Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Państwowy odcisk mojego palca

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dla naszego obywatelskiego dobra od wczoraj zostały wprowadzone nowe zasady wydawania paszportów. Każdy mieszkaniec naszego kraju, który ubiega się o paszport, musi złożyć odciski dwóch palców na elektronicznym czytniku. Czyli to, co znaliśmy zazwyczaj z książek i filmów kryminalnych teraz może nas w wolnej i demokratycznej ojczyźnie spotkać nie na policji, lecz w urzędzie. Nie wtedy, gdy dokonaliśmy jakiegoś przestępstwa, lecz gdy ten cudowny kraj chcemy na chwile opuścić. I żeby nie było żadnych wątpliwości nowy sposób kontrolowania i ewidencjonowania polaków został wprowadzono dla ich dobra właśnie.

 

W 2006 roku prowadzono w Polsce paszporty z jedną cechą biometryczną, czyli z obrazem twarzy. Ale zgodnie z rozporządzeniem unijnym wydanym dwa lata wcześniej we wszystkich krajach unii europejskiej muszą obowiązywać paszporty z dwiema cechami. Dlatego teraz, obok zapisu obrazu naszej twarzy, w paszportach pojawiały się także nasze odciski dwóch palców. Coś mi się wydaje, że to nie jest ostatnie urzędnicze słowo w tej sprawie.

Procedury poboru odcisków palców są takie, jakie znamy z kryminałów. Już samo to sugeruje, że jesteśmy czegoś tam winni. No, bo i po co urzędnikom nasze odciski palców? Przecież nie, dlatego żeby chronić i zabezpieczać nasz paszport. Przecież każdy, kto go posiada wie, że podrobienie takiego dokumentu to nie lada wyzwanie już teraz. I dodanie naszych odcisków palców do zabezpieczeń nie za wiele tu zmieni. Nie na żadnej pewności czy wprowadzenie identyfikatorów biometrycznych rzeczywiście przyczyniło się do zwiększenia bezpieczeństwa. Moim zdaniem nowe prawo stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa ze względu na ryzyko nadużyć. Brak w nim  przejrzystości norm zarządzania zdobytymi danymi. Istnieje przecież możliwość wycieku wrażliwych informacji. Nikt nie wspomina o stosownej ochronie tych baz z danymi. Jest tu tylko mowa o jej niszczeniu ich zawartości po wytworzeniu paszportu. Więc po co zbierać odciski palców jeśli nie ma ich z czym porównać. Nikt z urzędników wczoraj nie mówił też o kosztach takiej operacji czy adekwatność do zagrożeń.

 

Tak naprawdę po tym jak przyłożymy nasze palce do czytnika tracimy kontrole nad tym, co się dzieje następnie z naszymi odciskami palców. Trafiają one do komputerowej bazy danych. A stamtąd zostają zakodowane w warstwie elektronicznej paszportu, choć nie są odwzorowane graficznie w dokumencie. Czyli nie są widoczne gołym okiem. Można je rozpoznać dopiero przy użyciu specjalnych czytników. Więc w zasadzie nie bardzo wiemy, co tam się w tym elektronicznym zapisie właściwie się znajduje.

Do tradycyjnych metod ewidencji polaków dołączył nowy. Teraz w każdym urzędzie podajemy setki razy PESEL, NIP, nazwisko, imię, drugie imię, adres zameldowania, który urząd skarbowy i tym podobne. Przedstawiamy po dwa dokumenty tożsamości. Zapewne w niedługiej przyszłości będziemy  musieli  identyfikować się w urzędach dodatkowo odciskiem naszego palca.

