Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Zmuszony do pytań

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Panie redaktorze, ja jestemzmuszony zapytać pana, z jakiej pan jest redakcji: polskiej czy niemieckiej? – zapytałemkolegę pracującego dla pewnej lokalnej gazety. W mych dociekaniach, co dopochodzenia pisma inspiracją były słowa klasyka polskiej myśli politycznej,naszego wielkiego prawego i sprawiedliwego, specjalisty od wszelkich podziałówi ustawiania ludzi tam, gdzie powinni stać, czyli… nasz ukochany prezes. Tytułczasopisma, w którym pracuje mój znajomy, brzmi tak z angielska, co możesugerować, że mamy tu przypadek całkowicie niepolskiej redakcji, dlategoprzecież uzasadnione było moje pytanie. Bo przecież zawsze trzeba wiedzieć, zkim się przebywa. Co prawda w piśmie większość tekstów jest w języku polskim iz tego, co wiem, właściciele, dziennikarze, współpracownicy, specjaliści odreklamy wszyscy są Polakami, ale co ja tam wiem, trzeba to ustalić, bo przecieżjakby się okazało, że oni są z „opcji niemieckiej”, to pewnie by mi to czytanietekstów taką wodę z mózgu zrobiło, że… no sam nie wiem, pewnie tak bym zgłupiał,przestałbym wierzyć w świętą wizję prezesa. Dlatego ważne jest wiedzieć, gdzie,kto pracuje. Ten w polskiej redakcji, a ten w niemieckiej. A co z moją koleżanką,która już od kilku lat pracuje w firmie, gdzie całe kierownictwo to Amerykanie,ba, cała firma jest amerykańska. Do tej pory mi to nie przeszkadzało, aleteraz? No, nie wiem… zapytam ją może czy ona jest z firmy: polskiej czyamerykańskiej. To może być przecież bardzo ważne. A może zacznę od siebie… Mojababcia urodziła się w Rostocku, przed wojną, a pamiętajmy, kto tam wtedyrządził. Co prawda urodziła się w rodzinie polskich emigrantów, za młodu lepiejznała niemiecki niż polski, to pewnie w oczach tych, którzy uważają się za prawychi sprawiedliwych, to pewnie więcej z niż „dziadek z wermachtu”.  A właśnie, dziadek… przecież dziadek podczaswojny pracował w niemieckich fabrykach zbrojeniowych!, Co prawda nie z własnejwoli a przymuszony, ale zawsze!  Pracowałnie w polskiej, a w niemieckiej fabryce. Niedobrze. A tu jeszcze dziadkowie odstrony ojca mieli w rodzinie Ukraińców z racji ówczesnego zamieszkania. Ja tomam pecha. Nie dość, że niemiecka to jeszcze ukraińska opcja. A jak wiadomo wPolsce Ukrainiec to już prawie Rosjanin, więc nie mam szans w nowejRzeczypospolitej. A do tego przez wiele lat związany byłem w firmą, którejwłaścicielami są Węgrzy… sam obawiam się tego, czym się mogłem zarazić.Przecież ja pracowałem w węgierskiej a nie w polskiej firmie! Przez te słowaprezesa teraz czuję się zmuszony zapytać samego siebie i wszystkich wokół mnie,z jakiej są redakcji czy firmy: polskiej czy niemieckiej? Amerykańskiej,węgierskiej, francuskiej czy, mój Boże, rosyjskiej. I odkryłem wiele ciekawychspraw: okazało się, że Ewa od dawna tkwi w opcji amerykańskiej, Monika wizraelskiej chyba, ale tu sprawa jest skomplikowana, bo to raczej pomówienia,co do pochodzenia, sugerują kraj pochodzenia właścicieli, Krzysiek jak nic wrosyjskiej, ja w węgierskiej… jakby tak się rozejrzeć to każdy tu ryje i knujei nikt nie pracuje w narodowo, czysto polskiej firmie. Zdanie, któredoprowadziło do tych moich narodowych rozważań usłyszał od prezesa prawych isprawiedliwych dziennikarz TVN. Wcześniej redaktor spytał prezesa, jakie ciemnesiły stoją za wyborem Angeli Merkel na kanclerza Niemiec. O tych tajemnych iniedopowiedzianych siłach wspominał jeszcze wcześniej „Lider” w swojejnajnowszej książce. Swoją drogą ten to ma wiedzę na każdy temat, pozazdrościć.- Dobrze być polskim dziennikarzem. Polskim dziennikarzem, panie redaktorze -rzekł też prezes do dziennikarza. I teraz to ja już naprawdę nie wiem, wydawałomi się, że jestem polskim pracownikiem, ale teraz to ja już przez te słowaprezesa nie wiem, polskim jestem czy węgierskim pracownikiem? Rosyjskim czyniemieckim? Amerykańskim? Francuskim? Ukraińskim… Znów prezes skomplikowałmoją egzystencję…