solidarnie jak już są w pracy, to niech naprawę pracują a nie udają. Przecież wakacje to nie jakoś tragedia narodowa. Nie kataklizm. Nie trzeba każdej nawet minimalnej decyzji biznesowej odkładać za dwa miesiące. – Eeeee, panie. Nie ma sensu się spotykać teraz. Przecież są wakacje. Nic się nie dzieje. Żadnych klientów – słyszę, prawie przy okazji każdej rozmowy telefonicznej. – Przecież właśnie teraz powinniśmy się bardziej postarać, bo jak nie, to klient i tak się nie pojawi – argumentuje. Odpowiedź jest zawsze taka samo: – Nieeee, nie ma sensu. Po wakacjach. Bo teraz to taki marazm jest, że nic się nie chce.

 Mnie też się nie chce, ale jak już zmuszę się do pracy, to jednak pracuję, a nie zawieszam się nad komputerem na osiem godzin wypowiadając tylko: Eeeee, nie teraz…. we wrześniu. Czy to jakiś sen letni? Jakiś narodowy letarg? Sam już nie wiem skąd się bierze u nas taka niechęć i niewiara w to, że nie wszyscy klienci wyjechali na wakacje.  Jeśli ponad sześćdziesiąt trzy procent Polaków nie stać na wakacyjny wyjazd, to może przynajmniej dla nich warto się poświęcić i coś zrobić. A nie tylko wszystko odkładać dwa miesiące. Choć właściwie po latach pracy dochodzę do wniosku, że w Polsce nie ma dobrego czasu na pracę. Początek roku jest nie najlepszy, bo nie ustalono jeszcze budżetów. Więc potem. Ale na wiosnę też nie bardzo, bo przed świętami. Po świętach, więc mam zadzwonić. Gdy już kwiecie na drzewach, to też nie jest najlepszy czas, bo przed długim weekendem. Więc po nim może zadzwonię? Po nim już nie bardzo, bo wakacje się zbliżają. W lecie… to już opisywałem. Po wakacjach jeszcze nic się nie ruszyło, więc czas nadal nie najlepszy. Potem jesień, więc też się nie chce.  Potem święta, więc… po świętach. I znów nowy rok. Nigdy nie ma dobrego czasu. Zawsze nam coś przeszkadza. A może ja się męczę bez potrzeby? Może powinienem się udać na wakacje, tak na trzy miesiące i mieć do wszystko w… No tak, ale tu właśnie wracamy do podstawowego pytania: za co mam pojechać na wakacje?

 

dziennik pesymistyczny

To wszystko jest nieważne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Najważniejszy jest spokój. Nieważne są dla mnie wybory bogatych, którzy bawiąc się w upaństwowioną demokrację, zwyciężają lub przegrywają, co kilka lat swą władzę nad państwem i obywatelami. Nieważne są dla mnie zapewnienia i obietnice polityków składane w kolejnych kampaniach, bo i tak wiem, że nigdy nie będą spełnione. Nieważne jest, kto zasiądzie w pałacu, bo ja i tak nigdy tam nie zostanę zaproszony. Nieważne staje się to wszystko, gdy nie ma się pieniędzy na przeżycie kolejnego miesiąca. Choć codziennie wychodzisz wcześnie rano do pracy, by tam tyrać za grosze, to i tak ma się świadomość, że nic z tego, co oglądasz w reklamach nie będzie nigdy twoje, bo zarabiasz tyle, że starczy ci tylko na rachunki. I to nie na wszystkie. Co zmieni się od dzisiaj, gdy już wiemy, że mamy nowego prezydenta? Zapewne niewiele. Może ktoś z głosujących będzie zawiedziony, a ktoś inny radosny. Może, choć przez chwilę, w telewizji będzie mniej zapewnień o naszej świetlanej przyszłości. Ale tak dla zwykłego, szarego, przeciętnego człowieka nie zmieni się nic. Tak samo będzie trwał ten pospolity, nieważny dla twojego państwa dzień pracy na podatki. Najważniejszy jest dla mnie spokój, a ja go nigdy przez te ostatnie dwadzieścia jeden lat, niby wolności, nie zaznałem. Nauczyłem się tylko jednego, że liczą się tylko i wyłącznie pieniądze. Że wolność to pieniądze. Że zdrowie to pieniądze. Że przede wszystkim władza to pieniądze. A jak nie ma się w sobie kapitalistycznej krwiożerczości, to nie jest łatwo je zdobywać.