 

Jakoś nie bardzo mi się chce wierzyć w zapewnienia urzędników, że bazy danych z odciskami palców zbierane przy wydawaniu paszportów zostaną natychmiast zniszczone po ich wykorzystaniu przy produkcji dokumentów. Dziwne się wydaje, że po zdobyciu z takim trudem tak ważnych danych nie zrodził się, w jakim urzędniczym umyśle pomysł przekazania takiej bazy na przykład służbą specjalnym. Nie dowiemy się o tym jednak nigdy, bo jak przystało na państwo wolne i demokratyczne o takich sprawach obywateli się nie informuje. Takie informacje są tajne, że względów bezpieczeństwa. Oczywiście bezpieczeństwa obywateli a nie urzędniczo – politycznego państwa.

dziennik pesymistyczny

Pada deszcz a rząd nic nie robi!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

To, co się dzieje w pogodzie to prawdziwy skandal. Od dwóch dni mamy astronomiczne lato a tu w naszym kraju nie widziano słońca od tygodni. Pada przez cały czas dzień i przez całą noc. Dzień po dniu. Już od ponad miesiąca. Wszystko to odbywa się przy całkowitej bierności rządu oraz najwyższych organów państwowym.

 

Prezydent zawsze powtarza, że jest najważniejszą osoba w państwie. Niech to w końcu w jakiś sposób udowodni. Już dawno powinna się odbyć w sprawie pogody rada gabinetowa pod przewodnictwem prezydenta. Dlaczego nadal nie odbyło się w pałacu prezydenckim spotkanie ekspertów od pogody, którzy uradziliby jakieś rozwiązanie tej tragicznej sytuacji?

 

Rząd też jest całkowicie bierny. Deszcz pada już niemal codziennie a rząd nie wydał w tej sprawie żadnego oświadczenia. Dlaczego nie żebrała się rada ministrów? Przecież to, co się dzieje w pogodzie nie dotyczy tylko małej grupki społeczeństwa, ale nas wszystkich. A tu nic. Żadne z ministerstw nie pochyliło się z troska nad tym mokrym problemem. O premierze już nie wspomnę. Z nikąd nie widać pomocy.

 

Sejm też jakby starał się nie zauważać deszczowego problemu. Posłowie mogliby przecież powołać komisje sejmową, która wyjaśniłaby, kto za tym deszczem stoi i na czyją korzyść pada od miesięcy. Ja rozumiem, sytuacje platformy obywatelskiej z jej koalicjantem. Postawa stronnictwa ludowego w tej sprawie nie jest jednoznaczna. Jako partia chłopska, PSL nie raz wyrażał opinie, że rolnikom deszcze jest potrzebny. Może i jest potrzebny, ale czy w takich ilościach? Jak nie koalicja miałaby to wyjaśnić to może opozycja by się za wyjaśnianie zabrała. Posłowie! Przecież nie możecie przez cale wakacje stać biernie. Apeluje do was, nie bądźcie bezczynni! Przecież nie każdy zarabia aż tyle co wy i nie każdego będzie stać na wakacje nad Adriatykiem.

 

Może przynajmniej opozycja to wyjaśni. Błagam niech jeszcze przed moim urlopem Jarosław Kaczyński zwoła konferencje prasowa i jasno powie kto jest odpowiedzialny za tak fatalny stan pogody. Niech powie dlaczego wszyscy stoimy w strugach deszczu. Bo jeśli my tu w Polsce mokniemy to może jest ktoś kto spiskuje i jest za to wszystko odpowiedzialny.

 

Mamy tylu urzędników, polityków, posłów u nas i w Brukseli, jest wojsko i policja, ministerstwa wszelakie, ABW, CBA, NIK a nikt nie może załatwić słonecznej pogody.  Kiedyś spisek ograniczał nie tylko do deszczowych weekendów i słonecznego tygodnia pracy. Co też powinno zainteresować PiS. Bo widać tu jasno, że komuś zależało na tym żeby społeczeństwo nie mogło swobodnie wypoczywać. Ale dzień dzisiejszy udowadnia, że problem deszczowy rozszerza się i na dni pracujące. Czy w końcu rząd dostrzeże problem i coś się zmieni? Oby przed moim urlopem.

