Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Odkurzanie przed zamknięciem?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 93

Bardzo cieszę, że na moją prowincje dotarł handlowy wielki świat. W ostatnich latach powstało w moim mieście mnóstwo nowych sklepów. W zasadzie przy głównej ulicy oraz w centrach handlowych jest reprezentacja wszystkich większych sieci odzieżowych. Do tego należy dodać też wiele większych i mniejszych butików.

 

Ale mam jeden dręczący mnie od dawna problem. Taki handlowo – czasowy problem. Jak większość ludzi niestety żeby kupować musze zarabiać, a żeby zarabiać musze pracować i mój pracodawca pragnie mnie widzieć przy biurku miedzy godzina ósmą rano a czwartą popołudniu. Sklepy w moim prowincjonalnym mieście w większości są otwarte do godziny osiemnastej, więc nie pozostaje mi wiele czasu na zakupy. I nic w związku z tym dziwnego, że zjawiam się w sklepach tuż przed ich zamknięciem. Dla ścisłości nie za dwie minuty przed godzina zamknięcia, ale tak przynajmniej za piętnaście minut.

 

I jak typowy klient mam zawsze jakieś wymagania. A to chce coś przymierzyć, a to chce inny rozmiar a to inny kolor i tak dalej. Wielokrotnie w takiej sytuacji jestem poddawany dziwnemu pressingowi ze strony sprzedawców. Na każdy moje pytanie panienka sprzedawczyni odpowiada w westchnięciem albo z ostentacyjnym spojrzeniem na zegarek. Ja rozumiem, że jest ona tu od rana i chce do domu. Ale ja, na Merkurego, ja chce przecież dać jej zarobić i to, że nie mam czasu na zakupy w ciągu dnia nie jest moją winą, więc wolałbym nie czuć się w jej sklepie jak intruz. Takie fochy jakoś zniosę. W końcu każdy, kto wychował się w PRL i pamięta tamta sklepowa rzeczywistość jest na takie zachowanie uodporniony.

 

Ale prawdziwym hitem dla mnie jest odkurzanie w ostatnich minutach pracy sklepu. Panienka lawiruje sobie spokojnie z wyjącym urządzeniem do sprzątania miedzy klientami, co chwile prosząc ich o odsuniecie się, bo chce wyłapać kolejny paproszek na wykładzinie. Jeśli nie ma w sklepie wykładziny to niczym zdrożnym dla nowych ekspedientów jest ostentacyjne mycie sklepowej podłogi. Panienka jedzie mopem po całej powierzchni sklepu. No i co mi pozostaje, ewakuuje się, bo przecież nawet z samego szacunku dla jej pracy nie będę się z butami ładował na świeżo umytą podłogę. Pisze o sklepach z odzieżą, bo poza spożywczymi właśnie te najczęściej odwiedzam. Ale problem dotyczy w zasadzie wszystkich sklepów.

 

Ja rozumie, że nikt nie chce zostawać w pracy nawet minuty dłużej. Ale czy tak trudno zrozumieć, że ja często mam właśnie te piętnaście minut na zrobienie zakupów? I nie chce czuć się jak intruz. Chce coś kupić a tu panienka sprzedawczyni goni mnie z rurą od odkurzacza po całym sklepie, co chwile wyławiając mi z pod nóg paproszki. I jak tu coś kupić w takich warunkach?

 

dziennik pesymistyczny

Emerycka wiedza o ludziach

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Centrum prowincjonalnego miasta. Na ławeczce stojącej na skraju parku siedziało dwóch starszych panów. Wszystkie inne ławki były zajęte i to w większości przez mamy z dziećmi. A takie towarzystwo od zawsze nie wzbudzało we mnie entuzjazmu. Perspektywa odpoczynku na parkowej ławce w cieniu drzew, nawet w towarzystwie dwu emerytów wydała mi się atrakcyjna. Przysiadłem i z racji tego, że panowie mówili dość głośno, a ja nie miałem nic innego do roboty zacząłem przysłuchiwać się ich rozmowie. A właściwie komentarzowi do tego wszystkiego, co wyczytali w lokalnej gazecie. Ściślej mówiąc raczej do tego, co zobaczyli w tytułach i na fotografiach, bo nie wgłębiali się w treści artykułów. Ich rozmowa dotyczyło czegoś innego. Komentowali oni treści zawarte w gazecie poprzez pryzmat swych opinii o autorach. Z wielką łatwością przypisywali oni pochodzenie i poglądy polityczne dziennikarzom i na podstawie tego doszukiwali się w ich tekstach drugiego dna.

