Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Rachunki za prąd a podróże w czasie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Miewam czasem takie okresy w życiu, w których na wpółświadomie zapominam o płaceniu rachunków. Po prostu nie lubię ich płacić, co tu ukrywać i dlatego odwlekam płatności ile się da. Taki już jestem i nie mam najmniejszego zamiaru się zmieniać. Ale czasami tak bardzo zapominam o zaległych rachunkach, że otrzymuje wezwania do zapłaty. I tak też było tym razem. Wczoraj odebrałem wezwanie do zapłaty wystawiony przez zakład energetyczny działający na terenie mojego miasta.

 

I nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie to, że energetycy zażądali ode mnie abym ostatecznie rozliczył się z nimi do jedenastego maja. No tak, ale ja dwunastego maja zastałem po powrocie do domu awizo z poczty a odebrałem list polecony trzynastego. Zawsze chciałem jak bohaterowie komiksów, które czytałem w dzieciństwie przenosić się w czasie. Ale mimo pracy nad sobą, wielkich chęci i wielu starań nadal nie potrafię rozwinąć w sobie tej umiejętność. Nadal nie zdołam cofać się w czasie choćby o dwa dni. I dlatego też w żaden sposób nie mógłby przenieść się do jedenastego maja i zapłacić, gdy o tym ostatecznym terminie dowiedziałem się dwa dni potem.

 

Zadziwiła mnie ta wielka wiara urzędniczek z zakładu energetyki w to, że jeśli wyślą do mnie list polecony w tym samym dniu, w którym wyznaczą ostateczną, nieprzekraczalną datę płatności to poczta ten list do mnie tego samego dnia dostarczy a ja zdążę go przeczytać i jeszcze zapłacić zaległość w wyznaczonym terminie. Ja wiem, że jest wielki skok cywilizacyjny w naszej ojczyźnie a nawet na mojej prowincji, ale taka wiara w szybkość reakcji poczty polskie wydaje mi się grubą przesadą. Widocznie dla niektórych nie ma w tym nic dziwnego, że data stempla pocztowego z koperty pokrywa się z data ostatecznego terminu płatności. O mały włos nie dostałem zawału jak przeczytałem w piśmie, które otrzymałem z dwudniowym opóźnieniem od daty ostatecznej płatności, że nie dotrzymanie terminu spowoduje to, że w każdej chwili mogą nawiedzić mój dom panowie, którzy odetną prąd i będzie ciemno. Naprawdę natychmiast chce się być superbohaterem z umiejętnością cofania się w czasie

 

Oczywiście, aby uniknąć takich kłopotów powinienem płacić wszystkie rachunki w terminie, ale przecież pozbawiłbym się bodźców do rozwijania w sobie różnych mocy jak choćby umiejętność podróży w czasie.

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Przechodzień dyskryminowany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od pewnego czasu przemierzam moje prowincjonalne miasto piechotą i czuje się osobą dyskryminowaną przez kierowców. Rowerzyści mają swoje stowarzyszenia, które dbają o ich bezpieczeństwo i ich prawa. A co ze mną, co z innymi pieszymi, kto nas obroni przez tyranami w samochodach.

 

Zdawałoby się, że do obrony praw pieszego jest powołanych kilka instytucji, które dbają by nie łamane było prawo, które też w zamiarze jego twórców miało chronić przechodniów. Może i tak jest w założeniach, ale naprawdę jest bardzo trudno wyegzekwować od strażników miejskich interwencje w sprawie źle zaparkowanych samochodów nie mówiąc już o tym, że nie ma, co liczyć w tej sprawie na policjantów. A takie samochody utrudniają przechodnią życie. Fakt czasami zjawia się patrol jak jest się bardzo upartym i wydzwania się do nich po kilka razy. Ale najczęściej funkcjonariusze zjawiają się za późno lub ograniczają się do założenia blokady na wskazany przez nas pojazd kompletnie ignorując inne samochody zaparkowane w sposób łamiący przepisy.

 

Wystarczy przysiąść na ławce na centralnej ulicy mojego miasta żeby zobaczyć dziwne zjawisko obojętności strażników miejskich na samochody parkujące w niedozwolonych miejscach lub takie, które jadą sobie spokojne chodnikiem. Trzeba uczciwie przyznać, że w momentach, w których prasa zajmuje się od czasu do czasu tym tematem aktywność funkcjonariuszy zdecydowanie wzrasta. Ale jest to zryw czasowy i już po kilku dniach wszystko wraca do złej normy.

 

Kilka dni temu obserwowałem jak patrol policyjny spokojnie jechał sobie parkową alejką. To w moim mieście norma. Jeszcze nie widziałem jak radiowóz zatrzymuje się obok źle zaparkowanego samochodu. A jadący nim policjanci tak sam z siebie, tak z poczucia obowiązku wypisali mandat łamiącemu prawo. Jest taka ulica na mojej prowincji, przy której jest targowisko miejskie. Jest też tam oczywiście parking, może nie na tysiąc samochodów, ale jednak jest. Tyle tylko, że nie jest tuż przy straganach. A to dla większości kierowców jest straszliwy problem. Stawiają oni samochody dosłownie miedzy sprzedającymi, kupującymi a przechodniami. A niech się odważy, który pieszy, co powiedzieć. Od razu dowie się, wszystkiego o złym prowadzeniu się swoich przodków. Ciekawe, że czym większy i droższy samochód tym bliżej kierujący parkuje i tym bardziej łamie przepisy i tym bardziej agresywny. Jakąś zależność? Nie wiem.

 

Jest w my mieście tuż czy targu most nad rzeczką. Może nie jest to wielgachny most, ale jest. A przepisy wyraźnie stanowią, że na moście nie można parkować. Jednak nikomu z kierowców to nie przeszkadza. Samochody stoją sobie tam spokojnie. I trwa ta sytuacja sobie w najlepsze tak z kilka lat i co, i nic. Czasem pojawi się tam strażnik miejski, czasem policjant, ale częściej na zakupy niż z interwencją. Kilka tygodni temu wydziałem tam nawet radiowóz policyjny spokojnie stojący na trawniku.