 

 

dziennik pesymistyczny

Gdzie libertas i wódeczka jest też awanturka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje zabawa i dziewczyna młoda – jak mówi, przeprasza śpiewa klasyk. Asystent eurodeputowanego z mojego prowincjonalnego miasta chyba zbyt dosłownie zrozumiał nazwę partii, z której w wyborach startował jego pracodawca. Poczuł taką wolność po tym jak jego pryncypał przepadł w wyborach a on stracił prace, że nie pozostało już mu nic innego jak tylko się upić w gronie przyjaciół w biurze poselskim. Taki libertas na całego.

 

Pan asystent Artur K. na wyborcza porażkę zareagował bardzo mocno, bo wódeczka jak wiadomo bardzo mocna być potrafi.  Zareagowali z nim też inni pracownicy biura poselskiego byłego już posła PE w moim mieście. To, że ich chlebodawca nie będzie już nas reprezentował w Brukseli wywołało u nich taki wstrząs psychiczny, że nie pozostało już im nic innego jak tylko tak po staropolsku lub po irlandzku się upić. A jak wiadomo jak człek pijany to i bardziej wylewny w słowach. Więc nic w tym dziwnego, że odurzony alkoholem asystent eurodeputowanego zwymyślał przechodnia, potencjalnego wyborcę za to, że jego zdaniem źle zagłosował a następnie naubliżał interweniującym policjantom.

 

We wtorek, 9 czerwca a więc kilkadziesiąt godzin po oficjalnym ogłoszeniu wyników wyborów do europarlamentu Artur K., asystent w biurze deputowanego zwymyślał przypadkowego przechodnia na deptaku. Mężczyzna początkowo zignorował całkowicie incydent, ale po pewnym czasie wiedziony ewidentnym poczuciem krzywdy postanowił wrócić i wyjaśnić sprawę u źródła. I tam w biurze poselskim doszło do kolejnej awantury. Bo pracownicy i asystent raczyli się właśnie u źródełka, to jest przy gorzałce. Artur K. zaczął szarpać gościa. Na pomoc przyszedł mu współpracownik, który użył gaśnicy. Widocznie chciał zagasić zarzewie awantury.

 

Na miejscu pojawiła się policja. Aby spisać, kto tu pije i co i kto jest agresywny i dlaczego. Funkcjonariusze metodami operacyjnymi ustalili, że wszyscy troje pracownicy biura znajdują się pod wpływem alkoholu. U Artura K. stwierdzono blisko 1,2 promila a jego kolega miał jeszcze więcej – 1,5.

 

Teraz ważna informacja dla środowiska politycznego, z którego wywodzą się działacze. Wśród biesiadników po klęskowych była również kobieta. Bo jak pisałem na wstępie, co to za zabawa i libertas bez dziewczyny młodej.

 

Policjanci zbadali na zawartość również przechodnia, który był trzeźwy. Może w tym fakcie jest źródło nieporozumień miedzy pracownikami biura a ich gościem, bo przechodzień zwymyślany przez nich po prostu nie był dostatecznie lebertas.

 

Pewnie niewielu z nas zdaje sobie z tego sprawę jak wielkie nieszczęścia ściągnęliśmy na innych głosując lub niegłosując w ostatnich wyborach do parlamentu europejskiego. Pamięta się tylko o zwycięzcach. A na prowincji dochodzi to prawdziwych tragedii. Alkoholowych tragedii.

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Walka o życie na deptaku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Centralna ulica mojego prowincjonalnego miasta która, miała być miejscem do spacerów i wypoczynku. Gdzie mieszkańcy mogliby rozkoszować się wypoczynkiem na ławeczkach czy w kawiarnianych ogródkach stała się miejscem walki o byt miedzy pieszymi a kierowcami.

 

Główna ulica mojego prowincjonalnego miasta została zamieniona na deptak już wiele lat temu. Zmieniła się władza w mieście, a nawet ustrój w kraju. Ale jedno się nie zmieniło. Przyzwyczajenia kierowców. Nawet ci najmłodsi, co to nie wyglądają na takich, co mogą pamiętać tą ulice z lat siedemdziesiątych, jako pewna samochodów zdają się tym przyzwyczajeniom mimo wieku ulegać. Deptak ciągnący się przez całe centrum jak sama nazwa wskazuje jest to miejsce do deptania go nogami przez pieszych a nie do jazdy samochodem czy innym pojazdem silnikowym.