 

Z tego mimowolnego podsłuchiwania szybko dowiedziałem się, kto z lokalnych żurnalistów jest ukrytym komuchem, kto zwykłym nieukiem, jakiego to wyznania był ojciec jednej z dziennikarek oraz tego z czyjej kasy opłacany jest pewien redaktor. Nie wytrzymałem, i zapytałem panów o to czy wszystkie te obgadywane przez nich osoby są ich bliskimi znajomymi, bo sądząc po tym, co mówią i co o nich wiedzą tak właśnie jest. Nie usłyszałem odpowiedzi na moje pytanie. Za to z tego, co mówili dowiedziałem się wiele o sobie i o tym, jaka była moja bliższa i dalsza rodzina. Ale tego co usłyszałem nie przytoczę, bo mi za tych panów wstyd. Wstałem i powlokłem się dalej, bo odechciało mi się takiego towarzystwa na parkowej ławeczce. Ale nadal dręczy mnie myśl: skąd oni o tych dziennikarzach tak dużo wiedzieli skoro ewidentnie nie byli z nimi zaprzyjaźnieni? Ja sobie ich nie przypominam a oni o moim pochodzeniu też wiele wiedzieli. Jak to możliwe?

 

 

dziennik pesymistyczny

Psie rozmowy nocą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Bo jak nie zna życia ten, co nie służył w marynarce, jak mówi znane powiedzenie, tak nigdy nie zazna spokoju ten, kto za sąsiadów ma policjantów. Nie chodzi tu o pojedynczych stróżów prawa, lecz o instytucję, jaką jest wojewódzka siedziba policji.  Chyba każdy mieszkaniec mojego prowincjonalnego miasta kojarzy charakterystyczne wieżowce położone w północnej części miasta. Ale chyba nie tak wiele osób wie, że mieszka tam też kilkanaście psów policyjnych. Dla ścisłości tylko dodam, że chodzi mi o czworonożne zwierzęta w policyjnej służbie.

Siedziba policji powstała w latach osiemdziesiątych i od tego czasu w pobliżu biurowców wyrosły przez te lata osiedla i teraz policjanci maja wokół siebie mnóstwo sąsiadów. Ale czy decydenci w niebieskich mundurach zauważyli, że coś się zmieniło, że ich biurowce nie stoją już w szczerym polu? Nic bardziej mylnego oni nadal uważają, że ich teren to udzielne księstwo i za nic mają swoich sąsiadów. Bo jak inaczej nazwać wybudowanie w odległości kilkuset metrów od bloków mieszkalnych psiarni. Gdzie czteronożne policyjne zuchy już od świtu, a w zasadzie od zmierzchu do świtu, ale i na odwrót nic innego nie robią jak tylko szczekają? No dobra nie tak cały boży dzień te psy służbowe szczękają i ujadają, ale jak już zaczną to robią to z upodobaniem przez przynajmniej kilkanaście minut. Ulubioną porą psich śpiewaków jest noc, jak jeden zaczyna to drugi z trzeci się dołączą i tak sobie rozmawiają przez pół nocy. Na początku było gorzej, bo i psy były na nowym miejscu i ja byłem nieprzyzwyczajony, teraz po roku jest lepiej. Żyjemy sobie w symbiozie, to znaczy ja mam ich szczekanie a oni moje ciepłe myśli o drugiej w nocy. Moja niechęć do czworonożnych funkcjonariuszy wzrosła ostatnimi czasy, bo jest coraz cieplej i mam otwarte okna w mieszkaniu a psiaki uwielbiają sobie poszczekać tak na przykład o trzeciej w nocy.

Ja rozumiem taka jest natura psia. Pies szczeka i szczekać będzie. Nie można mu wydać rozkazu na nie szczekanie. Ale co miał w głowie decydent, który wydał pozwolenie na umieszczenie psiarni w centrum osiedla mieszkaniowego. Podniosą się głosy, że przecież policyjny pies zawsze musi być pod ręką, jak ma iść na patrol na przykład. Tylko ja się pytam, kiedy one pracują? Czy od ósmej do szesnastej?  Jeśli tak to, dlaczego te psy wyją od rana do wieczora i od wieczora do rana. Ja tam od miesięcy nie widziałem policjanta z psem w moim mieście. Rozumiem, że są psy specjalne wykorzystywane do specjalnych zadań i może one właśnie tak sobie przez dnie i noce dyżurują i szczekają. Czekając na akcje.  I dobrze niech sobie będą to bardzo dobrze, ale dlaczego ja i tysiące innych mieszkańców osiedla ma mieć ich za sąsiadów. Jest przecież jeszcze kilka miejsc, których policja jest właścicielem. Jedno nawet w terenie przemysłowym. Więc, dla czego właśnie tu psiaki te mieszkają?

