Najważniejszy jest spokój. Nieważne są dla mnie wybory bogatych, którzy bawiąc się w upaństwowioną demokrację, zwyciężają lub przegrywają, co kilka lat swą władzę nad państwem i obywatelami. Nieważne są dla mnie zapewnienia i obietnice polityków składane w kolejnych kampaniach, bo i tak wiem, że nigdy nie będą spełnione. Nieważne jest, kto zasiądzie w pałacu, bo ja i tak nigdy tam nie zostanę zaproszony. Nieważne staje się to wszystko, gdy nie ma się pieniędzy na przeżycie kolejnego miesiąca. Choć codziennie wychodzisz wcześnie rano do pracy, by tam tyrać za grosze, to i tak ma się świadomość, że nic z tego, co oglądasz w reklamach nie będzie nigdy twoje, bo zarabiasz tyle, że starczy ci tylko na rachunki. I to nie na wszystkie. Co zmieni się od dzisiaj, gdy już wiemy, że mamy nowego prezydenta? Zapewne niewiele. Może ktoś z głosujących będzie zawiedziony, a ktoś inny radosny. Może, choć przez chwilę, w telewizji będzie mniej zapewnień o naszej świetlanej przyszłości. Ale tak dla zwykłego, szarego, przeciętnego człowieka nie zmieni się nic. Tak samo będzie trwał ten pospolity, nieważny dla twojego państwa dzień pracy na podatki. Najważniejszy jest dla mnie spokój, a ja go nigdy przez te ostatnie dwadzieścia jeden lat, niby wolności, nie zaznałem. Nauczyłem się tylko jednego, że liczą się tylko i wyłącznie pieniądze. Że wolność to pieniądze. Że zdrowie to pieniądze. Że przede wszystkim władza to pieniądze. A jak nie ma się w sobie kapitalistycznej krwiożerczości, to nie jest łatwo je zdobywać.
Nie mam spokoju i pewnie nie zaznam go w najbliższym czasie. I naprawdę nie mam już siły wysłuchiwać o „zwycięstwie demokracji”, gdy przy uranach była pięćdziesięcioprocentowa absencja. Nie mam zamiaru cieszyć się ze zwycięstwa Bronka nad Jarkiem, gdy spotkany dziś rano przyjaciel opowiadał mi ze smutkiem w głosie, że pewnie nie dostanie w terminie pensji. Nie ma dla mnie znaczenia, kto zasiada w pałacu – bo ja z góry zakładam – a właściwie to mam pewność, że ci, co u władzy i tak dostrzegą mnie, maluczkiego wtedy tylko, gdy będę im znów potrzebny przy głosowaniach. Do tej pory muszę sobie radzić sam i płacić podatki nie oczekując niczego w zamian. Co zmienią dla mnie obiecane przez kandydata na prezydenta podwyżki dla nauczycieli? Dla kilku moich znajomych tak, ale dla mnie nic. Co da obietnica przedwyborcza zwycięzcy, że powstrzyma się od reformy emerytur mundurowych? Mnie nic, choć pewnemu mojemu znajomemu zapewni wolność od pracy w dość młodym jeszcze wieku. To, że studenci dostaną pięćdziesiąt procent zniżki na przejazdy też mnie nie dotyczy, choć to przecież dobra wiadomość. Podobnie sprawa się ma z refundacją zapłodnienia in vitro. Co się zaś tyczy reformy służby zdrowia to jestem przyzwyczajony, że nic się nie zmieni, bo trawa ona, ta reforma, odkąd sięgam pamięcią. A zadowalających rezultatów jakoś nie widać. Nie mam już nawet nadziei, że będzie lepiej, bo wiem, że to tylko obietnice. Że teraz będzie normalnie. Bo obiecany internet dla każdego obywatela raczej się nie ziści, a i nowych dróg też nie przybędzie nawet, gdy dać prezydentowi tysiąc, a nie pięćset dni spokoju, który potrzebny mu jest dla realizacji obietnic. Na pewno wydarzy się coś, co da usprawiedliwienie dla niedotrzymania zobowiązań.
Jak daleko jest z pałacu do tego mojego spotkania z przyjacielem, obawiającym się o swoją przyszłość? Dla niego nieważne było to, kto stanie się głową państwa, które i tak go w żaden sposób nie chroni przed pazernością i wykorzystywaniem kapitalistycznej gospodarki. – Nie, nie jadę na wakacje, bo mnie na nie stać – to mi między innymi powiedział. I zrozumiałem jak mało znaczyłoby pytanie, na kogo głosował, gdybym go o to zapytał. Ja nie mogę już znieść tego ciągłego gadania polityków o przeszłości i przyszłości. Ja żyję tu i teraz. I teraz chce mieć spokój. Nie chce czekać, bo już czekałem. Nie chcę mieć nadziei, na lepszą przyszłość, bo chyba jej jednak nie doczekam. Nie chcę słyszeć, że coś tam ktoś zawinił czterdzieści lat temu, bo dla mnie to już historia. Chcę zmian teraz. W tej chwili. W perspektywie lat, nie dekad. Bo ja już nie mam czasu. Ja potrzebuję stabilizacji i spokoju teraz. W tej chwili. A wiem, że dostanę teraz kolejną kampanię wyborczą. Że znów będę wysłuchiwał o winach tych, co rządzili. Słuchał obietnic, że jeśli wytrzymam półtora roku to będzie lepiej. Ja już teraz wiem, że tak nie będzie. Bo moje doświadczenie wskazuje, że nic się nie zmieni.