 

Jeszcze jedno, nie wiem czy kierowcy wiedza, że jest przepis, który mówi: widząc pieszych na chodniku, oczekujących na przejście przez jezdnię, należy zatrzymać pojazd i pozwolić im bezpiecznie przejść na drugą stronę drogi. Jednak większość kierowców te przepisy ignoruje a pieszy ma do wybory albo czekać nawet kilka minut na dziurę w strumieniu pojazdów lub narażając się na niebezpieczeństwo próbować wymusić pierwszeństwo na samochodach. Ale to drugie to raczej dla odważnych. A wystarczy się na chwile zatrzymać i pozwolić pieszym przejść.

 

Nie mam złudzeń, że coś się zmieni, ale może do kierowców dotrze, że łamią przepisy. Stanowią zagrożenie i dla siebie i dla pieszych. Ja nie paraduje środkiem jezdni i nie rozkładam się z leżakiem na środku skrzyżowania. Więc oczekuje od kierujących takiego samego poszanowania moich praw. I teraz chciałbym te oczywiste prawa przytoczyć, bo może prawo jazdy niektórzy kierowcy robili dawno i łamią przepisy, bo po prostu już nic z przepisów nie pamiętają.

 

Szanowni kierowcy w Polsce nie wolno parkować na trawnikach i na ścieżkach rowerowych! Nie wolno parkować na przystankach oraz obok nich! (zakaz obowiązuje w odległości 15 m od słupka lub tablicy oznaczającej przystanek, a na przystanku z zatoką – na całej jej długości).

 

Kierowco, jeśli już musisz parkować na chodniku to pamiętaj: możesz zaparkować całym samochodem, ale tylko przy krawędzi jezdni (!) i jeśli szerokość chodnika pozostawionego dla pieszych jest taka, że nie utrudni im ruchu i nie jest mniejsza niż 1,5 m. Rzeczywistość jest jednak taka że trudno znaleźć w moim mieście samochód zaparkowany w taki sposób.

 

Jest jeszcze kilka przepisów. Ale dobrze, niech przynajmniej te będą przestrzegane. Bardzo proszę, bo jeśli nie to będę zmuszony przejść do działań ofensywnych. Zakupie leżaczek i zacznę się opalać na skrzyżowaniach. Choć zapewne wtedy interwencja funkcjonariuszy była by szybka i skuteczna. Bo oni też przecież to kierowcy i żaden pieszy szkodnik nie ma prawa głosu. Smutne, ale prawdziwe.

dziennik pesymistyczny

O homo zagrożeniach płynących z bycia organistą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 11

Największy odsetek gejów jest wśród organistów, muzyków grających na organach – przekonywał Paul Camerom na wykładzie współorganizowanym przez urząd miejski mojego prowincjonalnego miasta. Ten kultowy działacz antygejowski mówił to do garstki słuchaczy a tłumaczka musiała wręcz namawiać zebranych do nagrodzenia amerykanina brawami przed i po wykładzie.

 

Może to niesprawiedliwe, że zaczynam od tej właśnie wypowiedzi dr Cameroma, bo nawet tłumaczka starała się przekonać słuchaczy, że te słowa to tylko żart. Ja jednak odniosłem wrażenie, że Cameron mówił zupełnie poważnie. – Czy jest jakąś grupa zawodowa, w której jest najwyższy procent gejów? – zapytał wiceprezydent mojego miasta (!).

– Najwięcej gejów jest wśród organistów, moja znajoma należąca do amerykańskiego stowarzyszenia ludzi grających na organach zapewniała mnie, że nie spotkała jeszcze organisty, który nie byłby gejem – mogliśmy usłyszeć w odpowiedzi od dr Camerona.

 

Spotkanie z amerykaninem zorganizował Wydział Edukacji i Sportu Urzędu Miejskiego, Duszpasterstwo Rodzin oraz Dwumiesięcznik „Polonia Christiana”. I tak oto, w części za pieniądze podatników, około 50 osób w większości nauczycieli oraz dziennikarzy zebranych w sali miejskiego ośrodka kultury mogło się dowiedzieć od Amerykanina, że: homoseksualiści jako ludzie nie są zdolni do prokreacji oraz gorzej wychowują dzieci i wręcz je krzywdzą. Mogli też usłyszeć, że geje przenoszą choroby weneryczne i przez to społeczeństwo musi ponosić koszty ich leczenia. I wiele więcej takich poglądów. A ja się czasem zastanawiałem czy mając poglądy takie, jakie mam nie jestem przypadkiem homofobem. Teraz już wiem – jestem chyba dość liberalny. Ale na tle poglądów Camerona łatwo być liberałem.

 

Paul Cameron powołując się głównie na badania z lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku wysnuł wniosek, że sprawcami jednej trzeciej przypadków molestowania seksualnego są geje. A największym zagrożeniem dla ludzkości są gejowscy nauczyciele. Przytoczył wiele przykładów molestowania uczniów przez nauczycieli gejów. Opierając się także na badaniach prowadzonych przez naukowców homoseksualnych. Ciekawe tylko, dlaczego te badania robione przez gejów nie były odrzucane przez Camerona od razu. Jeśli są taki zagrożeniem dla społeczeństwa to jak można powoływać się na badanie prowadzone przez naukowców, których Amerykanin skazuje na banicje społeczną.

 

Cały wykład był fantastycznym wręcz przykładem manipulacji faktami i wynikami badań. Miałem wrażenie, że jakby pan doktor z ameryki był bardziej opalony, niższy i częściej chichotał to jak nic mógłby uchodzić za pewnego polskiego polityka, który z sejmowej mównicy oskarżał wszystkich swych adwersarzy politycznych o straszliwe zbrodnie. W takiej samej mierze Cameron udowadniał swoje tezy na przykładach, których nikt ze słuchaczy w żaden sposób nie mógłby zweryfikować na miejscu.