Gdybym na przykład, ja skromny obywatel chciał na własnej posesji dajmy na to przy głównej ulicy mojego prowincjonalnego miasta trzymać trzy psy, które zgodnie z psia naturą oddawałyby się szczekaniu, to jestem przekonany, że następnego dnia zjawiłby się u mnie policjant i zażądał tysiąca pozwoleń na hodowlę psów w mieście. A tu proszę – są, wyją i wolno im, bo to przecież wycie nocne, co prawda, ale służbowe. W służbie społeczeństwa sobie piesek po 22 szczeka, nie prywatnie tylko policyjnie. Ale ja przecież nie mogę spać! A jest gorąco i mam otwarte okna! I mam już dość tego szczekania psiego po nocach. 

Powiecie czytelnicy, taki odosobniony przypadek, ogólnie przecież policyjne sąsiedztwo jest dobre i bezpieczne. A co powiecie na to, że od czasu do czasu, za psiarnią odbywają się regularne manewry antyterrorystyczne i wtedy to już się szczekanie słyszę, lecz wystrzały i wybuchy granatów. Jak na wojnie? Jasne muszą ćwiczyć! Ale w mieście?! Na koniec jeszcze skromny apel.  Szanowni panowie komendanci, czy jak to się tam nazywa wasza najwyższa szarsza, inspektorzy, komisarze…. Ja szanuję i podziwiam waszą pracę, ale proszę myślcie, po prostu myślcie… za płotem waszej siedziby mieszkają ludzie. Chrońcie też ich dobry sen.

 

 

dziennik pesymistyczny

Fabryki bez kominów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W moim prowincjonalnym mieście z każdym rokiem licząc od czasów wolnościowego zrywu z 1989 roku jest coraz niej dużych fabryk. Wielu mieszkańców z rozrzewnieniem wspomina tysiące robotników zalewających ulice po zakończonym dniu pracy. Nie ma już zakładów zatrudniających po kilka tysięcy robotników. W zapomnienie odeszły firmy istniejące w moim mieście od ponad 100 lat ściśle związanych z życiem miasta i okolicy. Z dawnego prężnego ośrodka przemysłowego zostało już nie tak wiele a tak naprawdę to nic już nic zostało.

 

Ale nie wszystko stracone! Jest jeszcze nadzieja! Dla tych wszystkich, którzy tęsknią za widokiem tysięcy robotników wylewających się z fabryk po skończonym dniu pracy. Jest wiele jeszcze takich miejsc na mojej prowincji gdzie godzina zakończenia pracy daje sygnał tysiącom ludzi to opuszczenia swoich miejsc pracy. Zalewają oni wtedy tłumnie ulice i chodniki. Tysiące samochodów odjeżdżających z pod budynków masowo zakorkowują ulice, bo każdy chce jak najszybciej dotrzeć do domu.

 

Niby jest tak samo a jednak inaczej. Co to za fabryki, które zatrudniają tysiące pracowników? Co to za zakłady pracy gdzie, co rano stawia się tak wielu i tak wielu przez osiem godzin ciężko i wydajnie pracuje? Co to za kombinaty? To są nowe przedsiębiorstwa? To znak naszych czasów – fabryki bez kominów! ZUSy, urzędy skarbowe i miejskie, powiatowe i lokalne przedstawicielstwa urzędów centralnych, mundurowe i cywilne po prostu wszelkie.

 

To urzędy i instytucje pracujące dla nas. To tam tysiące urzędników dzień w dzień produkuje dla naszego dobra miliardy ton dokumentów, pism i pisemek. Tam każdego dnia produkowane są tysiące gigabajtów danych i przystawiane jest tysiące pieczątek. I to wszystko przez osiem godzin pracy, dzień po dniu, godzina po godzinie aż do 15.30 bo wtedy zaczyna się wielki odlot do domu. Nikt, nigdy tak sprawnie nie opuszczał swoich stanowisk pracy jak ta nowa klasa robotnicza. Nikt tak długo nie schodzi się do pracy i nikt tak szybko nie potrafi jej opuścić! To wielkie zwycięstwo nowych czasów! Niech żyje nowa klasa urzędnicza! Kontynuatorka tradycji klasy robotniczej mojej prowincji. Niech żyje!

dziennik pesymistyczny

Posłowie – kandydaci, czyli z kwiatka na większy kwiatek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W zbijających się wyborach do Parlamentu Europejskiego startuje wielu posłów obecnej kadencji sejmowej. Zostali oni wybrani do sejmu Rzeczpospolitej Polskiej w wyborach, które odbyły się nie całe dwa lata temu. Nikt z tych posłów nie informował wtedy swoich wyborców, że chce zostać posłem tylko na połowę kadencji, bo za dwa lata wybiera się do Brukseli.

