Socjopatycznie o urzędniczej korespondencji

Obublikował pavvel dnia

I jeszcze ten skarbowy, co to absolutnie nie da o sobie zapomnieć śląc do mnie kolejne epistoły, których treść przekracza moje zdolności czytania ze zrozumieniem. Zawsze wynika z nich jedno, coś tam znowu ode mnie chcą. Jest podobno natychmiastowa potrzeba złożenia korekty do korekty innej korekty i to oczywiście wymaga mojego osobistego stawiennictwa w urzędzie. Oczywiście w listach od nich nie może zabraknąć informacji, że jak się nie stawie w wyznaczonym przez nich czasie to oni mnie już załatwią grzywną na ileś tam tysięcy.

Ciągle ktoś urzędowy coś ode mnie chce. Instytucje, sądy, organy władzy, o których istnieniu nawet nie wiedziałem wciąż mnie dręczą. Podatki, wyjaśnia, raporty, odpowiedzi na odpowiedzi, wezwania… no trafi mnie zaraz. Żyć się odechciewa. Mam takie wrażenie, graniczące z pewnością, że cały ten aparat państwowy z tymi jego instytucjami, ci wszyscy urzędnicy i funkcjonariusze istnieją tylko po to, że mnie, mnie osobiście upodlić, a w najmniej represyjnej formie to przynajmniej wkurwić.

I prowadzę tą opętańczą niekończącą się korespondencje. Mam na te wszystkie listy z i od instytucji oraz na urzędowe sprawy stosowne teczki z dokumentami. Zapełniam kolejne segregatory wnioskami, odpowiedziami na wnioski, wyrokami, odpowiedziami na wyroki, odwołaniami, odpowiedziami na odwołania. Na Boga! Jestem pełnoetatowym biuralistą, który prawie codziennie musi na coś tam odpowiedzieć właściwemu urzędowi. A jeszcze do tego, jaką to ja muszę wiedzę posiadać żeby się mniej więcej orientować, o co się urzędnikowi piszącemu do mnie rozchodzi. Więc sprawdzam w internecie odpowiednie ustawy, śledzie rozporządzenia, wyszukuje paragrafy. Jestem obywatelem, więc pewnie moje państwo wychodzi z założenia, że się po prostu na wszystkich tym obowiązujących mnie przepisach prawnych, skarbcowych, i wszystkich tych innych obowiązkach, po prostu doskonale znam.

Ja nie wiem, czy oni, ci z lubością piszący do mnie urzędnicy i funkcjonariusze państwowi, uważają, że ja wszystko o wszystkim wiem? Że jestem jakimś omnibusem i pamiętam o każdym obowiązku wynikającym z jakiegoś tam przepisu? Czy oni naprawdę uważają, że ja jestem w stanie spamiętać te wszystkie prawa i obowiązki wynikające z tego, że jestem obywatelem tego państwa? No zwyczajnie mnie trafia jak po raz kolejny otwieram na poczcie list z urzędu, na poczcie, do której musiałem dojść specjalnie, a nie jest mi oczywiście po drodze, i tam czytam, że jestem wezwany do stawienia się a jak nie stawie się to oni mnie…

I podpisuje na poczcie, że list odebrałem, bo przecież oni tam – w urzędzie – musza mieć podkładkę, że ja się zapoznałem z korespondencją, bo przecież jakby tak do mnie wysłali list zwykły to przecież, jako oszust z urzędniczego założenia to pewnie bym nie przyszedł na spotkanie jakby zaprosili uprzejmie.

W takich razach dopada mnie chęć żeby to wszystko, co mnie tak gnębi i wnerwia, rozpierdolić w drobny mak. Radykalizuje się, tak właśnie, radykalizuje się, bo mnie to niepomiernie wnerwia. I nie chodzi tu tylko o mój przyrodzony anarchizm, ale po prostu o ten kres wytrzymałości, do którego niewątpliwie się zbliżam. O to, że jak przekroczę granicę kurwu to albo ja z tym skończę albo to wszystko skończy ze mną, bo z tych nerw dostane zawału. Umrę i będę miał święty spokój.