 

Paul Cameron w swych poglądach na homoseksualizm jest skrajny. Uważam, że każdy ma prawo głosić swoje przekonania jak i gdzie chce. Jednak może nie koniecznie powinny się w to głoszenie angażować władze mojego miasta. Wolałbym żeby władze były bardziej sterylne w swych poglądach politycznych. Bo to, że jedna opcja polityczna wygrała wybory wcale nie znaczy, że wszyscy w mieście te poglądy podzielają.

 

Amerykanin w swym wykładzie odnosił się do starożytnej idei, w której jednostka jest podporządkowana społeczeństwu, każdy powinien więcej produkować niż konsumować oraz wszyscy powinni się na potęgę rozmarzać.

Ciekawe, bo jeśli jak mówił pan doktor nie bardzo możemy rozpoznać geja wśród nas, jeśli sam się nie ujawni to według „starożytnych” wyznaczników wielu jest gejów wśród nas. Bo jeśli bardziej wierzysz w to, że jesteś podmiotem w społeczeństwie, że społeczeństwo czy państwo służyć ma twemu dobru a nie na odwrót to zgodnie z logiką Camerona jesteś zagrożony homoseksualizmem. Jeśli jesteś np. politykiem i tak naprawdę nic nie tworzysz a tylko konsumujesz w zastraszającej ilości to jak nic blisko ci do gejostwa. W tym kontekście zrozumiale jest, więc pytanie wiceprezydenta moje miasta przytoczone na wstępie, jak nic sprawdzał czy przypadkiem polityk nie jest zawodem zagrożonym homo zarazą. I na koniec, jeśli ktoś nie chce mieć dzieci z wyboru a żyje w związku z kobietą to czy ta para to ukryty gej i lesbijka? Zrobiłem dokładnie to, co na całym wykładzie robił doktorek z ameryki, czyli manipulowałem. I jest to przykład, że można na tych samych słowach, faktach i badaniach oprzeć dwie skrajnie i przeciwstawne teorie.

 

Każdy ma prawo do własnych poglądów. I każdy ma prawo do ich swobodnego głoszenia. Ja jednak z niepokojem myśle, jak bardzo jest zagrożony homoseksualizmem pewien mój znajomy, który choć ima się wszelkich i różnorakich zajęć jest też o zgrozo… organistą w kościele.



 

dziennik pesymistyczny

Parkan pomnikiem nonsensu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W zasadzie jestem przyzwyczajony do dziwacznych poczynań władzy mojego miasta. Ale to, czego dokonano w czasie przebudowy jednego z centralnych placów mojego prowincjonalnego grodu zasługuje na szczególną uwagę. Postawiono tam mianowicie bizantyjski w formie fragment ogrodzenia. Nie ogrodzenie, tylko jego wycinek! Taki pomnik ku chwale dawnego ogrodzenia.

 

Ponad pół roku temu władza postanowiła na silę uszczęśliwić mieszkańców i przebudować prac przed jednym z najbardziej znanych historycznych budowli miasta. Na nic się zdały liczne protesty obywateli, listy, skargi i wiece. Władza zawsze wie lepiej, a odkąd jest ona „prawa i sprawiedliwa” o swej oświeceniowej misji jest już zupełnie przekonana. W linii dawnego ogrodzenia Prezydium Rady Miejskiej zaprojektowano 3,5-metrowy fragment parkanu. Zaprojektowano i wykonano. I tak sobie stoi to coś już sześć miesięcy i wszyscy zadają sobie pytanie, co autor miał na myśli. Co ma symbolizować ten murek ze stalowymi szczeblami zamknięty w ramy kolumn zakończonych łukami jak z pałaców bizantyjskich władców? Przeprowadziłem ankietę wśród moich znajomych bliższych i dalszych, nikt nie wiedział, co to takiego. Więc rozpocząłem poszukiwania sensu tej budowli na własną rękę i dotarłem do planów przebudowy i oto jest! Już wiem, co budowniczowie mieli na myśli! Otóż ten ponad trzy metrowy fragmencie ogrodzenia miałby stać się w zamyśle twórców tłem i nośnikiem dla tablic informacyjnych dotyczących historii budynku urzędu, przed którym „ogrodzenie” stoi. Miał się stać, ale dlaczego nie jest! Pewnie jak zawsze były pieniądze na parkan, ale już na tablice zabrakło.

 

Zaiste ciekawe, że trzeba znaleźć naprawdę dużo czasu i cierpliwości na poszukiwania sensu tego architektonicznego kuriozum. Może i stanowi to ciekawe rozwiązanie, ale tylko wtedy byłoby zrozumiałe dla większości przechodniów jakby naprawdę te tablice zostały wykonane i powieszone. A tak pozostaje ta budowla tylko i wyłącznie pomnikiem nonsensownych i kosztownych działań.

 

Kiedyś słyszałem jak pewien doświadczony dziennikarz poprawiając tekst swojego młodszego kolegi powiedział: nie ważne jest to, że ty wiesz, co napisałeś, ważne jest to, że czytelnik ma wiedzieć, co chciałeś napisać. To zdanie należałoby zadedykować twórcą tego parkanu ogradzającego, no własnie co odgradzajacego? Bo nie ważne, że władza doskonale wie, co chciała tym dziełem wyrazić, ważne jest to żeby każdy obywatel, za którego pieniądze to dzieło powstało powinień zrozumieć sens istnienia tego dzieła od razu. Bez długotrwałych studium i poszukiwań.

 

 

dziennik pesymistyczny

Rocznica pozbawiona pamięci

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

8 maja 1989 roku ukazał się pierwszy numer Gazety Wyborczej. Pamiętam jak stałem w kolejce przy kiosku ruchu, jak potem usiadłem z nowo nabytą gazetą w parku i od razu przeczytałem wszystko, co było na tych ośmiu stronach. Pamiętam, że zapłaciłem za gazetę całe 50 złotych! I jak już wiedziałem, że to jest moja gazeta. Wiedziałem już wtedy, że najlepszą pracą dla mnie będzie praca dla tej gazety.