 

Ja przynajmniej nie słyszałem nigdy takiej deklaracji jasno i wyraźnie sformułowanej. Nikt z tych polityków klarownie nie poinformował swoich wyborców z przez dwóch lat, że się chce być ich reprezentantem przez cały okres kadencji, lecz tylko przez jej połowę. Czy to nie jest nadużycie zaufania wyborców? Wielu polityków powie, że nikt nie może im zabronić im rozwoju, że przecież na początku startowali do sejmu, ale teraz się tak wyrobili politycznie, że pragną nas reprezentować w Brukseli. Ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że nikt z nich nie wiedział w 2007 roku o tym, że wpadnie na pomysł kandydowania do PE w roku 2009. A jeśli wiedzieli, że ich praca w polskim parlamencie ma być tylko czasowa to, dlaczego tego jasno nie napisali w swoich ówczesnych programach wyborczych. Wtedy, wszysko byłoby jasne i czytelny byłby sygnał dla wyborców: dajcie nam szanse na dwa lata a po upływie tego czasu, jeśli się sprawdzimy do wybierzcie nas do Parlamentu Europejskiego. A jeśli nie było to jasno stwierdzone to ja jako potencjalny wyborca mam prawo czuć się oszukany i zdradzony. Bo jeśli uwierzyłem w to, że dany kandydat na posła PR jest w mojej ocenie idealny do reprezentowania mojej osoby w sejmie to w wyborach poprzez poparcie go moim głosem zawarłem z nim umowę na to żeby mnie reprezentował przez cały okres trwanie kadencji sejmowej, a nie tylko przez pewien czas.

 

Oczywiście mogę teraz się zdenerwować i go do Brukseli nie wysłać poprzez zagłosowanie na innego kandydata, ale to nie zmienia faktu, że posmak oszukania pozostaje. I nie będę miał już pełnego zaufania do takiego posła RP, który przegrał wybory. Przegrał, bo ja mu nie udzieliłem poparcia, bo chciałem go widzieć w sejmie RP. Obaj będziemy zlustrowani on, że nie pojechał do Brukseli, a ja tym, że chciał jechać. Jakoś tak nie wierze, że on zrozumie, że ja uważam, że on bardziej się przyda w Polsce niż w PE.

 

Kto mi zagwarantuje, że ktoś z tych posłów teraz wybierających się do Brukseli w połowie kadencji parlamentu europejskiego nie wpadnie na genialny pomysł kandydowania w wyborach na prezydenta polski? I znów powraca ten dylemat. Dlaczego ktoś mnie stawia w takiej kłopotliwej sytuacji? Ja mam prawo wiedzieć czy jak ktoś chce być radnym do czy chce za dwa lata zostać posłem. Bo jeśli tak to nie wiem czy chce go teraz na radnego. I analogicznie, jeśli ktoś chciał zostać moim przedstawicielem w sejmie to czy naprawdę nie wiedział, że za dwa lata chce kandydować w wyborach do PE. Przecież od jednych do drugich wyborów nie jest aż tak dużo czasu.

 

Jestem zwolennikiem teorii spiskowych, więc dodam jeszcze jedno. Czy nie jest tak, że dla niektórych posłów – kandydatów jest to okazja do przejścia do lepszej i ciekawszej pracy? A wyborców traktują nie jak tych, których reprezentują, lecz jak komisje kwalifikacyjną, której nie zawsze mówi się cała prawdę, aby wypaść lepiej w jej oczach? Czy nie jest tak, że są już tylko dwa lata kadencji sejmowej i wielu chce sobie łagodnie przejść do lepszej i zdecydowanie lepiej płatnej pracy w PE na kolejne lata? Dla dobra tego, co nazywa się w Polsce demokracją obym się mylił.

 

dziennik pesymistyczny

Pracować w bieli

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Mój przyjaciel szuka pracy. Dla wszystkich, którzy go znają nie jest to rzecz nowa. Na poszukiwaniach zajęcia upływają mu już bowiem kolejne dziesiątki z jego dotychczasowych lat życia. Ale w dzisiejszej jego opowieści o poszukiwaniach nowego zawodu zastanowiło mnie nowe kryterium selekcji, jakim poddawał on potencjalne zawody, w których widziałby swoją przyszłość.

 

Przyjaciel mój imał się w swoim życiu zawodowym różnych fachów od umysłowych do fizycznych. Od aktorstwa, które trzeba przyznać wykonywał z sukcesami aż po układanie glazury czy rozładowywanie towaru w hurtowni. Jak słynna Pani z serialu Czterdziestolatek – żadnej pracy się on nie boi. Skuszony przez premiera wielkimi możliwościami, jak tysiące Polaków wyruszył do Londynu w poszukiwaniu szczęścia w pracy za wielką wodą. Jak wielu popracował tam w różnych zawodach, ale raczej mu się nie spodobało, bo powrócił na ojczyzny łono.

