To tylko obserwacja rzeczywistości
Niby nic mi nie jest, ot normalne życie. Dzień po dniu. Poranki i wieczory. Tydzień za tygodniem. Rok za rokiem. Nie, nie jest tak źle, czasami nawet bywa dobrze. Od wielkiego dzwonu nawet bardzo dobrze, ale najczęściej bywa nijako, zwyczajnie. To jednak nie zmienia faktu, że moje życie toczy się w ciągłym zagrożeniu. Moim przekleństwem jest to, że jak tylko mam kilka lepszych chwil, to od razu zastanawiam się jak długo potrwa to moje szczęście i kiedy nadejdzie jakaś tragedia. Bo u mnie zawsze jest tak, że chwile szczęścia muszę okupić tygodniami nieszczęść. Takie fatum.
I dlatego żyje w ciągłym zagrożeniu. W ciągłym stresie. Czasami się zastanawiałem jak to możliwe, że żyje tak długo, bo przecież już dawno powinienem palnąć sobie w łepetynę. Pewnie podstawowym powodem jest to, że w tym naszym kraju nadwiślańskim bardzo trudno o broń palną, a więc opcja wywalenia sobie w głowę z rewolweru – tak jak w kinie – nie wchodzi w grę z prozaicznych powodów, z powodów technicznych wynikających z trudnego dostępu do broni palnej.