Minęło kilka lat i moje marzenie stało się faktem. Pracowałem w wyborczej i do tego pracowałem w nowo powstałym oddziale gazety w moim prowincjonalnym mieście. To były najlepsze, najciekawsze i najmilsze dni mojego dotychczasowego życia zawodowego. Najlepsze, bo pracowałem z ludźmi, których podziwiałem, najciekawsze, bo uczyłem się każdego dnia jak być częścią wspólnoty, która ma jasny cel, najmilsze, bo świetnie się w tej pracy bawiłem. Każdy dzień był inny, każdy przynosił wyzwania, każdy uczył. Pamiętam jak wielkim przeżyciem było dla mnie przysłuchiwanie się rozmowom dziennikarzy. Miałem uczucie współuczestniczenia w czymś, co miało sens. To były takie czasy etosu jakże inne, niż to, co stało się z gazetą w latach następnych. Przyszedł czas, że moja wyborcza zmieniła się i stała się koncernem medialnym. Kiedyś miała misję, teraz zarabiała pieniądze. Nikt tego przede mną nie ukrywał, ale ja chciałem zachować w pamięci tą dawną gazetą, wiec odszedłem, zrezygnowałem. Czy żałuję? Nie. Raczej tęsknie za tym, czym Gazeta Wyborcza była dla mnie.

Na mojej prowincji oddział regionalny gazety powstał, jako pierwszy. Teraz w dwadzieścia lat po pierwszym numerze Wyborczej kupiłem gazetę już bez tych emocji, co kiedyś, lecz z ciekawości, chciałem zobaczyć jak będzie wyglądać okolicznościowa wkładka. Już okładka „Gazety o Gazecie”, bo taki tytuł nosi uroczysty dodatek rozwiał moje sentymentalne wspomnienia. Okładka to zbiorowa fotografia obecnych pracowników gazety. Są na niej ludzie inni od tych, których pamiętam, ale cóż, czasu się nie zatrzyma, wszystko się zmienia. Nie muszę przecież wszystkich znać i pamiętać. Jednak charakterystyczne jest to, że ci starzy pracownicy stoją jakby z tyłu i jakby z boku. No i oczywiście są tam dwie osoby, które trwają jak mur chiński, są niezmienne. Ludzie z redakcji odchodzą i do niej przychodzą, ale te dwie osoby istnieją tam nieprzerwanie. Ale jest między nimi podstawowa różnica. Jedna z tych osób tam szefuje, a druga jest permanentnie w stanie, przez tuż przed odejściem z pracy. Ale to są swoiste przykłady umiejętności przetrwania. Różne, przeciwstawne postawy, ale jak widać skuteczne.

Jednak najbardziej charakterystycznym znakiem zmiany jest zawartość dodatku specjalnego. Jest to szesnaście stron, a 12 z nich zajmują reklamy. Więc jak nic, ilustruje to dobitnie mój pogląd, że ważniejsze w wyborczej są pieniądze nie ludzie i ich sprawy. Oczywiście są tam też wspomnienia obecnych pracowników. A ja się pytam, dlaczego nie ma tam wspomnień ludzi dawniej związanych z gazetą? To tak jakby tylko ci, co obecnie pobierają wynagrodzenie od matki agory byli godni wspomnień. A przecież gazeta to nie tylko ci, którzy aktualnie są zaprzyjaźnienie z redaktorem naczelnym prowincjonalnego oddziału. Chciałbym przeczytać w tym wyjątkowym dodatku wspomnienie tych wszystkich, którzy obecną potęgę wyborczej tworzyli przez lata. Tych wszystkich, którzy odeszli lub zostali zwolnieni. Ale przez lata tam byli i działali. To nieładne. Choć każdy, kto zna „naczelnika”, dyrektora oddziału rozumie, dlaczego nie można przeczytać nic o byłych pracownikach.

Smutne jest to, że nie ma teraz nikogo w gazecie na prowincji, kto wzniósłby się nad urazy własne oraz kierownictwa i przynajmniej wspomniał o tych wszystkich, którzy kiedyś przez lata byli i pracowali dla wyborczej. Dla mnie cała ta uroczystość była smutna, bo naprawdę nie chodzi tu o mnie, ja się nie liczę, jestem za maluczki, ale jest wielu, którym po latach należy się szacunek. Bo te dwadzieścia lat potęgi gazety to w wielu przypadkach było ich udziałem, a to, że już nie pracują nie przekreśla ich wkładu w tworzenie tej potęgi. Smutno mi. Po prostu szkoda pisać. Szkoda gadać.

dziennik pesymistyczny

O wyższości świąt nad innymi świętami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dziś na nowym centralnym placu mojego prowincjonalnego miasteczka odbywały się uroczystości związane z rocznica zakończenia drugiej wojny światowej. Przez wiele lat w Polsce to 9 maja był Dniem Zwycięstwa potem okazało się, że przez lata żyliśmy w niewiedzy i to zgodnie z zachodnio europejską tradycją to 9 maja 1945 roku należało uznać dniem zakończenia II wojny.

 

Są dwie daty 8 i 9 maja a tak naprawdę to dzień wcześniej, 7 maja Niemcy skapitulowały w Reims we Francja, w obecności przedstawicieli USA, Francji, Wielkiej Brytanii i ZSRR.
Rosjanie jak to oni, zażądali jednak od Niemieckiego dowództwa osobnego podpisania kapitulacji. Odbyło się to w Berlinie 9 maja 1945 roku o godzinie drugiej w nocy według czasu moskiewskiego. Dlatego też w ZSRR oraz w krajach dawnego bloku wschodniego tę datę uznano za Dzień Zwycięstwa. Również w Polsce przez ponad 40 lat oficjalnie Dzień Zwycięstwa obchodzono 9 maja.

 

Minęło wiele lat i teraz w wolnej Polsce mogę podziwiać rocznicowe uroczystości 8 maja. I tak stojąc w ten piękny wiosenny poranek spoglądałem na poczty sztandarowe, kombatantów, żołnierzy w galowych mundurach, policjantów oraz tłumek młodzieży szkolnej. Zadzwonił telefon, więc po krótkiej wymianie grzeczności miałem okazje zrelacjonować koledze, co widzie i tak dla żartu zapytałem go, co to za uroczystość. Opowiedział, że to przecież rocznica zakończenia II wojny!  A ja na to – że przecież to dopiero jutro. W odpowiedzi usłyszałem, że jutro to obchodzą rocznice tylko komuniści. Oczywiście cała ta rozmowa miała charakter żartu. Bo tak samo ja jak i mój kolega zdajemy sobie sprawę z niuansów historii, które opisałem na wstępie. Ale mnie zastanowiło to, że przecież ja już ten problem kiedyś słyszałem. Coś takiego już było, choć dotyczyło innych mniej ważnych spraw, a może ważnych, nie wiem?