 

Znamy się od lat, więc pewnie jesteśmy podobni. Łączy nas wrodzona niechęć do poświęcenia życia tylko i wyłącznie pracy. Praca dla mnie i jak mniemam dla mojego przyjaciela jest raczej możliwością zdobywania środków na prowadzenia spokojnego i relaksującego życia a nie całym życie. Więc w nowym świecie kapitalizmu nie bardzo się odnajdujemy. Świat korporacji jest nie dla nas, choć nie ukrywam, że potrafimy się dobrze maskować i praca wśród białych kołnierzyków nie jest nam obca. Bywało, że spotykaliśmy się na korytarzach dużych firm krepując się nawzajem sztywnością i formalnością naszych garniturów i krawatów.

 

Teraz jednak mój przyjaciel zastosował nowe kryterium poszukiwań wymarzonego zawodu a mianowicie będzie się on kierował w wyborze kolorem stroju służbowego. A konkretnie chodzi o kolor biały, w którym faktycznie powinno mu być do twarzy. Idąc tropem tej nowej teorii złożył już podanie w lodziarni gdzie jak wiadomo biel jest podstawa w ubiorze służbowym. Zaniósł CV do biura służby parkingowej, która na mojej prowincji ubiera się latem w koszulki polo w tymże kolorze. Powiadomił mnie też, że rozważał prace w prosektorium pewnie też dla bieli uniformów. Jednak tam okazało się na szczęście, że się spóźnił a etat już zajął ktoś inny.

 

Zastanawialiśmy się wspólnie nad innymi możliwościami zawodowymi zgodnymi z przyjętym nowym kryterium wyboru. Okazało się, że nie jest tak znowu dużo zawodów bielą w strojach. Oczywiście pierwszym skojarzeniem, jeśli myślimy o białych uniformach jest służba zdrowia, ale zważywszy na to, że mój przyjaciel pobierał nauki w zakresie całkowicie nie związanym z medycyną zostaje mu niewielki wybór. Chyba żeby zagrał lekarza lub pielęgniarza w sensie aktorskim. Tyle jest teraz seriali związanych ze szpitalami. Bo w czasach pełnej specjalizacji zawodowej to już chyba tylko salowym mogły być w prawdziwym szpitalu jako osoba nie wykwalifikowana.

 

Więc może piekarz? Jak nic biel go wyróżnia wśród innych zawodów tak w stroju jak i tym, że cała jego postać jest biała od mąki. Więc jak nic jest możliwość zatrudnienia zgodna z nową logiką poszukiwań. Co jeszcze, może sklepy z żywnością tam panie i panowie noszą białe ubrania? Gastronomia? Kucharze są w bieli. Może jakieś zawody fryzjersko- kosmetyczne? Mam nadzieje, że się nie podda. Życzę mu z całego serca powodzenia, bo kto powiedział, że przy wyborze zawodu musimy zawsze kierować się pieniędzmi, które potencjalnie zarobimy albo uzyskaniem prestiżu w oczach innych? Czasem ważniejsze jest to żeby chodzić w pracy w bieli.

 

 

dziennik pesymistyczny

Budowanie połowiczne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W moim prowincjonalnym mieście jest taki zwyczaj, od którego nie jest wolna cała Polska. Jak kraj nasz długi i szeroki stoją sobie budowle a nawet drogi rozgrzebane, ale nie dokończone. Zasada u nas mianowicie jest taka, że jak władza ma pieniądze to buduje a jak się kończy kasa to rozpoczyna się czekanie na lepsze czasy, czyli po prostu na pieniądze. A do tego czasu niech to, co budowaliśmy sobie czeka rozgrzebane.

 

Na mojej prowincji jest wiele takich przykładów budów połowicznych. Najnowszym jest niewątpliwie komenda policji z jej nowym łącznikiem otynkowanym tylko do połowy. Widocznie na resztę zabrakło pieniędzy i teraz sobie poczeka na lepsze czasy. Jest nowy plac miejski, na którym miało być oczko wodne, od którego odchodzić miał kanalik wijący się przez cały deptak. No właśnie miał, bo ciek wodny jest tylko korytkiem niewiadomego przeznaczenia gdyż wodne oczko, z którego miało być zasilane nie powstało. A samo korytko i tak urywa się gdzieś w połowie deptaka.