 Nie mam spokoju i pewnie nie zaznam go w najbliższym czasie. I naprawdę nie mam już siły wysłuchiwać o „zwycięstwie demokracji”, gdy przy uranach była pięćdziesięcioprocentowa absencja. Nie mam zamiaru cieszyć się ze zwycięstwa Bronka nad Jarkiem, gdy spotkany dziś rano przyjaciel opowiadał mi ze smutkiem w głosie, że pewnie nie dostanie w terminie pensji. Nie ma dla mnie znaczenia, kto zasiada w pałacu – bo ja z góry zakładam – a właściwie to mam pewność, że ci, co u władzy i tak dostrzegą mnie, maluczkiego wtedy tylko, gdy będę im znów potrzebny przy głosowaniach.  Do tej pory muszę sobie radzić sam i płacić podatki nie oczekując niczego w zamian. Co zmienią dla mnie obiecane przez kandydata na prezydenta podwyżki dla nauczycieli? Dla kilku moich znajomych tak, ale dla mnie nic. Co da obietnica przedwyborcza zwycięzcy, że powstrzyma się od reformy emerytur mundurowych? Mnie nic, choć pewnemu mojemu znajomemu zapewni wolność od pracy w dość młodym jeszcze wieku.  To, że studenci dostaną pięćdziesiąt procent zniżki na przejazdy też mnie nie dotyczy, choć to przecież dobra wiadomość. Podobnie sprawa się ma z refundacją zapłodnienia in vitro. Co się zaś tyczy reformy służby zdrowia to jestem przyzwyczajony, że nic się nie zmieni, bo trawa ona, ta reforma, odkąd sięgam pamięcią. A zadowalających rezultatów jakoś nie widać. Nie mam już nawet nadziei, że będzie lepiej, bo wiem, że to tylko obietnice. Że teraz będzie normalnie. Bo obiecany internet dla każdego obywatela raczej się nie ziści, a i nowych dróg też nie przybędzie nawet, gdy dać prezydentowi tysiąc, a nie pięćset dni spokoju, który potrzebny mu jest dla realizacji obietnic. Na pewno wydarzy się coś, co da usprawiedliwienie dla niedotrzymania zobowiązań.

Jak daleko jest z pałacu do tego mojego spotkania z przyjacielem, obawiającym się o swoją przyszłość? Dla niego nieważne było to, kto stanie się głową państwa, które i tak go w żaden sposób nie chroni przed pazernością i wykorzystywaniem kapitalistycznej gospodarki. – Nie, nie jadę na wakacje, bo mnie na nie stać – to mi między innymi powiedział. I zrozumiałem jak mało znaczyłoby pytanie, na kogo głosował, gdybym go o to zapytał. Ja nie mogę już znieść tego ciągłego gadania polityków o przeszłości i przyszłości. Ja żyję tu i teraz. I teraz chce mieć spokój. Nie chce czekać, bo już czekałem. Nie chcę mieć nadziei, na lepszą przyszłość, bo chyba jej jednak nie doczekam. Nie chcę słyszeć, że coś tam ktoś zawinił czterdzieści lat temu, bo dla mnie to już historia. Chcę zmian teraz. W tej chwili. W perspektywie lat, nie dekad. Bo ja już nie mam czasu. Ja potrzebuję stabilizacji i spokoju teraz. W tej chwili. A wiem, że dostanę teraz kolejną kampanię wyborczą. Że znów będę wysłuchiwał o winach tych, co rządzili. Słuchał obietnic, że jeśli wytrzymam półtora roku to będzie lepiej. Ja już teraz wiem, że tak nie będzie. Bo moje doświadczenie wskazuje, że nic się nie zmieni.