 

Onegdaj pewien profesor Jan Stanisław Stanisławski rozważał wyższość świąt wielkiej nocy nad świętami bożego narodzenia i nie doszedł do konkretnych wniosków. Pamiętam też jak w filmie, Co mi zrobisz jak mnie złapiesz Stanisława Barej można usłyszeć taki dialog: – Widzisz synku, w noc świętojańską kwitnie kwiat paproci,(..). Gadają ludzkim głosem krowy, konie i świnie… – To chyba tylko w wigilię. – W wigilię, to te wierzące. No dokładnie, są święta dla ateistów i wierzących. Tak Dzień Zwycięstwa ma być dla aliantów wschodnich i zachodnich? Dla tych co ginęli w walce z Niemcami z orzełkiem w koronie na czapce i dla tych, co ich orzełek korony nie miał? Chyba nie powinno tak być, bo to jest po prostu śmieszne.

 

Jak ulał pasuje ta scena filmowa do dwoistości dzisiejszo – jutrzejszej rocznicy? Nie bardzo mogę zrozumieć, czym różni się obchodzenie tego święta 8 a nie 9 i na odwrót. Bo chyba ważniejsze jest to, że w ogóle doszło do zwycięstwa. A data? Dzień, kiedy będziemy świętować jest chyba problemem wtórnym. Ważniejsza jest pamięć o milionach ofiar niż dzień, w którym celebrujemy tę pamiętamy. A właśnie, jest przecież jeszcze jedna data zakończenia drugiej wojny światowej, dzień 2 września 1945 roku – koniec działań wojennych na dalekim wschodzie. Ale może nie komplikujmy.

dziennik pesymistyczny

Uroczystości 4 czerwca – czego oczy nie widza tego sercu nie żal

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Rząd naszego uroczego i w pełni demokratycznego kraju chce przenieść uroczystości upamiętniające dwudziestą rocznice wyborów z 4 czerwca z Gdańska do Krakowa. Czyli rocznicowe uroczystości obalenia komunizmu oraz odzyskania niepodległości, które to wydarzenia z przez dwudziestu lat nie mogłyby się odbyć bez robotników zostają przeniesione w inne miejsce z powodu robotników.

 

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że to robotnicy z tej samej stoczni, którzy w latach osiemdziesiątych demokratyczną Polskę wywalczyli teraz stanowią dla niej śmiertelne zagrożenie. Bo jak interpretować ciągła nagonkę rządu i sympatyzujących z rządem dziennikarzy na wolne związki zawodowe. Od kilku dni obserwuje festiwal wypowiedzi polityków Platformy Obywatelskiej, którzy oskarżają związkowych działaczy o wszystko zło tego świata. O to, że nie pracują jak robotnicy, których bronią, że więcej zarabiają. O to, że tak działają w tych związkach od dziesięciu lat nieprzerwanie zamiast, no nie wiem, może zmieniać zawód, co rok. Jest to tym bardziej żenujące, że ci sami politycy zawdzięczają swoją pozycje właśnie tym robotnikom, którzy ponad dwadzieścia lat temu wynieśli ich do władzy. Mówienia, że związkowy działacz nie ma prawa reprezentować robotników, bo więcej od nich zarabia jest hipokryzją, bo przecież trybuni ludowi, jakimi chcą się widzieć politycy to też zawodowcy, też bardzo dobrze zarabiają i do tego z ludem maja już nie wiele wspólnego. Bardziej demokratyczny przedstawicielem mas jest związkowiec wybrany w bezpośrednich wyborach przez swoich kolegów ze stoczni niż anonimowy polityk, który wygrywa wybory zgodnie z zawiła i do nie końca zrozumiałą ordynacją. Gdzie o wygranej polityka decyduje na przykład miejsce na liście wygrywającej w wyborach partii.

 

W pewnej telewizji informacyjnej od rana można obserwować jak zabawny i radosny dziennikarz urządził sobie zabawę pytając widzów o to gdzie można przenieść uroczystości 4 czerwca. Widzowie piszą listy, pada wiele propozycji, które łączy jedno: są ironicznym wyrazem niechęci do poczynań rządu. Jednak pan redaktor za każdym razem stara się nadać właściwy to tym wypowiedzą poprzez komentarz w stylu: to wina stoczniowców, bo tyle razy im się mówi, że to nie wypada tak protestować a oni nie potrafią słuchać. Chce wierzyć, że rząd nie ma wpływu na media i ich nie steruje. Oby tak było. Ale jedno jest pewne, wspólnota interesów rządzących, polityków, urzędników i części dziennikarzy, którzy z racji zajmowanych pozycji społecznych nie chcą lub nie umieją zrozumieć problemów zwalnianych z pracy stoczniowców. Bo nigdy syty nie zrozumie głodnego. Tak też nigdy bogaty nie zrozumie biednego.

 

Premier zapowiedział, że planowane w Gdańsku uroczystości 4 czerwca nie odbędą się, bo mogą być zakłócone przez wystąpienia związkowców. To jest mniej więcej tak jak w zabawie dziecięcej gdzie mały chłopiec zasłania oczy i już wie, że jak czegoś nie widzi to z pewnością tego nie ma. Czego oczy nie widza tego sercu nie żal. Ale problem pozostaje, pozostaje problem stoczni i robotników, którzy bronią miejsc pracy. Nie da się tego nie zauważać i mówić, że przecież wszyscy gdzieś tam w Polsce i na świecie trącą prace i nic się nie dzieje. Dzieje się, bo dziś oni trącą prace a jutro to możemy być my. I jeśli rząd nie robi dziś nic w sprawie zwalnianych stoczniowców to dokładnie tak samo kiedyś nie zrobi nic, gdy to nas spotka zagrożenie bezrobociem.