 

Jest przed magistratem wkopane w ziemie automatyczne nawadnianie trawników to znaczy leży sobie bezczynnie w ziemi a rośliny usychają. Czegoś tam nie dopilnowano, czegoś nie ma i czeka to podlewanie sobie na lepsze czasy. Jest też sygnalizacja świetlna na nowo przebudowanym rondzie, gdzie najpierw przemodelowano wjazdy i zjazdy ze skrzyżowania a następnie ustawiono nowoczesną sygnalizacje świetlną. I teraz są jeszcze większe korki niż przed modernizacja. Wieść gminna niesie, że obie ekipy, ta od świateł i ta od modernizacji dróg pracowały sobie w najlepsze nic o sobie nie wiedząc. Sygnalizacja świetlna jest idealna do starego rozwiązania ruchu na rodzie a z nową organizacja nie bardzo chce działać. Zrodził się, więc w umysłach urzędniczych genialny pomysł. Postanowiono zaplanować awarie, i o określonej godzinie pewnego dnia wyłączono światła. I po sprawie… I teraz będzie to sobie stało przez lata mrugają żółtym światełkiem przechodniom i kierowcom. Jest już nie jedno takie skrzyżowanie w moim mieście gdzie postawioną na tę rewelacyjnie prosta metodę pozbycia się kłopotów.

 

Nie ma, co mnożyć przykładów, jest ich wiele. Tłumaczenie urzędników jest zawsze takie same – jak są pieniądze to się buduje, bo jak by się nie budowało do nic by nie powstało. Lub takie, że jak się nie wyda teraz pieniędzy to się ich nie dostanie w przy przyszłym roku. A tak można budować etapami.

 

Czy nie lepiej jest zgromadzi wszystkie siły i środki i zacząć budowę i ja skończyć w wyznaczonym czasie? Czy tak nie jest po prostu łatwiej? Czy wtedy nie dochodziłoby do takich sytuacji, że jak od jednego do drugiego etapu budowy zmieni się koncepcja to jest już to tylko ciągłe przerabianie? Nie ma tu żadnej spójności tylko jedna wielka przypadkowość. Jeden zaczyna, potem są wybory, drugi kończy, ale już według swojego widzimisie, potem go odwołują i jest trzeci ze swoją koncepcją. Ewidentnym przykładem takiej złej koncepcji inwestycyjnej jest nowo odremontowany deptak głównej ulicy mojego miasta. Był budowany w trzech etapach. I tak oto mamy trzy rodzaje latarni na dwu kilometrowym odcinku. Bo jak zakładano te pierwsze latarnie to nie pomyślało o tych na końcu a jak pomyślano to już tego rodzaju nie produkowano, więc trzeba było kupić inne. I jak to teraz wygląda? Źle.

 

Bo u nas na prowincji a przepuszczam, że i w stolicy jest tak, że zawsze wszyscy chcą dobrze a wychodzi jak zawsze.

dziennik pesymistyczny

Jeśli ulica Stańczyka to może i Plac Kaduceusza?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Stańczyk na doczekać się w moim prowincjonalnym mieście swojej własnej ulicy. Osobiście uważam, że to bardzo dobrze wybór. Bo w stylu rządzenia moim miastem jest wiele podobieństw do osoby Stańczyka. To znaczy wśród włodarzy mojego miasta jest wielu takich  Stańczyków. Jest w nich wielka zaduma nad losem mojego grodu  przynajmniej na etapie planów czy założeń i jest wiele czystej błazenady i głupoty na etapie realizacji. Nic, więc w tym dziwnego, że ulica biegnąca do magistratu będzie nosić imię renesansowego błazna.

 

Na mojej prowincji jest około 900 ulic. I co roku powstaje przynajmniej pięć kolejnych. Zawsze, ale to zawsze władza ma problem z nazwami i patronami. Od lat trwającą ewolucja w nazwach ulic nie jest oczywiście wymysłem ostatnich lat. Ale w ostatnim dwudziestoleciu przybrała zdecydowanie na sile. Nazwy największych i najstarszych ulic zmieniano wielokrotnie na przestrzeni wieków. Na przykład obecna ulica Żeromskiego była kiedyś Traktem Lubelskim. Plac Konstytucji Trzeciego Maja w czasie zaborów nazywał się Soborowym, a za niemieckiej okupacji był placem Adolfa Hitlera. Obecna ulica Kilińskiego nosiła dawniej nazwę Lubelskie Górki. Władze miasta właśnie dla przedłużenia tej ulicy szukają patrona, więc najprostszym rozwiązaniem wydawałby się powrót do starej przedwojennej nazwy całej ulicy. Co zresztą sugerują regionaliści. Jednak magistrat widać nie znosi prostych rozwiązań.

