Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Płacić. Tak, ale za co?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Po wakacjach w moim domowym budżecie powstała wielka dziura. Czyli mam tak jak moje państwo: za małe dochody, a za duże wydatki. Ale ja w odróżnieniu od mojego rządu nie mam możliwości nałożenia na kogokolwiek jakichkolwiek podatków. A może jednak mam? Może uzasadniając moje żądania kryzysem światowym, krachem na światowych rynkach finansowych i jeszcze powodzią oraz suszą, zwrócę się do mojego pracodawcy o podwyżkę na pokrycie mojej dziury budżetowej. Taki podatek na niego nałożę za to, że tak ogólnie jest mi źle. Oczywiście rozważam to czysto teoretycznie, bo przecież takie działanie w praktyce zakończyłoby się dla mnie bezrobociem. W żadnym wypadku nie mogę przecież mojej nieudolności czy rozrzutności przy planowaniu wydatków domowych przenosić na pracodawcę. Dlaczego? Bo nie jestem państwem. Jakbym był urzędnikiem państwowym na posadzie to przecież swobodnie mógłbym przenosić odpowiedzialność za swoje postępowanie na podatnika. Ale jak jestem zwykłym szarakiem to możliwości mam ograniczone. Załóżmy, że nieodpowiedzialnie czy nawet odpowiedzialnie kierując swoimi wydatkami nie dałem rady w otaczającym mnie nieprzyjaznym świecie finansów. Doprowadziłem do tego, że mam takie długi, że… no nie wiem. No, może tak wielkie, że ho, ho, hooo. A może i większe! Do kogo miałbym mieć pretensje? Pewnie zgodnie z zasadami wolnego rynku tylko do siebie. Ale jeśli byłbym rządzącym tym krajem, wybieranym kadencyjne urzędnikiem państwowym, to miałbym pretensje do ogólnej sytuacji finansowej na świecie czy do nieprzyjaznej mi aury. Czy pamiętacie choćby jednego polityka czy urzędnika – w naszej nowej świetlanej i odrodzonej dwadzieścia lat temu Rzeczpospolitej – który przy ogłaszaniu kolejnych dziur w budżecie oraz kolejnej fali kryzysu powiedział: tak to ja! To jedynie moja wina. Ja zawiniłem. Wszystkie te nieszczęścia które spadają na wasze głowy to przeze mnie. Nie. Nigdy nie będzie takich, bo przecież co innego jest mówić przed kolejnymi wyborami o odpowiedzialnym rządzeniu a co innego jest przyjmować na siebie odpowiedzialność za rządzenie.

Powie ktoś: jest demokracja. Jak urzędnik czy polityk jest zły, popełnia błędy to go się w wyborach skreśli na karcie do głosowania i do władzy dojdzie ten lepszy. Nic bardziej mylnego. Ten co popełniał błędy przejdzie na jakiś czas do opozycji – do takiej zamrażarki – aby znów za cztery lata odmrozić się z opozycyjnego letargu i znów opowiadać jak to za jego kadencji będzie nam wszystkim dobrze. I tak w kółko. Trwa taka wieczna zamiana graczy przy stołach do rządzenia – nami podatnikami. Raz jeden, raz ten drugi. I znów zmiana. Raz szanowny pan, a teraz pan zostanie ministrem. Bo i na opozycję, i na tych co aktualnie u władzy i tak płacimy my- podatnicy. Ciekawe jest też to, że nigdy nie są winni strat i zaniedbań finansowych ci co aktualnie są u władzy. Zawsze odpowiedzialni za kolejne kryzysy są ci co właśnie udali się na czasową opozycyjną ławkę rezerwowych. Taki fenomen. Ale całkowicie zrozumiały. Przecież najważniejsze, żeby przetrwało państwo – jako największy i najhojniejszy pracodawca. Bo co by bez niego uczyniła ta nieprzebrana armia urzędników i wszelkiej maści polityków? Więc jeśli zabraknie pieniędzy to zawsze można sięgnąć po nie u tych, co państwo utrzymują, czyli do nas. Tam zawsze są jakieś pieniądze do pozyskania. Można podnieść VAT. A czemu by nie? Przecież każde działanie rządu jest dla dobra obywateli. Ciekawe tylko dlaczego ja nigdy tego jakoś nie zauważyłem. A od dwudziestu lat słyszę tylko i wyłącznie o tym, że nie ma pieniędzy i że muszę poczekać na lepsze czasy. A przy okazji tego czekania mam płacić podatki i siedzieć cicho. Bo jak nie zapłacę w terminie to będzie surowa kara. A więc płacę. Zaciskając zęby płacę. I prawie nic z tego nie ma. Na porządną opiekę zdrowotną mam poczekać jeszcze długo, bo nie ma pieniędzy. Kryzys permanentny. Nie mam co liczyć na przyzwoite drogi. Nie ma co liczyć na przyzwoite emerytury. Ogólnie nie mam co wymagać, bo za mało płacę. Jak coś mi jest bardzo potrzebne to przecież mogę zapłacić prywatnie. Z tego co mi zostało po opłaceniu tych wszystkich podatków. Jeśli tak jest to, dlaczego jest takie zdziwienie wśród rządzących, gdy zastanawiam się głośno na co idą moje pieniądze.

Jeśli widzę wyzyskiwanie to nazywam to wyzyskiwaniem. I nic na to nie poradzę. A czuję się tak jakby mnie ktoś wykorzystywał. Ja mam się przed państwem, przed jego urzędnikami wyliczyć co do złotówki z tego co zarobiłem. Mam obowiązek płacić podatki prawie od każdej życiowej czynności. A jak tylko coś chcę od państwa, to od razu staję się nieodpowiedzialnym obywatelem co to nie rozumie, że sytuacja budżetowa jest trudna. To jest sytuacja trudna, zgadza się, ale do zaakceptowania. Podatki powinny być w gruncie rzeczy dobrowolnymi opłatami za usługi ze strony struktur państwowych. Jeśli nie ma usług to nie mam podatków. I odwrotnie. Czy nie byłoby uczciwiej gdyby opłaty państwowe nie były ze sobą powiązane i gdybyśmy mogli zrezygnować z płacenia na to, z czego nie korzystamy. Bo nikt nie lubi płacić tak tylko dla samego płacenia.