 

Warto zastanowić się nad tym, że po dwudziestu latach walki robotnicy są w zasadzie w tym samym miejscu. A może właściwie już ich tam nie długo nie będzie, bo nie będzie już stoczni i pozostanie wrażenie, że stoczniowcy wywalczyli sobie tylko to przez te dwadzieścia lat, że nie mają już miejsca pracy. A jak chcą protestować nazywa ich się zadymiarzami i chuliganami. Kto wygrał na zmianach po 89? Wielu, ale jedno jest pewne, nie ci, co ponosili wtedy największe ofiary i nie ci, co w tych czasach w czasie strajków byli najliczniejsi.

dziennik pesymistyczny

Choć raz w życiu zagrać Hamleta!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie wiem czy każdy tak mam, ale ja to mam. Ostatnio spotkałem się w gronie znajomych, z którymi widuje się bardzo okazjonalnie. I przy takich zjazdach „starych kumpli” zawsze pada standardowe pytanie: a co robisz? I zawsze mam takie wrażenie, że mimo tego, że moje życie i praca, którą wykonuje jest ciekawa i pozostawiająca mi dużo swobody to inni maja lepiej.

 

No może opinia, że inni mają lepiej to już przesada. Mają po prostu ciekawiej. Jeden jest marynarzem na kontenerowcach, drugi pilotem, trzeci żołnierze w legii. Ten ma firmę i jest prezesem ze wszelkimi przypisanymi temu atrybutami i ma tyle pieniędzy by łowić ryby w Norwegii a drugi dyrektoruje w banku na wyspachi tez po prostu ma. Co jest ze mną, że takie spotkania zawsze mnie dołują? Przecież nie zazdroszczę im, jestem bardzo daleki od takich uczuć. Ja tylko tak bardzo chciał przez chwile być w ich skórze. Robić to, co oni. Żyć jak oni. Poprowadzić statek, pilotować samolot a nawet być jak inny mój przyjaciel kucharzem w znanej na wyspach restauracji cztero – gwiazdkowej. Nie ma znaczenia to, że to oni czasem mówią, że zazdroszczą mi wolności. I że to ja w ich mniemaniu mam lepiej. To nie jest ważne. Ja po prostu chciałbym czasem zagrać ich role. Ciężko jest sobie samemu wytłumaczyć, że jest to głupota, że każdy ma inną drogę do przejścia w życiu. Ja wiem swoje, i jak aktor pragnie roli Hamleta choć raz w życiu, tak ja chce ich ról. Zagrać w ich życie. Chce być, choć przecież chwile w ich społecznych rolach.

 

Ale czy chciałbym żyć ich życiem na stale? O nie, za nic. Ja kocham żyć tak jak żyje, ze wszelkimi plusami i minusami takiej egzystencji. Moje życie też jest bardzo ekscytujące i ciekawe. Mam wzloty i upadki, ale zawsze dążyłem do takiego połączenia zarabiania i wolności jakie mam teraz. A jednak mi czegoś brak, brak mi świata a jednocześnie ten świat mnie przeraża.

 

Kilkunastu moich znajomych ze szkoły żyje i pracuje obecnie na emigracji. Czasami jak ich odwiedzam to podobają mi się ich role w tamtym uporządkowanym społeczeństwie. Gdzie wiesz że jak wstaniesz rano to świat za twoim oknem nie bardzo się zmieni przez noc. Podoba mi się świat uporządkowanych, świat równych chodników i miłych, przyjaznych kelnerów. Ale jak jestem tam dłużej niż tydzień to zaraz tęsknie do swojej prowincji, do mojego małego świata. Mojego małego mieszkanka gdzie jest moja ukochana kobieta, do naszych wieczornych kolacyjek, to moich książek i rozmów przy stole. Moich barów, sklepów z alkoholem, mojego targu z zielenina, takiego prowincjonalnego świata. To tego całego Mojego bałaganu.

 

I jak nic sprawdza się tu przysłowie, że: wszedzie dobrze gdzie nas nie ma. I jak już tak minie mi ta fascunacja czyimś życiem wiem, że to ja mam lepiej, bo mam to, czego oni nie mają. Mam poczucie, że nie gonie za niczym. Że zwolniłem i bardziej obserwuje świat, który płynie jak spieniony potok obok mnie niz w nim  uczestniczę . Że nic, albo przynajmniej niewiele mnie ogranicza. Że mogę żyć, przynajmniej na razie, tak jak chce. Jestem wolny na ile tą wolności można w takim świecie mieć. Ale marzenia nadal mnie dopadają…. statek kosmiczny to i tak chciałbym pilotować lub być choć przez chwile szefem kuchni w drogiej restauracji.

dziennik pesymistyczny

Drwal miejski

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pojawili się w okolicach mojego prowincjonalnego miasta sześć – siedem lat temu. A może byli od zawsze, tylko ja nie zarejestrowałem ich obecności. Szokowali odblaskowymi strojami, kaskami, fikuśnymi maszynami a przede wszystkim wielkimi piłami łańcuchowymi. Przewodził im zawsze człowiek z teczką na pod pachą. Z czasem drwale miejscy, bo o nich tu mowa zaczęli tworzyć zjawisko, którego nie sposób zlekceważyć.

 

Mieszkańcy mojej prowincji oraz okolicznych miast i miasteczek byli zszokowani ich zachowaniem. Ale że zawsze towarzyszył im wspomniany pan z teczką, więc myśleli ze tak po prostu być musi. Bo pan z teczką zawsze oznacza władze. Na początku zaczęły znikać pojedyncze drzewa. Jakąś topola, jaki stary kasztanowiec, brzoza czasem kilka wierzb. Ludzie myśleli, że można z nimi nawiązać jakoś kontakt. Starali się dociekać, dlaczego to wyrąbywane są w mieście coraz to nowe drzewa. Zadawali pytania na forach internetowych, pisali do gazet, dzwonili do radia i telewizji. Dziennikarze opisywali nowe zjawisko a drwale miejscy dalej wycinali drzewa. Pozostawało iść na kompromis i uzyskać możliwość opanowania tego nowego ruchu, albo postawić na konfrontacje, ale wówczas można było się spodziewać, że pójdą jeszcze dalej w wycince miejskiej roślinności. Próbowano rozmawiać, przekonywać, ale nic to nie dało. Drwale miejscy zawsze wiedzieli lepiej. I ścinali drzewa już nie pojedyncze, lecz całe szpalery drzew stojących przy placach i ulicach mojego miasta.