 

Wiele nazw ulic narzucanych z powodów politycznych w powszechnym odbiorze nigdy się w mieście nie przyjęła. Za PRL-u ulica Piłsudskiego rzadko była nazywana zgodnie z tabliczkami, czyli Marcelego Nowotki. Przyjezdni pytający o ulice Marchlewskiego niejednokrotnie widzieli zakłopotanie na twarzy zagadnietych. Co innego gdyby zapytali o ulice Focha. Teraz zdarzają się przypadki odwrotne. Od kilkunastu lat w na mojej prowincji jest ulica uczonego o światowej sławie, którego znaczna część życia upłynęła właśnie w tym mieście. Jednak mało kto wie, gdzie jest ulica ks. profesora Włodzimierza Sedlaka. Od lat dwudziestych lat do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku jedna z głównych ulic nosiła nazwę 1 maja teraz zamieniła się na 25 czerwca. Ale naprawę niewielu mieszczan i przyjezdnych pamięta, który to był czerwiec prościej jest używać starej nazwy.

 

Ciekawe ilu mieszkańców mojego miasta w ogóle kojarzy, kim był Stańczyk. Wydaje mi się, że on też podzieli los innych patronów ulic, o których mieszkańcy nic nie wiedzą. A może warto przy nadawaniu nowej nazwy przeprowadzić kampanie informacyjną wśród mieszkańców? Niech ludzie dowiedzą się, kto zacz był człowiek, którego imię nosi ulica, przy której upływa im życie. Więc wyręczając trochę włodarzy mojego miasta pragnę tę postać przypomnieć nam wszystkim. Stańczyk, jako postać historyczna pojawia się na dworze renesansowej Polski za panowania trzech władców: Aleksandra Jagiellończyka, Zygmunta I Starego i Zygmunta Augusta. Najczęściej łączony jest z drugim z wymienionych i określany, jako błazen starego króla. O samej osobie Stańczyka wiadomo bardzo mało. Wiele niejasności związanych jest już z jego nazwiskiem. Niektórzy historycy uważają, że Stańczyk to Staś Gąska. Lecz w owym czasie gąską nazywano każdego błazna. Znany historyk Julian Krzyżanowski w swojej książce zatytułowanej „Błazen starego króla” nadał Stańczykowi imię i nazwisko Stanisława Wyssogoty. Historycy uznają, że urodził się około 1480 roku prawdopodobnie w Sułkowie, a zmarł około 1560 roku w Krakowie. Pochodził z rodziny szlacheckiej. Stanisław Wyssogota – Stańczykowi – przypisuje się nieprzeciętne cechy charakteru. Przyjęto powszechnie, że jego mądrość i dalekowzroczność polityczną łączył on ze humorem i osobistym dźwiękiem trefnisia. Stańczyk był świetnie zorientowany w zawiłościach spraw publicznych ówczesnej polski.  Stańczyk bawił, śmieszył, ale też krytykował. Wytykał możnym głupotę, dworskie intrygi, przekładanie własnego interesu nad dobro publiczne. Był też wielkim polskim patriotą. Znane są liczne anegdoty stańczykowskie, a kilka z nich doczekało się nawet książkowego wydania.

Postać Stańczyka była inspiracją dla artystów. Jan Matejko, czołowy malarz polski, umieścił go na kilku swoich obrazach, miedzy innymi: Stańczyk, Zawieszeniu dzwonu Zygmunta, Hołd pruski. Stańczyk na obrazach mistrza trzyma w ręku laskę błazeńską, zwaną kaduceuszem. Nazwa kaduceusz pochodzi ze starożytności trzyma ja w ręku bóg Hermes. Kaduceusz to kij oplecionym parą węży, zwieńczony parą skrzydeł. Użycie kaduceusza burzyło wszelkie spory i kłótnie, stąd określa się go, jako symbol pokoju i porządku. I niech ten symbol oraz sama postać Stańczyka natchnie władze mojego miasta oraz wszelkich ludzi u władzy. A może nowo powstały prac przed magistratem nazwać właśnie Placem Kaduceusza?

 

dziennik pesymistyczny

Kto nie skacze i ten kto nie pije…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Wieczorem zasiadłem z moją narzeczoną jak zawsze do leniwej kolacji przed telewizorem. Oglądam sobie fakty i wiadomości spokojnie, bez emocji, aż tu nagle na ekranie pojawiają się młodzi chłopcy – narodowcy śmigający w górę i w dół radośnie wykrzykując hasło o tym, że: kto nie skacze jest pedałem.

 

 Natychmiast się zerwałem, bo przecież nie jestem homo i bardzo daleko mi do tego, a przez to nie skakanie jak nic mogłem się stać pedałem. A w najlepszym wypadku na pedała mogłem wyjść. A ja tak do mężczyzn to raczej obrzydliwy jestem, więc co robić skakałem jak kangurek. I tak sobie kicałem przez kilka minut a że jestem już nie najmłodszy i brzuszek jest już największym moim mięśniem, to nie dałem rady. Gdy padałem ze zmęczenia starałem się za wszelką cenę lec tak, żeby moja tylna część ciała była raczej przy podłodzie. Bo może jak bym ją wystawił do słoneczka to może bym prowokował? Gdy tak leżałem dysząc, olśniło mnie, że jak nie skaczę, to już pewnie jak nic jestem tym zwyrodnialcem i resztkami sił starałem się doczołgać do kanapy.

