Nie moje państwo…
Nadszedł już czas powiedzieć dość. I ja to dziś czynię z pełną odpowiedzialnością. Nie chcę państwa które mnie oszukuje wizją dobrobytu za jakiś bliżej nieokreślony czas. Nie stać mnie już na czekanie i kolejne zaciskanie pasa, bo nie mam już nim czego zaciskać. No właściwie można by jeszcze zacisnąć go na szyi. Mam już dość, bo ja się nie prosiłem systemu, w którym przyszło mi żyć. Nie chciałem takiego państwa w którym będę nikim, gdy nie będę miał pieniędzy. Nie chciałem państwa dla garstki rozpolitykowanych bogatych i armii urzędników. Nie chciałem państwa, gdzie ciągłe polityczne spory stały się ważniejsze od działania dla dobra ogółu. Czy naprawdę potrzebuję państwa, w którym od trzech miesięcy najważniejszym wydarzeniem jest informacja, co nowego w śledztwie prowadzonym dla wyjaśnienia wypadku lotniczego? Daleko mi od dziś do państwa, gdzie przed pałacem prezydenta stoi krzyż, a sprawa jego przeniesienia czy zachowania w dotychczasowym miejscu stała się najważniejsza. Mam dość, bo widzę że moje państwo gra tylko na przeczekanie. Na ciągłość swojego własnego trwania. Nie wiem czy mnie moje państwo ochroni gdy przyjdzie taka potrzeba. Wiem za to że na pewno mi nie pomoże jeśli zachoruję. Wiem, że niewielu, lub prawie nikt i nic, mi nie pomoże jeśli stanę się bezdomnym lub bezrobotnym. Bo ja jestem dobry dla mojego państwa gdy jestem przy forsie i regularnie płacę podatki na jego istnienie.
Ciekawa sprawa z tym moim państwem gdyby je oceniać przez pryzmat telewizji. A właściwie jak ja miałbym je inaczej oceniać? Przecież ono przypomina sobie o mnie tylko podczas wyborów i gdy trzeba mnie wydoić z pieniędzy. Podczas oglądania telewizyjnych wiadomości dowiedziałem się, że najważniejszą sprawą w mojej ojczyźnie jest to, jaki pomnik postawić przed prezydenckim pałacem. Równie ważne jest to, czy będzie tam krzyż czy może go tam nie będzie. Wysłuchałem niekończącego się sporu o wydarzenia historyczne, których nie tylko ja nie pamiętam ale chyba nie bardzo kojarzą je moi dziadkowie. A tu dla sponsorowanych przez państwo polityków jest to sprawa wciąż aktualna. Potem jeszcze standardowa garść informacji o zniszczeniach spowodowanych kapryśną pogodą. Ale spokojnie… to nie wina państwa, bo jak wszyscy wiemy aura jest nieprzewidywalna i to tylko jej wina- aury, znaczy się. Poszkodowanym przez żywioły państwo pomoże… w przyszłości. Na koniec jeszcze informacja, że banki wprowadzą takie utrudnienia w otrzymaniu kredytów mieszkaniowych, że tylko ktoś bogaty będzie mógł z nich skorzystać. Oczywiście to wszystko dla mojego dobra. Teraz, ci nisko oraz średnio zarabiający, będą musieli znów zaczekać na lepsze czasy. No i koniec dobrych wieści z krainy uśmiechu. Ale ogólnie jest dobrze. Wydźwięk informacji o stanie państwa jest pozytywny. Idzie ku lepszemu. Są trudności, ale kiedyś… no, ale jakieś dwadzieścia czy trzydzieści lat temu to dopiero było źle. A na koniec wszystkiego, tuż po garści informacji z frontu walki politycznej o pietruszkę, czy jak kto woli krzyż czy pomnik, zobaczyłem reklamówkę akcji społecznej. I dopiero z niej dowiedziałem się, że co piąte dziecko w Polsce cierpi z głodu. Dlaczego ja nie dowiedziałem się tego od tego europosła czy od pana senatora? Dlaczego mi ksiądz biskup i generał w jednej osobie tego nie powiedział? No bo oni woleli o pomniku albo o krzyżu. Głodne dzieci są mniej medialne.
No i wyszło na to, że dwadzieścia lat zwycięskiego, demokratycznego marszu doprowadziło do tego, że co piąte dziecko jest niedożywione. Ale przecież to nie wina państwa. Ono jest jak najbardziej niewinne. Bo nie ma pieniędzy. Nie ma, bo jest nieudolne. Bo tak naprawdę to liczy tylko żeby się samemu wyżywić. Przestałem wierzyć w zapewnienia, że jak tylko się powstrzymam od protestów… jak tylko zacisnę pasa… jak będę cierpliwy – to już za kilka lat będzie lepiej. Nie będzie. Bo jedyna zmiana jaka może zajść to taka, że tych co teraz rządzą i wyciskają ze mnie pieniądze na podatki, zastąpią ich koledzy z równie atrakcyjnym programem naprawczym. Bo wszystko sprowadza się do istnienia państwa jako dobrego pracodawcy tylko dla jego urzędników. I tylko ono ma przetrwać. Ono ma zapewnić pracę i zarobki kolejnym pokoleniom urzędniczych pasożytów. Wyczytałem wczoraj, że w ostatnim okresie przybyło nam sześćdziesiąt pięć tysięcy nowych urzędników. Według szacunków jednego z ekonomistów ich utrzymanie będzie nas podatników kosztować tyle, ile przyniesie podniesienie podatku Vat na książki. Tak! Mam już tego dość! Choć jeszcze sam nie wiem co z tym zrobię, to lepiej mi ze świadomością, że już nikt mnie nie oszuka. Bo przestałem wierzyć w państwo. Bo przestało być już moje.