 

Drwale miejscy nie są lubiani. Ale nie specjalnie zależy im na opinii innych. Mają swoją piły spalinowe i wycinają wszystko, co tylko jest zielone i rośnie w mieście. Mają swoje przetargi, swoje zamówienia, swoje ekspertyzy. Swoją sieć powiązań i swój świat. Wielu z nich działa anonimowo, nie szukając rozgłosu. Ścinają sobie tak hobbistycznie, jakieś drzewko przy domu tak wieczorkiem dla relaksu. Ale najlepiej jest im w zorganizowanych grupach. Działają metodycznie. Na początku wyszukują drzewa, które w ich mniemaniu udało wy się ściąć. Musza to być drzewa wielkie, bo oni nie znoszą małych wyzwań. Potem trzeba znaleźć powód do usunięcia rośliny. Najlepszy jest taki, że to stare drzewo, że chore, że uczula, że rośnie przy drodze, więc jak nic rzuci się na przejeżdżające samochody. Potem już zakamuflowany drwal z urzędu ogłasza przetarg inny drwal już ten jawny go wygrywa. Następuje kilkudniowe wycinanie… i po strachu, ale za to przy pieniądzach można rozglądać się za nowa zieloną ofiarą.

 

Drwale miejscy nie zapuszczają się lasy. Tam jest za dużo drzew oni wolisz prostsze rozwiązania. Maja wizje –  betonowo lub asfaltowe place i ulice. Jeśli zielona roślinka to wyłącznie nowo zasadzona. Bo trzeba przyznać, że drwale miejscy sadzą drzewa i to namiętnie każdego roku tysiące nowych drzewek. Lecz przeważnie, co roku w tych samych miejscach, bo te z poprzedniego roku albo są połamane albo i tak są już dawno uschły. Prawdziwy drwal miejski nie podlewa roślin on je sadzi lub ścina. W zależności, co jest w danej chwili bardziej opłacalne. Za co urzędnik miejski zapłaci więcej. Drwale miejscy mają misje: wymianę całego drzewostanu w miastach i miasteczkach na nowy. Nic co rośnie dłużej niż 10 lat nie ma prawa istnieć. To ich cel, taki nowy świat. I nie zawahają się sięgnąć po jeszcze więcej pieniędzy na nowe piły i siekiery. Bo oni czynią to dla dobra nas wszystkich. Mają poparcie urzędników, bo wielu z nich podziela ich ideały. A tam gdzie urzędnik tam nasze pieniądze z podatków.

 

Właśnie odnieśli nowe zwycięstwo. Na obrzeżach Mazowsza jest mała kiedyś urokliwa miejscowość Chlewiska. Kiedyś jechało się do niej w szpalerze starych drzew. Aleją wiekowych pięknych i dostojnych kasztanowców. Teraz przy drodze pozostały już tylko szerokie na kilka metrów pniaki. Jeszcze kilka lat temu osada tonęła wśród zieleni teraz zostały już tylko nieliczne zielone miejsca. Faktem jest, że Chlewiska leża wśród lasów, ale to nie powód żeby wioskę i drogi dojazdowe zamienić w pustynie. Nie wiem, dlaczego wycięto ponad pięćdziesiąt starych, kilkudziesięciu a może i kilkusetletnich drzew. Nie wiedzą tego i mieszkańcy okolic. Drwale przyjechali i drzewa ścieli. Panowie stojący przed lokalnym sklepem maja jednak kilka teorii. Jedna z nich to taka, że to unia kazała ściąć, że to niby za blisko szosy stały i się chłopstwo zabijało na tych drzewach po sobotnich dyskotekach. Druga teoria to taka, że to podobno chore były te drzewa i stare. A wiadomo, jak co stare to i pewnie chore, jak głosi mądrość ludowa. Tak czy inaczej nie ma już zielonych Chlewisk. Ale za to mamy nowa subkulturę drwali miejskich.

dziennik pesymistyczny

Zwierze alfa z ameryki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W polskim biznesie żeby być wizjonerem i żeby poszły za tobą tłumy trzeba być Amerykaninem. A gdy nie ma się tyle szczęścia i jest się polakiem to przynajmniej trzeba pracować dla amerykanów lub w firmie powiązanej z amerykanami. Trzeba też amerykańską wizje biznesu głosić ludowi ciemnemu. I to już w zupełności wystarczy by być przynajmniej w swym własnym mniemaniu rekinem biznesu.

 

Dobrze też znać język angielski i przynajmniej raz odwiedzić USA. Na polskiej prowincji takiej jak moja występują kilka typów proroków biznesu. Każdy typ łączy jednak kilka wspólnych cech. Przeważnie każdy wizjoner biznesu w amerykańskim stylu to młodzieniec przed trzydziestką ( nawet jak ma 60 lat), polak, jako i my maluczcy, mieszkaniec stolicy, przedstawiciel klasy średniej w drugim pokoleniu. Już na pierwszy rzut oka widać po nim, że facet ma wizje własnej osoby. Ten styl, ten garnitur za moje dwie pensje, zegarek za presji mych marnych chyba ze cztery, jedwabmy krawat i skórzana, do granic wypchana, teczka z laptopem. Osobnik ten raczej nie wystękują w takich miasteczkach jak moje, on raczej przybywają do takich osad jak moja niosąc kaganek oświaty made in usa.