 

Dla podkreślenia spacerowego charakteru ulica została wyłożona kamienną kostka i granitowymi płytami na całej szerokości, od kamienicy do kamienicy. Nic to jednak nie pomogło nadal jest to miejsce gdzie rozgrywa się codzienna walka zmotoryzowanych z pieszymi. Nie pomagają zakazy i nakazy, kamery monitoringu, patrole policji i straży miejskiej. Tam zawsze w jakiś przedziwny i magiczny sposób pojawi się samochód lawirujący miedzy przechodniami. I żeby to był jeden samochód, co jakiś czas to jeszcze rozumiem, ale to jest już prawdziwy ruch kołowy. Ze swoimi utrudnieniami, korkami i zatorami. Na deptaku dopuszczony jest, co prawda ruch pojazdów dostawczych oraz aut mieszkańców, ale jest ich tyle, że trudno uwierzyć się tą liczbę tworzą tylko pojazdy uprzywilejowane. Samochodów jest tak dużo że trudno się pieszemu poruszać miedzy nimi. Więc można mieć uzasadnione obawy, że to nie tylko pojazdy posiadające zezwolenie na wjazd poruszają się deptakiem. Co pewien czas przejedzie tam nawet radiowóz służb mundurowych, ale zawsze jakoś tak pospiesznie a nie patrolowo.

 

Strażnicy porządku traktują ten teren jak pole bitwy o prawo i porządek tylko wtedy, gdy rozpocznie się kolejna burza medialna w sprawie pojazdów na deptaku. Jak tylko dziennikarze odpuszczą, odpuszczają też mundurowi. W okresie letnim walka o byt na deptaku nabiera nowego wymiaru. Gdy pojawiają się kawiarniane ogródki zastawiając, co pewien czas duża cześć chodników. Tworzy się przedziwny labirynt korytarzy miedzy ogródkami. Gdzie samochody i piesi przed nimi uciekający skręcają raz w prawo i w lewo w odwiecznej pogoni. Ten, kto przysiądzie na chwile na ławce czy w ogródku przy stoliku może, co prawda może  obserwować zmagania ludzi w maszynach z ludźmi poruszającymi się na własnych nogach. Ale na pewno nie możne tego skomentować ze znajomymi, bo w tym huku silników i pisku hamulców nie można się nawzajem usłyszeń.

 

Taka sytuacja trwa już tak długo, że nie wiem czy kiedykolwiek się skończy jakimś rozwiązaniem. Jest tak bardzo nierozwiązywalna, że mam poważne obawy, że przetrwa dłuższej niż wytrzyma materiał, z którego deptak został wykonany. Mnie zastanawia jedno, jak to jest, że w moim mieście jest tak wielu tych, co to krzyczą o prawie i sprawiedliwość a nie potrafią uszanować zwykłego znaku zakazu wyjazdu. Sadząc po tym jak wielki był na mojej prowincji sukces wyborczy PiSu i jak wiele jest samochodów na deptaku łamiących zakazy jazdy, wielu jest takich.

 

dziennik pesymistyczny

Groszowe zaokrąglenie urzędników

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest takie powiedzenie, że dwóch rzeczy można być pewnym w życiu człowieczym: śmierci i podatków. Zapewne tak jest. Ale przekonałem się dziś, że nasze państwo stało się tak zamożne, że nie interesują go już grosze z podatków, lecz tylko pełne złotówki.