dziennik pesymistyczny

Tchórzliwa niedziela

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Przybędzie nam w niedzielę tchórzy – rzekł na powitanie mój znajomy, czyniąc tym samym aluzję do emitowanej przez wszystkie prawie stacje telewizyjne aż do znudzenia reklamy, nakłaniającej obywateli naszej ukochanej ojczyzny do głosowania. Faktycznie, zapewne w znacznej swej części, nie uda się tłumnie nasz lud roboczy miast, wsi i miasteczek do urn wyborczych. Nie spodziewałbym się jakiejś zastraszająco wielkiej frekwencji. I nie dlatego, że słoneczko pięknie świeci i wielu z nas po prostu uda się na łono natury, a nie na głosowanie. Przyczyna tego, niegłosowania tkwi raczej w tym, że wielu tych, którzy do tej pory aktywnie uczestniczyli w obywatelskim obowiązku, teraz po prostu nie ma swojego kandydata. Trudno jest wybierać mniejsze zło. Więc wielu zwyczajnie zagłosuje…nie głosując. Przyłączając się tym samym do tego tłumu, który nie wybrał się do komisji wyborczej już wcześniej. Poprzednio prawie pięćdziesiąt procent naszego społeczeństwa uznało, że nie interesuje ich ta państwowa forma demokracji. Ci właśnie, którzy nie zagłosowali, których „propaganda profrekwecyjna” nazywa tchórzami, są prawdziwymi zwycięzcami tej pierwszej tury wyborów. I to właśnie ich, obydwaj kandydaci konsekwentnie nie zauważali, prowadząc kampanię przed drugą turą wyborów.  Nikt nie zadawał sobie nawet trudu analizowania, dlaczego ludzie nie chcą głosować. Obydwaj, pozostali na placu boju o prezydenturę kandydaci, skupili się bardziej na tych kilkunastu procentach elektoratu, który zagłosował na lewicę, co też okazało się bardzo ciekawe, bo mogliśmy obserwować prawdziwy festiwal przemian prawicowych polityków w lewaków, tak po prostu, z potrzeby chwili.

 

– Ty nie głosujesz – przypomniał sobie mój znajomy. Potwierdziłem. Ale zapytałem też, dlaczego to on, ten, który tak usilnie od lat namawiał mnie do wypełnienia obywatelskiego obowiązku głosowania teraz nagle zmienił zdanie. – Wiesz, te wybory przypominają sytuację, gdy ktoś cię zapyta czy bardziej wolałbyś mieć kiłę czy rzeżączkę – odpowiedział. Faktycznie, ma chłop rację. W tej naszej obecnej sytuacji politycznej, jakiego by nie dokonać wyboru to zawsze okazuje się on nie najlepszy. A nie każdy chce wybierać coś, co ma być tylko mniejszym złem. Czy nie jest tak, że przez to umacnianie naszej sceny politycznej poprzez państwowe pieniądze dla partii politycznych, wytworzyło się u nas coś, co pozwolę sobie nazwać państwową demokracją. Mamy dwie silne naszymi pieniędzmi partie polityczne i prawie pięćdziesięcioprocentową absencję przy urnach wyborczych. Czy tylko ja tu widzę, że coś jest nie tak? U nas liczą się pieniądze, a takie dostają tylko takie partie, które są już przy państwowym korytku.  Czy jest u nas możliwe przy tej ordynacji wyborczej wygranie wyborów tak od zera w sensie finansowym? Nie, nie jest do możliwe. Inny mój kolega z pracy, które też od lat wypełniał ten obywatelski obowiązek głosując, powiedział mi, że tym razem tego nie zrobi. – To jak wybieranie jabłek z koszyka, gdy wiemy, że każde jabłko jest tam albo zgniłe albo robaczywe – tłumaczył.

 

Dla mnie pocieszające jest to, że jutro nastąpi cisza wyborcza i nie będę już musiał wysłuchiwać tych obietnic wyborczych, o których i tak wiem, że nie zostaną nigdy spełnione.  Jakie to szczęście jednak, że już od poniedziałku czarne będzie czarne, a białe będzie białe – jak mawiał klasyk. Już nie będzie się trzeba tak bardzo zmieniać, aby się przypodobać wyborcom. I znów prawica będzie prawicą, liberalizm liberalizmem a lewica… ta pewnie będzie taką lewicą, jaką była dotychczas. Czyli nijaką. Ale jednak żal trochę takich zaskakujących zwrotów akcji, jak u smutnego kandydata w żałobnym wdzianku. Czy nie będzie jednak nam brakowało takich światłych odkryć lewicowości u tych, co to, do tej pory byli raczej za jej delegalizacją? Nie będzie nam brakowało takich słów kandydata prawego i sprawiedliwego o tym, że Edward Gierek był komunistą, ale jednak patriotą? Mnie właśnie tego najbardziej będzie w poniedziałek brakować. Bo wiem, że wszystko wróci do normy aż do następnych wyborów. Do czasu, aż znów będą potrzebni ci, co głosują. Bo przecież nie głosują tylko tchórze. Prawda?