 

Najczęściej zjawiają się na mej zapyziałości miejskiej kilkanaście razy do roku. Chadzają te osobniki pojedynczo lub parami. Samce i samice. Hierarchie w stadzie zdradzają atrybuty, czyli garnitur, zegarek i tym podobne im droższe tym rekin biznesu ważniejszy. Każdy z nich był w Ameryce choć raz. Ten mój, którego miałem sposobność obserwować, był tam z rok czasu i nadal tam bywa. Tam w USA zdobył wiedze tajemną, studiował tam na tych ich kompletach półrocznych. Ma nawet dyplom uczelni. Pewnie znanych, ale nie przez zemnie ani nikogo z mych znajomych. Ale co my tam wiemy. Chętnie opowiada o swym pobycie w Ameryce, jak to nauki pobierał, jak to pracował w korporacji i jak to widział raz szefa szefów z bliska i ten nawet na niego popatrzył. To jego największe przeżycie. Wiedze ma ogromną, amerykańską, wie wszystko o wszystkim.

 

Ja nie byłem w Ameryce, ale znam kogoś, kto był i mi o USA opowiedział. Przyjaciel mój zapragnął zwiedzić amerykański  raj więc udał się tam i nawet postanowił studiować skuszony możliwością posiadania dyplomu z historii filmu.  Uczelnie tam mają piękne. Studenci i studentki też piękni i kolorowi. I zapisał się mój przyjaciel na studia. Pilnie uczęszczał na kilka różnych kursów. Po pól roku miał egzaminy, czyli testy, który rozwiązał z łatwością krzyżówki z gazety kolorowej. A że był w krzyżówkach dobry postanowił zdobyć kilka dyplomów z tej i z innych uczelni. Można tam naprawdę się czegoś nauczyć – mówił –  ale można tam też ukończyć studia, by te studia posiadać jak przepustkę na statek do kariery. Podobnie jak u nas z ta różnicą, że tam szybciej i prościej.

 

Wracając do wizjonerów biznesu w amerykańskim stylu. Przybywa taki do mojego miasta śliniącą limuzyną. Wystarczy, że się pojawi w drzwiach naszego prowincjonalnego oddziału wielkiej amerykańskiej korporacji a już wiadomo, że on wie…, wie lepiej jak mamy żyć i pracować. Już od progu witają go w pokłonach wasale skuszeni przez niego wizją przeniesienia do stolicy gdzie jak nic zmienią się w takich bogów biznesu jak ich pryncypał. I już po chwili nasz rekin biznesu z warszawy zwołuje zebranie… o przepraszam miting i zaczyna się to, co w tych typach jest najpiękniejsze. Już pierwsze słowa niosą wielką silę przekazu, już od pierwszych chwil dowiadujemy się, że jest… źle. Nie ważne, że pracowaliśmy z kolegami po 12 godzin, że wyrobiliśmy plan i nawet go przekroczyliśmy. Jest źle, fatalnie – mówi Pan nasz – jest tragicznie. I daje przykład naszej marności: w Piszczykowie Górnym a nawet w stolicy  – mówi Pan – są i były w przeszłości zespoły sprzedażowe, które dokonały więcej. Odniosły sukces i to za znacznie niższe wynagrodzenie! Dokonały tego szybko, sprawnie, nie tak wy luzery. I co tu takiemu odpowiedzieć.  A biada temu, kto zapyta, dlaczego porównuje się Piszczykowo do mojego prowincji. Przecież to nie to samo miasto, nie ten sam rynek, czas nawet inny. O nie, rekin biznesu wie lepiej, że jesteśmy marni. On nam nawet tą naszą marność obliczy w bardzo mądrym programie, który dostał z centrali w Ameryce i nie może być mowy o jakiś błędach w obliczeniach. Jest tak jak jest, bo tak mówi amerykański komputer.

 

Jak już wiemy, że stanowimy jeno pył na jego lakierkach, następuję nauczanie. Wstępuję od na mównice trzymając w dłoniach dwie opasłe księgi rad wszelakich, świeżo na masz marny język przetłumaczonych. Jest on wtedy, jako Mojżesz schodzący z góry z tablicami praw bożych. W księgach tych są rady wszelakie jak to mamy żyć i pracować w korporacji i poza nią. I jest tam mnóstwo przykładów sukcesów, jakie osiągnęli amerykanie żyjąc wedle tych przykazań. Wszystko to takie piękne i takie wzniosłe, jak my do tej pory mogliśmy żyć bez tej wiedzy tajemnej. I sam nie wiem dlaczego, zawsze przed oczami staje mi Pan Wokulski z Lalki Bolesława Prusa. Jak on mógł, do cholery sprzedać cokolwiek z swoim sklepie nie przeczytawszy uprzednio amerykańskiego podręcznika do sprzedaży!

 

Klasą dla siebie są rodowici amerykanie zesłani przez swe korporacje na banicje do polski. Tu już prometeizm w czystej formie. Dla nich wszystko, co amerykańskie jest najlepsze. Pewien Pan z ameryki, którego poznałem onegdaj, mieszkał i pracował w Polsce od trzech lat. Słowa nie znał po polsku. Bo przecież nie musi, jak często podkreślał, bo przecież firma jest z USA i wszyscy powinni mówić po angielsku. Bo angielski to język światowy. Każdy, kto wie jak wygląda biznes w Polsce wie też, że trzeba mu było tłumaczyć na angielski tysiące dokumentów. Jemu to jednak nie przeszkadzało. On wiedział lepiej. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby mieszkać i pracować przez trzy lata w jakimś kraju i nie znać w języka jego mieszkańców, przynajmniej kilku słów. Najlepsze są jednak jego opowieści o tym jak to spotykał w swym życiu na zachodzie polaków, który tam pracowali i nie do końca znali język Szekspira. Fuj – oburzał się Amerykanin – jak można nie znać angielskiego! To, że on zna tylko angielski, że tak powiem z przyrodzenia i żadnego innego języka nie zna już nie robiło na nim wrażenia. Z litości nie wymienię innych jego wybryków.

 

Na zakończenie dodam, że już nie pracuje w amerykańskiej korporacji, bo „ nie rozumiałem amerykańskiej filozofii sprzedaży i nie miałem szacunku dla zasad życia korporacyjnego”. Jestem szczęśliwy. Biedniejszy, ale za to wolny od amerykańskich mądrości.