Stojąc w długiej kolejce do kasy w urzędzie skarbowym, aby uiścić tam kolejny podatek od istnienia, oddychania czy czegoś tam równie ważnego. Z nudów przeczytałem karteczkę na tablicy ogłoszeń informująca, że: zgodnie z ustawą Ordynacja podatkowa oraz o zmianie niektórych innych ustaw (Dz. U. Nr 143, poz. 1199), wprowadzone zostały w art. 63 Ordynacji podatkowej jednolite zasady dotyczące zaokrąglania. Zaokrąglania groszy do pełnych złotówek. Pomyślałem sobie, że nie jest tak źle z tym naszym państwem. Dotychczas obserwowałem tylko proces zaokrąglania się polityków i urzędników, że tak powiem proces fizycznego zaokrąglania się na naszych podatkach a tu proszę taka nowa inicjatywa. Teraz jest już tak dobrze, że zaokrąglane są też nasze podatki.

Urzędu skarbowego, o którym przez lata myślałem, że jest zdolny do wyrwania z mojej kieszeni nawet ostatniego grosza, teraz właśnie ten grosz już nie specjalnie interesuje. I to od dwóch lat tak go przestały interesować, ten mój grosik. Od 1 stycznia 2006 roku kwoty płaconych podatków zaokrągla się w urzędzie skarbowym do pełnych złotych w ten sposób, że: końcówki wynoszące mniej niż 50 groszy pomija się a końcówki wynoszące 50 i więcej groszy podwyższa się do pełnych złotych. I zasadniczo wychodzi na jedno, bo statystycznie zapewne jest tak ze tych, co zaokrąglają do dołu jest tyle samo, co tych zaokrąglających płatności do góry. Więc niby wszystko poprawnie i sprawiedliwie. Ale mnie dziwi takie państwo, dla którego nie jest ważny każdy grosz, lecz liczą się tylko pełne, okrąglutkie złotówki.

Niby jest tu oszczędność, ale wizerunek oszczędnego państwa jakoś przy takim sposobie liczenia wypada blado. Tylko statystycznie jest dobrze. No i może jakiś komputer czy pani łatwiej te nasze podatki policzy. Tyle jest ostatnimi czasy mówienia polityków i urzędników o każdym groszu, że kryzys, że oszczędność a tu proszę. Grosz mój się jakoś tak nie bardzo urzędowi podoba.

No dobrze, może się i czepiam, ale taki przykład z dzisiejszego dnia. Natchniony wynalazkiem urzędu skarbowego kupując pietruszkę w sklepie przy kasie zaproponował zaokrąglenie na moja korzyść, czyli o czterdzieści dziewięć groszy. Pani sprzedawczyni popatrzyła na mnie dziwnie i oczywiście się nie zgodziła. Nawet wtedy nie wyraziła zainteresowania zaokrąglaniem, gdy zaproponowałem, że jutro wykonamy zaokrąglenie odwrotne w górę do pełnych złotych. Powiedziała, że dla niej liczy się każdy grosz. Dla niej tak i dla wielu też się liczy, ale dla państwowej instytucji już chyba nie tak bardzo.

Jeśli dla państwa polskiego takim problemem są grosze to, po co je mamy w naszym systemie monetarnym. Niech pozostaną tylko złotówki. Wtedy odejdzie problem groszowych zaokrągleń. Choć obawiam się, że wtedy będziemy zaokrąglać do dziesięciu złotych lub stu złotych. A prekursorem w tej dziedzinie znów będzie urząd.

dziennik pesymistyczny

Wystarczy być… ekscelencją

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wczoraj radni mojego prowincjonalnego miasta jednogłośnie przyjęli uchwałę w sprawie nadania honorowego obywatelstwa pewnemu arcybiskupowi. Jeśli ktoś w tym miejscu pomyślał, że duchowny czymś szczególnym zasłużył się dla mieszkańców miasta zdecydowania się myli. Aby dostać honorowe obywatelstwo wystarczyło po prostu być. Wystarczyło być biskupem kościoła katolickiego i przynajmniej przez kilka lat mieszkać w mieście. I już radni nadają honory.

