Monthly Archives

13 Articles

dziennik pesymistyczny

Białe flagi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Jestem przekonany,  że politycy coraz częściej używają metafor,bo po prostu tak jest im łatwiej. Każdy może sobie dowolnie zinterpretowaćwypowiedz, więc nie mam potem problemów z dotrzymaniem obietnic. Mam wrażenie,że w wypowiedziach naszych polityków jest coraz mniej konkretów a coraz więcejtakiego zwykłego lania wody. Czasem jeszcze trudniej jest zrozumieć co polityk miałna myśli niż jest to w przypadku poety. – Co poeta miał na myśli – zadawano miw szkole takie pytania. Teraz gdy słyszę wypowiedzi niektórych polityków, samsobie zadaje takie pytanie i znów mam kłopot z interpretacją. – Jeżeli DonaldTusk w tych warunkach będzie gotów dyskutować, to spełni jeden mój warunek. Alejest także drugi – zwinięcie białej flagi, zarówno w stosunkach wewnętrznych,wobec możnych w Polsce, ale i wobec możnych poza Polską. To jest warunekmerytorycznej dyskusji – mówił pan prezes prawych i sprawiedliwych nakonferencji prasowej. No dobra, powiedział… Ale o co mu chodziło? Pytałem moichznajomych takich co nie obca jest im ideologii tej partii to też mogło oznaczaćta biała flaga. – Przestać prowokować – wydarł się na mnie znajomy gdy spytałemczy mógłby mi łaskawie wyjaśnić o co kamam z tymi flagami. Czy to przenościeczy też może faktycznie jakieś białe sztandary powiewają nad kancelariąpremiera? Jeśli to metafora to bardzo mglista. Za nic nie wiem i nie tylko ja oco w tym chodziło. Co za flagi? Jakie zwiniecie? – Donald Tusk powiewa białąflagą, wymyśla coraz to nowe preteksty, żeby go nie krytykowano. Ostatnioogłosił, że nie można go krytykować z tego względu, że mamy prezydencję,przedtem wszystkiemu winien był prezydent, później PiS był wszystkiemu winien –rzekł onegdaj  prezes prawych isprawiedliwych. – Mhhh… może to jakaś obsesja na punkcie flag w kolorze białym?– dociekał mój znajomy. Fakt co w tym musi być?

 

dziennik pesymistyczny

Nie bluzgajcie tak! Motyla noga!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Ja to bym ich od razu na ciężkie roboty wysłała, bez sądu – wyznała stojąca obok mnie pani przyglądając się napisowi, który jakiś utajniony artysta wykonał sprayem na nowo wyremontowanej elewacji zabytkowej kamienicy. Starałem się przecisnąć przez tłumek, który stał na chodniku i żywo komentował sztukę ulicy, która pojawiła się jak widać bardzo dla nich niespodziewanie. Oczywiście to, co wandal namazał na ścianie nie było w żaden sposób artystyczne, ot zwykłe bazgroły, jakich wiele na naszych ulicach, wykonane w niewiadomym celu. – Ja to bym ich (tu padło kilka słów zdecydowanie niecenzuralnych) i porywałbym nogi z dupy – wtórował przedmówczyni pan, który sądząc po zdecydowanie fizjonomii był w stanie spełnić swoje groźby. – Ja to bym tym skur… tak wpier… żeby im (tu znów padły niecenzuralne słowa) – emocjonował się kolejny sąsiad zbulwersowany zeszpeceniem kamienicy. Przez ten czas, w którym starałem się przedostać przez tłumek tamujący ruch na chodniku przypominałem sobie, utrwalałem i uzupełniłem słownik przekleństw używanych przez nasz bogobojny naród. – Ja rozumiem, że państwem targają emocje, ale, po co tak bluzgać na ulicy – zauważyła nieśmiało pani, która podobnie jak była tylko przechodniem. – Aż uszy puchną, gdy się tego słucha – powiedziała do mnie, widocznie szukając poparcia i zrozumienia. Ja to bym ją może i zrozumiał, bo faktycznie sąsiedzi, choć słusznie zdenerwowani niemiłosiernie rzucali mięsem, ale okazało się, że tłumek nie był tak tolerancyjny. Kilka osób w krótkich żołnierskich słowach poradziło pani urażonej bluzgami, aby ta … że użyję tłumaczenia: szybko się oddaliła. Co też szybko, ja i tak pani uczyniliśmy. –  Powinno się karać za takie wulgaryzmy – orzekła pani, gdy już skręciliśmy za róg ulicy. – Fakt – zgodziłem się odruchowo i tak się rozstaliśmy. Gdy kilka dni później opowiadałem o tym zdarzeniu znajomym ich opinie o tym czy karać czy nie karać za bluzgi na ulicy były podzielone.  Tak też, od przyjaciół, dowiedziałem się, że ministerstwo sprawiedliwości zamierza skuteczniej walczyć z wulgarnymi odzywkami w miejscach publicznych. Urzędnicy w projekcie znowelizowanego kodeksu wykroczeń za przeklinanie przewidują kary sięgające nawet trzech tysięcy złotych. Czyli dwa razy więcej niż obecnie. – Nieźle – pomyślałem. Choć od razu wyobraziłem sobie tajnego agenta, który w tym moim przykładowym tłumie próbuje wymierzyć bluzgającym sprawiedliwość i egzekwować prawo wręczając mandaty za przekleństwa.  Zdecydowanie taki strażnik obyczajności musiałby posiadać super moce. Bardzo, ale to bardzo chciałbym, choć raz w życiu zobaczyć jak strażnik miejski lub policjant wręcza mandat osobie używającej wulgarnych słów w miejscu publicznym. Bo jak na razie to mi się nie zdarzyło. A widziałem ostatnio grupkę kinoli, którzy maszerowali środkiem ulicy bluzgając tak, że aż matki dzieciom zatykały uszy.  Policja, strażnicy miejscy byli na miejscu w znacznej sile, i co? I nic. Miałem wręcz wrażenie, że oni tam byli po to, żeby ochraniać tych bluzgających. A z samych mandatów nasze miasto mogłoby uzyskać kilkanaście tysięcy złotych, a po nowelizacji ustawy dwa razy więcej.  Bo przecież ustawa o karaniu za przeklinanie w miejscu publicznym jak najbardziej obowiązuje. A może nie trzeba zwiększać kar, tylko wychowywać od małego? Tak, żeby skorupka za młodu bluzgami nie nasiąkała? Sam nie wiem, choć jak wyczytałem w Internecie, nie tylko mnie na sercu leży ten problem. Biskup częstochowski, Antoni Długosz onegdaj na łamach Super Expressu radził, jak wolno przeklinać katolikowi i które sformułowania dla wiernych kościoła rzymsko – katolickiego są zabronione. Jak wynika z przekonania kleru, ponad dziewięćdziesiąt procent Polaków to katolicy. Pokładam, więc głęboką nadzieję, że już niedługo posłuchają rady swego biskupa i zaczną mówić w gniewie: Motyla noga!, Kurza stopa!, Kurza melodia!, Kurczę blade!, Kurtka na wacie!, Kuchnia felek!, Psiakość!, Do kroćset fur beczek!, Na krowie kopytko!, Kurcze pióro! Lub Kurczę pieczone! Liczę na autorytet kościoła, bo na to, że Polak przestanie bluzgać, bo przestraszy się kodeksu karnego… nie mam nadziei. 

