Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Syndrom Mariolki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 115

W mojej firmie wszyscy pracują od ósmej. Przynajmniej teoretycznie. Ja osobiście nie mogę uchodzić za wzór punktualności. Nie jestem znów taki święty, zdarza mi się przyjść do biura kilka minut później. Ale raczej staram się być na czas. Gdy już jestem w firmie, to siadam przy biurku i zajmuję się swoimi sprawami. Oczywiście nie będę też ukrywać, że jak zajrzy do mojego pokoju koleżanka czy kolega i do mnie zagada – co tam u ciebie? – To nie udaję głuchego, tylko z nią lub z nim pogadam. Ale przez chwilę. Jestem przecież w pracy i jak mi już płacą, to mam poczucie, że muszę na to, co tu zarabiam zapracować. Byłbym jednak hipokrytą jakbym nie przyznał, że od czasu do czasu zdarza mi się przeglądać strony internetowe, które absolutnie nie są związane z moją pracą. Tak, ale przecież nie można pracować osiem czy więcej godzin bez przerwy, więc robię je sobie od czasu do czasu. Czyli z pewnością postępuję tak jak większość pracowników najemnych. Ale jest u mnie w biurze ktoś, kto od lat zadziwia mnie swoją postawą oraz swoistym szczęściem i umiejętnością przetrwania w każdych warunkach. To nie osoba, ale osoby, które dla ułatwienia nazwę Mariolką. Nie jest to jedna konkretna postać z krwi i kości… To raczej zbiór postępowań, które dla ułatwienia obdarzyłem jedną osobowością. Tworząc dla własnej wygody postać Mariolki. Jakże inaczej wygląda dzień pracy Mariolki od takiego biurowego przeciętniaka jak ja, czy moi koledzy. Jak już wspominałem pracujemy od ósmej rano do godziny szesnastej – ale nie ona. Ona zjawia się w firmie tak około dziesiątej. Dlaczego? No, bo ona ma dzieci. Ja nie mam potomstwa, więc – jak to już mi wielokrotnie Mariolka tłumaczyła – mam rano więcej czasu. Dlatego jej spóźnienia są jak najbardziej uzasadnione. Pani M. wpada do biura, rzuca torebkę na biurko opada na fotel i już jest zmęczona – pracą oczywiście. Tymi dwiema godzinami, których nie przepracowała. Bo Mariolka jest wiecznie zmęczona i zapracowana.

 

Jak już dotrze pani M. do biura to potem jest jej już zdecydowanie łatwiej. Na dzień dobry zapyta mnie czy zrobiłem dla niej coś, co mogłoby sama zrobić, ale przecież nie zrobi, bo ona jest zmęczona. Oczywiście jak Mariolka nie ma wykonanych na czas potrzebnych jej dokumentów, papierków, czy tabelek, to nie może nic zrobić i jest zła. I już ma powód do narzekania, bo przecież jak ona może pracować, jak nie ma tego albo tamtego. Powie ktoś – człowieku, zrób to, o co Cię prosi, to da ci da spokój. Nic bardziej mylnego. Mariolka tak długo będzie szukać dziury w całym aż znajdzie w końcu coś, co uniemożliwi jej dalszą pracę. A jak już nie może przez swoich wrednych współpracowników pracować to przecież ma czas na kawę. Więc udaje się do kuchni i znika na godzinkę… Bo przecież tam spotyka inne Mariolki, które też są zmęczone i też pozbawione przez wrednych współpracowników możliwości spokojnej pracy. Ponarzekają tam, na jakość służbowej kawy, na małe zarobki, astronomiczne ceny butów i sukienek oraz oczywiście na własnych i cudzych mężów. Podzielą się tym, co najpiękniejsze, czyli nowym niesamowitym osiągnięciem własnego dziecka, czyli zrobieniem ładnej kupki dla przykładu. Czyli ogólnie zajmują się w ich mniemaniu pracą.  Ciężko harują – jak to mi dziś wyjaśniła pewna Mariolka. Zdarza się na ich nieszczęście, że szef wszystkich szefów przepędza towarzystwo wzajemnej adoracji z biurowej kuchni zapytując, co zostało przez nie dziś zrobione.  Ale nie jest to żadnej problem dla pan M. Mariolka ma zawsze na dociekliwe pytania przełożonego gotową odpowiedź: – my zrobiliśmy!  I choć wiesz, biedny człowieku, że sam to zrobiłeś poświęcając na to kilka godzin Mariolka zawsze znajdzie się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, aby zakomunikować szefowi, że: właśnie to i to ZROBILIŚMY! Oczywiście okrasza to wyznanie przerzucaniem nogi na nogę oraz perlistym uśmiechem. Bo Mariolka jest mistrzynią autopromocji.

 

Potem już przy biurku zajmuje się Mariolka pracą. Czyli zadzwoni do kilku koleżanek, i co muszę przyznać, także do kilku klientów firmy, ale bez przesady, nie do zbyt wielu. Potem wpadnie koleżanka, potem druga, więc trochę pogadają. W międzyczasie – zamówi u mnie oraz u innych współpracowników wykonanie kilku niezbędnych jej rzeczy, które gdy będą niewykonane na czas uzasadnią jutro to, że nie będzie Mariolka mogła pracować. A jeśli ktoś spróbuje odmówić Mariolce to biada mu. Nie wolno jej odmawiać, bo ona jest przecież tak zapracowane, że nie może tego zrobić sama.  I tak jakoś jej zleci czas do czternastej trzydzieści. Bo mniej więcej o tej porze Mariolka zaczyna przygotowania do opuszczenia biura. Potem znika, aby znów pojawić się następnego dnia znów zmęczona i zapracowana. Zastanawiam się zawsze nad tym, czy jak ja bym miał w pracy taką postawę, to czy przetrwałbym tak długo jak ona. Pewnie nie. Ale Mariolka to przecież Mariolka – swoista mistrzyni autopromocji. 

 

Dla własnego bezpieczeństwa zastrzegam: wszelkie podobieństwo do osób z mojego biura jest zupełnie przypadkowe.