 

I tak rozpocząłem proces przymilania się do mojej konkubiny. Tak żeby samemu przed sobą móc zamanifestować swą seksualność. Żeby już na sto procent przerwać to okrutne myślenie o tym, że nie dałem rady skakać, więc jak nic pedałowanie jest dla mnie nieuniknione. Jestem już nie najmłodszy i kondycja już nie taka, więc mimo wysiłków nie mogłem sobie poskakać, ale może jeszcze tak spełnię ten akt między mężczyzną i kobietą. Ale też w odpowiedniej pozycji, bo od razu zobaczyłem uśmiechniętego chłopca – narodowca o wymuskanej fryzurze, który na koszulce miał zakaz, z pozycją na pieska. Więc to też nie najlepsze, więc na misjonarza jak Pan Nasz przykazał to uczynię – pomyślałem. Ale natychmiast sobie przypomniałem, że przecież ja tak dla przyjemności a nie dla prokreacji, więc znów nie bardzo. A może znów skakanie?

 

Więc hop, hop jak zajączek, choć oczy już na wierzchu i tchu brak. I nagle mój wzrok padł znów na telewizor i co widzie – paradę polityków, spotkania, narady wystąpienia rządowych i opozycyjnych od tych prawych i sprawiedliwych aż do platformiastych i co … i nikt nie skacze! A więc stało się! Ich też dopadło, nie skaczą! Pewnie też są homo!  I tak skaczę i skaczę i skaczę…, Bo ta myśl natrętną, że jak nie skacze to pewnie jestem pedał…

 

No dobra! Nie, no dość… stop! Nie skaczę, napiję się wódeczki, bo ten, kto pije i pali ten nie ma robali. I słusznie!

dziennik pesymistyczny

Babcia mnie upominała, nie przeklinaj…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Od maleńkości słyszę ciągle o tym, że nie powinno się używać brzydkich wyrazów, bo takim słownictwem posługują się tylko ci, co są na dole drabiny społecznej i że jak nie chce być taki jak ci na samym dnie to nie wolno mi przeklinać.

 

Już od przedszkola słyszę ciągle: nie wolno tak mówić, skąd u ciebie znajomość takich wyrażeń, jak można tak się zwracać do kolegi takimi słowami, nie ładnie… fuj… jak tak można. I tak przez szkołę pierwszą i następne, ciągle zakazy bluzgania i używania brzydkich wyrazów. Potem studia i to samo, ale ja oczywiście na przekor czasami sobie folguje z językiem i siarczyście zaklnę. Tak dla podkreślenia emocji i dla zaznaczenia powagi wypowiedzi. Ale zawsze gdzieś tam w tyle mojej głowy rozbłyska światełko i słyszę głos babci: kochanie jak możesz tak brzydko się wyrażać! To skandal!

 

Zawsze słyszałem i jest to we mnie wdrukowane, że jak będę przeklinał to stanę się jak ci spod budki z piwem, co to nic nigdy nie robią i niczego nie osiągnęli. A jak powstrzymam się od „łaciny” to jak nic wyjdę na ludzi. I nie powiem, starałem się. Od podstawówki aż po studia nie przeklinać za wiele, bo przecież miałem się odróżniać od tych co z pod budki i miałem coś osiągnąć.

 

I tak trałem w przekonaniu, że dobrze postępuje a posady rządowej i związanego z nią prestiżu nie osiągam, no, bo czasami przeklinam siarczyście. I w tym upatrywałem to, że mi do wielkich tego świata daleko. A tu nagle, co widzie w telewizji, które jest mym oknem na świat tytanicznych, zamożnych i mądrych. Słyszę jak pani minister na zebraniu rządu proponuje innemu ministrowi szybkie oddalenie a używa do tego słowo spier… No właśnie tego, co mi zgodnie z babcina przestroga używać nie wolno. A pani z rządu może i owszem. Oj zaburzyło to moje postrzeganie świata.

 

I tylko żal pozostaje, że tak się przez lata pohamowywałem w tym przeklinaniu, bo jak bym sobie nie żałował to jak nic poszedłbym w ministry. A tak cóż w rządzie nie jestem, bo mi babcia przeklinać nie pozwalała. Ale może to i lepiej, bo teraz to może właśnie ta budka z piwem, co to pod nią miałem stać jak bym bluzgał jest tam gdzie rząd obraduje?