 

Jeden z radnych nawet próbował uzasadnić nadanie tego wyjątkowo naciąganego honorowego obywatelstwa i zapewne wielu przekonał, o czym świadczy jednomyślność radnych przy głosowaniu. Nie wielu czytelników uwierzy, że wystarczy być zesłanym przez Watykan do administrowania diecezją kościoła na prowincji, aby radni miasta na prowincji tak się tym faktem zachwycili, że nadali biskupowi tytuł honorowego obywatela, gdy tylko się dowiedzieli ze ekscelencja wyjeżdża z miasta. A jednak okazuje się że to wystarczy. Ale dla przyzwoitości pozostało jeszcze to nadanie jakoś uzasadnić. O to zadbał pewien radny, który w swej laudacji starał się usilnie wymienić, kilka zasług biskupa dla miasta. Wymienił kilka i dodał, że to nie wszystkie. Szkoda, że nie wymienił wszystkich, bo nie było ich aż tyle żeby zajęło to więcej czasu na nadzwyczajnej sesji.

 

Wymienione zasługi ekscelencji dla mieszkańców mojego miasta mieszczą się dokładnie w ramach jego kościelnych obowiązków, szerzenia wiary oraz czynności administracyjnych, jakie powinien spełniać biskup kościoła w swej diecezji. Nie były czymś nadzwyczajnym a raczej czymś zupełnie normalnym dla posługi kościelnego hierarchy. To mniej więcej tak jakby z urzędu nadawać honorowe obywatelstwo każdemu urzędnikowi miejskiemu, który choć raz wydał decyzje, która przyczyniła się to tego, że coś tam w mieście wybudowano czy utworzono. A to, co uczynili radni jest dokładnie takim uznaniem dla samego uznania. Radny w swej mowie przekonywał, że jego ekscelencja w okresie swej siedmioletniej posługi nawiązał wyjątkowo dobre stosunki z gmina. To na prawdę odkrywcze i wyjątkowe! Tak jakby gdzieś w tym kraju od dwudziestu lat nie były one dobre a wręcz znakomite. Czy moje miasto osiągnęło jakiś wyższy poziom wyjątkowo dobrych relacji państwo – kościół?  Radny przedstawił też na sesji życiorys arcybiskupa, przypominając miedzy innymi jego ingres z roku 2002, któremu przewodniczył ówczesny kardynał a dziś papież. Faktycznie to wielka promocja miasta, zapewne wielu na całym świecie dowiedziało się wtedy o istnieniu mojego prowincjonalnego miasta. Jakoś trudno w to jednak uwierzyć.

 

Na uroczystej sesji przypomniano też podobno liczne przedsięwzięcia, które biskup wdrażał dla dobra współmieszkańców. Sztandarowymi przykładami wyjątkowości biskupa było według radnego utworzenie ośrodka edukacyjno-charytatywnego na jakieś wsi leżącej ponad trzydzieści kilometrów od mojego miasta (!). Tak to na prawdę wielki i godny nagród wszelakich wyczyn. Ekscelencja podobno też własnoręcznie utworzył diecezjalny ośrodek duszpasterstwa akademickiego oraz uruchomienie centrum myśli Benedykta XVI w mym mieście. To ostatnie mnie nie dziwi, bo jako hierarcha kościelny, biskup od zawsze był blisko związany z obecnym papieżem. Ale jak do wpłynęło na codzienne życie mieszkańców miasta, nie wiem i pewnie nie wielu wie. Choć niewątpliwie wiedzieli o tym radni. Ale czy te wszystkie inicjatywy nie są tylko i wyłącznie związane z szerzeniem wiary? Gdzie tu dobro dla laickiego miasta? Nie wszyscy obywatele w mym grodzie to głęboko wierzący katolicy. A wszystko, co uczynił biskup było związane bardzo ściśle z kościołem i przyniesie, oby, korzyść raczej tylko wierzącym. A honorowe obywatelstwo nie powinno być przyznawane osobie, która nic poza tym, co wypadało jej czynić z racji zajmowanego w kościele stanowiska czyniła.

