Sen, życie i sny bez snów

Obublikował pavvel dnia

Jakieś dziesięć, może jedenaście lat wstecz zaczął mnie prześladować pewien sen. Siedziałem tam w tym śnie w starym rozpadającym się fotelu na werandzie starego domu, w starej dzielnicy starego miasta i sam byłem już w wieku starczym. W takim co, do którego ma się już pewność, że jest zapewne tuż przed zejściowym. Czułem, że jestem już tak stary, że nie mogę się nawet samodzielnie poruszyć wtedy, gdy najdzie mnie na to ochota. I przychodziła tam do mnie panienka cud urody, która przy każdej kolejnej wizycie pytała mnie wciąż jak się czuje. A ja myślałem nie o tym, co mówiła, ale o tym, że chętnie bym się dobrał do jej piękna.

I ona doskonale wiedziała, jakie ja miałem wobec niej lubieżne zamiary. Tak siedziałem w tym fotelu nie mogąc się ruszyć i zbierała we mnie chęć żeby się z tą panienką wielokrotnie po poruszać w szaleńczej intymności. Ale cóż, ja byłem za stary a ona dla mnie przez tą moją starość stała się niedostępna. Bo przecież są w naszym społeczeństwie na takie zachowania odpowiednie paragrafy.  – Nie ma pan już na to czasu – mówiła do mnie wtedy. – Na nic nie ma pan już czasu – powtarzała okrywając mnie pledem z czułością, z jaką traktuje się wzruszających staruszków tuż przed ich ostatecznym odejściem z tego świata.

Ten sen pojawił się mniej więcej wtedy, kiedy postanowiłem znaleźć więcej czasu dla siebie. Więcej czasu na życie. Postanowiłem zwolnić w życiu żeby życia nie odgrywać, lecz żyć nim w pełni na tyle na ile będzie to możliwe. By móc się w końcu zatrzymać w tym codziennym biegu do sukcesu, porządnie się rozejrzeć i zastanowić, co ma a co nie ma sensu. Fakt, dużo wtedy straciłem tak z marszu, od zaraz, bo świat nie lubi tych, co się nie dostosowują się do reguł, jakie w tym świecie politycznej poprawności obowiązują. Autsajderzy nie mają w społeczeństwie najłatwiej. Zyskałem czas po prawdziwe przyjemności życia a straciłem bezpieczeństwo życia. Ale przecież zawsze jest coś za coś. Od tego momentu w moim życiu sen zniknął za to pojawiło się uczucie, że to ja dysponuje swoim czasem w najbardziej z możliwych zakresie i mogę robić z nim, co tylko chce w ramach dostępnych środków.

Może i straciłem możliwość podróżowania samochodem, bo już nie było mnie stać na samochód. Może nie mogłem już zafundować sobie tygodniowych wakacji nad ciepłym lub zimnym morzem. Ale za to mogłem w środku tygodnia poczytać książkę siedząc na ławce w parku. Pospacerować po lesie o dziewiątej rano. Tak w środku tygodnia wypić coś z kolegami i następnego dnia leczyć kaca do dwunastej w południe. Znalazłem czas na kino, na seriale ogadane odcinek po odcinku przez cztery dni. Miałem czas na pisanie. Na czytanie. Na siedzenie na leśnej polanie lub tylko na przypatrywanie się wędrującym w mrówczym zabieganiu ludziom.

Nie miałem, za co, ale miałem, po co żyć. Jest taka dziecięca rymowanka, w której padają słowa: „nie mieli pieniędzy, ale mieli czas”. Ona chyba dość dobrze oddaje to, co chce przekazać.

Nie od wszystkiego można uciec, zawsze są jakieś ograniczenia. Teraz moje życie obraca się wokół jednego głównego celu, jakim jest zebranie dostatecznej ilości pieniędzy, aby zapłacić za dom. Bo moja mała norka na poddaszu to jedyne miejsce na ziemi, o którym mogę, choć już tylko w przenośni, powiedzieć, że jest naprawdę moje. Jest moją kotwicą, miejscem, do którego wracam i mam, po co wracać. I choć męczy mnie niewymownie ta ciągła pogoń za pieniądzem, to jednak nadal to czynie, bo nie chce stracić mojego miejsca, mojego domu. Jeśli istnieje bóg, to chyba jedynie za to mogę mu dziękować, że wciąż mam siłę to walki o przetrwanie w sennie tego, co powyżej, bo moja norka jest dla mnie wspomnieniem dobrych dni i miejscem gdzie mam poczucie, że może… (są chwile, że zdarza się, że tak myślę), że może być jeszcze dobrze.

Żyje się raz. Bo może nie ma boga ani zasad oprócz tych, które sam przyjmujesz lub tworzysz. Śmierć jest kresem absolutnym. Nieskończonym snem, bez snów. Dlaczego nie poszukać szczęścia na ziemi. Życie to piekło i nie ma znikąd nadziei.

Pomijając depresje kliniczną to bycie smutnym często bywa świadomym wyborem. U mnie jest to połączone. Jest w tym dużo świadomego wyboru, bo wolę o sobie czasami myśleć, że jestem całkowicie zdrowy i jest w tym zapewne sporo objawów klinicznych.