 

dziennik pesymistyczny

Jazda na rezerwie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Mam do ciebie prośbę – usłyszałem w słuchawce głos kolegi. – Czy możesz mi pomóc, zabrakło mi paliwa – dodał z rozpaczą w głosie. Pewnie, że mu pomogę pomyślałem. Kierowcy muszą sobie pomagać a już szczególnie, jeśli pomocy potrzebuje kolega i do tego kierowca. – Tylko jak ja mu mam pomóc- pomyślałem. To oczywiste, że potrzebował dostawy paliwa na miejsce agonii jego samochodu i w tym głównie miała się wyrażać moja pomoc. Ale lata ogólnej dostępności paliwa przyczyniły się to tego, że byłem do tego zupełnie nieprzygotowany.  – Czy ja mam kanister na benzynę? – Zapytałem sam siebie. No to było oczywiste, nie miałem. Bo już dawno uznałem, że stacji benzynowych jest tak dużo, że pojemnik na paliwo jest bezużyteczny. – Zawsze zdążę dojechać do stacji paliw jak tylko zapali się rezerwa w samochodzie – przekonywałem sam siebie od lat, i co też w tej chwili sobie uświadomiłem, przekonywałem o tym kolegę, który potrzebował teraz mojej pomocy. Ja nie miałem, ale przypomniałem sobie, że jest ktoś, kto ma. Szczęśliwie osoba, o której pomyślałem większość swych lat przeżyła w czasach realnego socjalizmu gdzie trzeba było wszystko chomikować. – Nie, kto, jak kto, ale on to na pewno będzie miał kanister – pomyślałam. Wykonany telefon przekonał mnie, że miałem rację. Miałem, więc już pojemnik na paliwo. Teraz wystarczyło odwiedzić stację benzynową.  I tam naszła mnie kolejna refleksja. – Boże, kiedy to ja ostatnio lałem paliwo do baniaka? Przypomniałem sobie zamierzchłe czasy, gdy szczytem moich motoryzacyjnych możliwości był fiat i to do tego mały. A teraz, no całkiem inaczej. Nie dość, że samoobsługa, to jeszcze zapłaciłem kartą. Inny świat.  Wyrwałem się z rozmyślań, bo przypomniałem sobie o tym, kto tam na mnie oczekuje z pustym bakiem. Gdy już dotarłem na miejsce zobaczyłem znajomego stojącego przy samochodzie na poboczu drogi. Wyglądał tak smutno.  – No dobra, nalewamy… mam paliwo – oznajmiłem mu wesoło. Kolega otworzył wlew … i nas zamurowało. Lejek. Jak ja mogłem zapomnieć o lejku?! Przecież nie da się tak po prostu wlać paliwa do zbiornika. Trzeba mieć lejek. Po dziesięciu minutach byłem z powrotem tym razem przygotowany do awaryjnego tankowania. – Uratowałeś mnie, teraz to już tak jest, że jeździ się zawsze z zapaloną kontrolką, bo paliwo takie drogie – dziękował mi kolega. Gdy wracałem do domu pomyślałem, że w zasadzie niewiele się zmieniło, choć minęło tle lat. Pamiętam dużego fiata mojego kolegi, w którym przepaliła się żaróweczka kontrolki rezerwy paliwa, bo w zasadzie z braku funduszy świeciła się tam stale. Spojrzałem przed siebie. No tak, u mnie też się właśnie zaświeciła lampka rezerwy. Czyli znów nadchodzą czasy, gdy trzeba będzie wozić ze sobą zapas paliwa na wszelki wypadek, bo przecież nie zawsze jestem na tyle bogaty ,żeby zatankować bak do pełna.