 

Honorowych obywateli jest w moim mieście tylko siedemnastu, a mam wrażenie z ten ostatni dostał je tylko, dlatego że trzeba, bo było czymś na zakończenie jego mieszkania w moim mieście nagrodzić. Co mu radni i prezydent dać mieli? Obraz? Książkę?  Nie wypada. A honorowe obywatelstwo wydawało im się odpowiednie. Ale przez to ten honor stał się tylko prezentem na odchodne dla biskupa. Taką pamiątką z miasta, które opuszcza dla watykańskich stanowisk. Kilku urzędników wpadło na dziwny pomysł. I go sobie zrealizowało. Pewnie wielu z radnych nie glosowałoby w zwykłych okolicznościach za nadaniem honorowego obywatelstwa. Ale jak tu w katolickim kraju, przy takich powiązaniach państwa i kościoła głosować przeciw. Głosowano, więc jednomyślnie, bo biskupowi się w tym kraju niczego nie odmawia a wręcz daje. Więc mu nadali.

 

 

dziennik pesymistyczny

Plac pełen pomników

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W moim mieście postanowiono postawić dwa nowe pomniki. Nie powinno mnie to dziwić, bo na mojej prowincji stawianie pomników to już prawdziwe hobby władzy. Praktycznie, co jakieś rok lub dwa powstaje nowy pomnik. Trzeba przyznać, że nie zawsze jest to rzeźba stawiana za miejskie pieniądze, że bardzo często jest tak, że to jakiś komitet działający na rzecz pomnika zbiera fundusze i potem stawia pomnik. Ale zawsze jest to robione na miejskim terenie i w miejskiej przestrzeni a magistrat w ten czy inny sposób zawsze się to takich inicjatyw kilku osób dokłada. Czyli na przykład wydaje pieniądze na zagospodarowanie terenu wokół statui ku czci. Czyli tak naprawdę wykłada z miejskiej kasy po kilkaset tysięcy na rzecz nowego pomnika. No i zawsze władza bierze czynny udział w wydawaniu pozwolenia na budowę i w odsłanianiu gotowego pomnika.

 

Najwyższym przejawem działalności pomnikotwórczej jest w moim mieście plac który kiedyś nosił miano placu Zwycięstwa. Dla podkreślenia stanu tegoż zwycięstwa z 45 roku po jego środku stał pomnik wdzięczności za do zwycięstwo. I tak stało sobie to dzieło przez lata. Pod względem artystycznym było bardzo ciekawe, ale pod ideowym względem nie bardzo poprawne. Stał pomnik przez cały okres PRLu. Aż do zwycięstwa nowej polski gdzie na fali zmian znikła i nazwa placu i sam pomnik. Potem przez lata plac niszczał a co jakiś czas gazety donosiły o nowym pomyśle upamiętnienia pomnikiem jakiegoś wydarzenia czy osoby związanej z miastem właśnie postawienie pomnika na tymże placu.

 

Przez ostatnie dwadzieścia lat wiele się tam zmieniło. Po PRLowskim pomniku została tylko piaskowa rozpadlina. Chodniki i murki otaczające plac rozpadły się zupełnie. Teraz plac nosi nazwę upamiętniającą dawną dynastie królewską. I niewątpliwie to zainspirowała kilku obywateli moje grodu do postawienia tam pomnika króla należącego do tej właśnie dynastii na placu nazwanym jej imieniem. Wysilając się znacznie można nawet zrozumieć, że król z odległych czasów na jakiś tam z moim prowincjonalnym miastem związek i można to upamiętnić w ten sposób. Więc niech sobie tam pomnik stanie i stoi.

 

Ale na tym twórczość pomnikowa radnych i prezydenta miasta nie ustała. Na tym doświadczonym przez czas i ludzi placu nie stanie tylko jednego pomnik. Będą tam dwa obeliski. Ten drugi też jest jak najbardziej poprawny i trudno się nie zgodzić z tym, że jest potrzebny. Ma on ma upamiętniać żołnierzy AK.

