Piętnaście minut spóźnienia
– Oj przestań, wcale się przecież nie spóźniłam – powiedziała słodko moja znajoma. Żeby przynajmniej była to jakaś dziwaczna forma wytłumaczenia się z notorycznego w jej przypadku spóźnialstwa, ale nie, ona naprawdę głęboko jest przekonana, że nic takiego się nie stało. Umówiłem się z nią na ósmą rano. I jak zawsze ilekroć się z nią umawiam zawsze jest tak samo. – Umawiamy się na ósmą rano. Przyjdź punktualnie – proszę grzecznie. – Jasne, przecież zawsze jestem o tej godzinie w pracy – odpowiada. A ja rano siedzę na schodach mojej firmy i czekam piętnaście czy dwadzieścia minut. Niby nic, bo kilka minut to przecież nie jest godzina czy dwie. Ale jednak nie trzy minuty. Nie po to wstałem wcześniej żeby teraz czekać na kogoś, komu nie chce się przyjść punktualnie. A z tą kobietą jest tak zawsze. Mam wrażenie, że godzina, na którą się z nią umawiam jest zawsze dla niej czymś, co ma tylko wartość w przybliżeniu. Zawsze jak tak czekam na tych kamiennych, przez co i zimnych schodach, zastanawiam się, dlaczego tak jest, że ona nigdy nie przyjdzie wcześniej. Tak z trzydzieści minut przed czasem. Zawsze się spóźni. I nigdy nie widzi w tym nic niestosownego. – Przecież to tylko piętnaście minut, nic się wielkiego nie stało – słyszę od niej. Ale ja przecież te minuty – które dla niej były tylko nic nieznaczącą chwileczką -spędziłem bezczynnie w bezsensownym oczekiwaniu. Funkcjonuje u nas taka instytucja spóźnienia, która tak naprawdę spóźnieniem nie jest. Wszystko zależy od czasu. Jeśli tylko poślizg nie jest dłuższy niż kwadrans, to wszystko niektórym wydaje się niewinne. Czyli w zasadzie to nie powinienem być zły, bo przecież moja znajoma pojawiła się na umówione spotkanie tylko kilka minut po tym kwadransie, który przecież i tak się nie liczy jak już wspominała znajoma. – Piętnaście minut spóźnienia jest ogólnie przyjęte, jako dopuszczalne – przekonywała mnie. W zasadzie bym się tym zgodził jakby u niej nie było to notoryczne. Jak tak te wszystkie kwadranse zliczyć, to czekałem w sumie na nią w tym miesiącu kilka godzin. Nieważne jest, na którą się umówię, na pełną godzinę, czy na taką z minutami ona i tak przyjdzie po wyznaczonym czasie. – Wiesz, ile ja mam rano spraw na głowie – uzasadnia tradycyjnie swoją niepunktualność. Chyba ona wychodzi z założenia, że ja to tylko wstaję, otrzepię się i wychodzę tak jak spałem. A ona, jako kobieta, musi tak wiele czynności wykonać, że to zawsze jest dobrym uzasadnieniem jej kolejnego spóźnienia. Jakoś nie przyjdzie jej do głowy żeby wstać z pościeli kilka minut wcześniej. – A co by było, jakby tak każdy przychodził, kiedy by chciał, na którą by chciał? – usłyszałem dziś takie pytanie. Pewnie nigdy byśmy się nie spotykali. A może wtedy byłoby prościej? I ja bym się nie denerwował niepunktualnością pewnej pani? Jest temat do rozważań na schodach, bo ona pewnie jutro też się spóźni.
