Władza i niepoczytalność
Pewna pani nieopatrznie przeszła przez skrzyżowanie w miejscu niedozwolonym. Według zeznań interweniujących policjantów podczas zatrzymania pieszej, miała ona odmówić podania swoich danych osobowych oraz znieważyć funkcjonariuszy obelżywym słowem i agresywnym czynem. Kobieta twierdzi, że to policjanci byli wobec niej brutalni i siłą wrzucili ją do radiowozu. Sprawa trafiła do sądu, który ukarał kobietę nie tylko za znieważenie funkcjonariuszy, ale także wysłał na przymusowe badania psychiatryczne.
Sąd Rejonowy pierwszej instancji postanowił ukarać kobietę grzywną oraz obarczyć ją kosztami sądowymi. Kobieta nie zgadzając się z tą decyzją, postanowiła się odwołać. Sąd Okręgowy gdzie trafiła sprawa, uchylił wyrok Sądu Rejonowego, jednak nie na podstawie opinii biegłego, który był korzystny dla oskarżonej, a z powodu błędów formalnych.
Kobieta rozdrażniona decyzją sądu zaczęła kierować do tej instytucji obraźliwe pisma. Sąd odpowiedział powołaniem biegłego z dziedziny psychiatrii, który miał ustalić czy kobieta jest poczytalna. Biegły, po przeanalizowaniu pism wysyłanych przez kobietę oraz na podstawie kilkuminutowej rozmowy rozpoznał u kobiety schizofrenię. Tym samym sprawa została umorzona, jednak grzywna za znieważanie jest nadal obowiązująca, wyrok bowiem zapadł, zanim rozpoznano niepoczytalność.
I tak to można w prosty sposób trafić za przejdzie w niedozwolonym miejscu na badania psychiatryczne. Wystarczy się postawić policjantowi, mieć po prostu inne zdanie, nie zgadzać się z jego oglądem sprawy, aby być oskarżonym o znieważenie funkcjonariusza. Obywatel, który sprzeciwia się policji, sądowi czyli wszelkiej władzy państwowej, nie ma szans, by dochodzić swoich spraw przed sądem, i szybko trafia na badania psychiatryczne gdzie okazuje się, że jest niepoczytalny.
Wystarczy złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza, aby w odpowiedzi na postawione mu zarzuty zostać oskarżonym między innymi o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza w mundurze. Łatwo zgadnąć, komu uwierzy sąd, gdy już przed nim staniemy i słowa mundurowego będą przeciwko naszym słowom. Wielokrotnie słyszałem o takich przypadkach. Wystarczyła krótka sonda wśród moich znajomych, aby potwierdzić, że nawet niewinnie wyglądającym i grzecznym z natury osobom zdarzyły się oskarżenia o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza.
I mnie to kiedyś spotkało. Ja też byłem pomówiony przez funkcjonariuszy. Chociaż każdy, kto mnie zna przyzna najpewniej, że jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. Gdy mundurowi wręczali mi mandat nie dyskutowałem. Nie marudziłem. Spokojnie zgodnie z prawem odmówiłem przyjęcia mandatu, bo mieliśmy z funkcjonariuszem inne zdanie na temat różnic między zatrzymaniem i postojem pojazdu. A że nie chciało mi się dyskutować, więc uznałem, że sąd jest najwłaściwszym miejscem do rozstrzygnięcia, który z nas dwóch ma rację.
I tak się stało. Spotkaliśmy się przed obliczem sądu z panem mundurowym i tam dowiedziałem się z ust funkcjonariusza, że podczas gdy on pełen skromności i wymogów służby starał się wręczyć mi mandat, ja podniesionym głosem używałem w stosunku do niego słów wulgarnych, ogólnie uważanych za obelżywe, czym go uraziłem do żywego. Byłem po prostu agresywny i wulgarny. Zdziwiłem się, bo albo miałem pomroczność jasną, albo po prostu mundurowy kłamał, że byłem taki, jakim nigdy nie bywam. Na pytanie wysokiego trybunału czy tak było zaprzeczyłem i przywołałem na świadka osobę, która podróżowała wtedy ze mną samochodem. I tu jakby to moje szkalowanie munduru znikło zupełnie. Bo ani funkcjonariusz już więcej do kwestii słów wulgarnych nie powracał, ani sąd jakoś nie drążył tematu mojej wmawianej mi przez niego obelżywości i agresywności.
I tak miałem szczęście, bo pamiętam sprawę sądową, w której sędzina w uzasadnieniu wyroku tłumaczyła, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. „ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję”.
Dlatego bardzo się cieszę, że miałem tyle szczęścia, bo mogłem skończyć jak ta kobieta. Mogłem zostać przez sąd skierowany na przymusowe badania psychiatryczne, gdzie biegły na podstawie kilkuminutowej rozmowy rozpoznałby u mnie schizofrenię i uznał za niepoczytalnego.
