Złośliwość rzeczy

Obublikował pavvel dnia

Mój dom podlega powolnej (na szczęście), ale za to metodycznej degeneracji. On się zwyczajnie rozpada. I nie jest to tylko przenośnia, bo w przenośni to on się już dawno rozpadł. Teraz to taka całkiem realna powolna zagłada.

Na początku przestało działać światło w łazience. Naprawiłem. Za kilka tygodni znów przestało działać. Zastąpiłam górne światło lampą stojącą. Przeciekały krany w kuchni i w łazience.  Jeden już tak bardzo, że postanowiłem zaprzestać ponownych napraw i poddać się, bo po prostu to mnie przerosło. Teraz dodatkowo padło oświetlenie nad kuchennym blatem. Staram się nad tym zapanować, ale mam wrażenie, że zjednoczone siły sprzętów domowego użytku uwzięły się na mnie i postanowiły dać mi skutecznie do zrozumienia, że nie chcą ze mną współpracować.

Nigdy nie miałem zdolności w dziedzinie prac domowych, które przez społeczeństwo przypisane są mężczyźnie. Nie jestem złotą rączką, co to naprawi wszystko w domu bez pomocy fachowca. Każdy ma jakiś feler, a ja mam właśnie lub miedzy innymi taki, że nie posiadam żadnych zdolności technicznych. A tu jak na złość właśnie moje mieszkanie, mój dom, postanowił pokazać jak bardzo mnie nie lubi właśnie poprzez techniczne awarie. Niedziałający kran to nic. Z oświetleniem też sobie poradziłem. Ale najbardziej wkurzające jest to, że jeśli coś chce użyć w tej chwili to oczywiście to coś nie zadziała lub szybko przestaje działać. A mnie to wkurwia niesłychanie.

Zapakowałem zmywarkę brudnymi naczyniami. Załączam, nie działa. Ja za czajnik elektryczny. On nie działa. Załączam telewizor. Ten oczywiście postanawia mieć przerwę w swym funkcjonowaniu. I tak ze wszystkim. I to nie jest tak, że wszystko w domu psuje się raz na zawsze. O nie! To byłoby za proste. Moje sprzęty domowe odmawiają posłuszeństwa na pewien czas. I same sobie ten czas bezczynności ustalają.  Jeden zaprzestanie działalności na godzinę. Inne na kilka dni, by potem bez żadnej ingerencji z mojej strony ożyć jak gdyby nigdy nic. Czyli w zasadzie mam szczęście, bo to, co się samo zepsuło samo się naprawia. Ale tych nerw, co mnie dopadają w chwili, gdy coś przestaje działać gdy tego czegoś najbardziej potrzebuje to nikomu nie życzę.

Bardzo możliwe, że mój dom chce mi coś przekazać. Coś mi powiedzieć. Coś dać do zrozumienia. To było przecież kiedyś nasze miejsce, a teraz jest moje. Mam wrażenie, że to wszystko jest po to tylko abym zrozumiał, że ja tu teraz – tak sam – nie pasuje. Tak w pojedynkę. To było nasze miejsce, a teraz jesteś tu sam. Jestem w tym miejscu bardzo nie na miejscu. To nadal jest mój dom. Mój, a raczej nasz dom. Bo mój to on się stał z przymusu bardziej a już na zawsze pozostanie nasz. Może, dlatego ten mój/nasz dom tak się buntuje?

Można powiedzieć, że to taka złośliwość rzeczy martwych. A może nie martwych, tylko tak zwyczajnie złośliwych? Może one żyją sobie swoim życiem tak tylko żeby mnie, dokładnie mnie, i tylko mnie wnerwiać ze wszech miar aż do imentu. Przez to, że teraz jestem tu wśród nich zupełnie sam.  Bo może uważają, że to że jest teraz tak jak jest to moja wina, że to przeze mnie zostały bez technicznej opieki? Bo ona potrafiła o wszystko zadbać i wszystko naprawić, a ja tylko robię co mogę.