 

Więc już dwa na jednym placu. Można wykazać się jeszcze większym zrozumieniem dla działalności pomnikotwórczej radnych i to też zaakceptować. Ale właśnie przeczytałemw lokalnej prasie, że ten plac jest brany pod uwagę jako miejsce pod trzeci pomnik. Ten miałby z kolei upamiętniać protesty robotnicze. Czyli idea upamiętnienia pomnikiem tych wydarzeń  jest najzupełniej poprawna i słuszna. I najzupełniej słuszne wydają się w tej sytuacji  moje obawy, że może dość do sytuacji gdzie na niewielkim placu staną trzy pomniki. A jak znam radnych mojego miasta to może nie być ich ostatnie słowo w sprawie pomników na tym placu. Można przyjąć jako pewnik, że ktoś z nich wcześniej czy później wpadnie na pomysł kolejnych pomników. Staniemy się wtedy miastem o największej ilości pomników na metr kwadratowy. To już prosta droga do postawienia pomnika temu, kto wpadł na pomysł zapomnikowania miasta. Niby wszystko poprawne i słuszne, ale jakaś tak dziwnie.

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Niech się świeci Długi Weekend

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dziś święto Bożego Ciała i dla wielu początek długiego weekendu. Dla tych wierzących to święto łączące się z duchowym przeżyciem a dla tych nie bardzo wierzących, to tylko dzień wolny od pracy. Dla tych drugich może to i mało przy wymiarze duchowym, ale jednak ważny to dzień, bo jest początkiem kilku dni wolnych. Jakie to szczęście niepojęte, że żyjemy w takim kraju gdzie może i brakuje wielu rzeczy i w kilku sprawach państwo nam niedomaga, ale za to naród ma wiele wolnych od pracy dni. Są w całym roku święta kościelne, są też święta państwowe, ale najważniejsze jest to żeby te dni wolne ustawiły się tak w kalendarzu jak dziś. Czyli żeby świetno wypadało w połowie tygodnia i dawało się stworzyć dzięki temu długi weekend. Tak żeby świętować nie jeden, nie dwa dni, lecz przynajmniej trzy lub cztery. Nie ważne, jakie to święto obchodzimy aktualnie. Ważne, że stanie się ono pretekstem do leniuchowania. Przecież można do kościoła iść rano a potem już wolne. To jak święto dające impuls do nadzwyczajnego urlopu się nazywają i co tam, dla kogo znaczą nie zawsze jest dla wielu z nas sprawa kluczową. Najważniejsze żeby wyrwać się z kieratu pracy na te kilka dni.

 

Jestem naprawdę wdzięczny polskim parlamentarzystom, że nie tylko utrzymali takie święta jak dzisiejsze, ale nawet dodali więcej kościelnych i państwowych świat do kalendarza czyniąc je dniami wolnymi od pracy. W takie dni lenistwa jestem daleki od utyskiwania na rozdzielność państwa i kościoła, nie obchodzi mnie ekonomiczny wymiar tego że nikt nie pracuje. Kryzys nie kryzys. Ja ma dziś dzień wolny od pracy i to mnie cieszy najbardziej. Dlatego apeluje. Posłowie! Nie ustawajcie w tym czynieniu dobra. Naród chce więcej świąt. Chcemy więcej wolnych długich weekendów. To nie jest z mojej strony żaden sarkazm, ja naprawdę jestem z posłów i decydentów dumny. Raz im się coś udało. Dali narodowi to, na co cały naród czekał. Dali wolne i powód do świątecznego leniuchowania. I z tego miejsca bardzo im za to dziękuje. Apeluje, nie ustawajcie w wysiłkach panowie posłowie. Niech przynajmniej raz w miesiącu będzie jeden długi weekend. Dajmy przykład europie. Niech nasze szczęście się rozprzestrzenia. Niech Wolne Długie Weekendy od dziś na świecie noszą miano polskich weekendów.

 

dziennik pesymistyczny

Kto gdzie stoi i dlaczego to wstyd

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Prezes Prawa i Sprawiedliwości największej partii opozycyjnej zaatakował słownie podczas konferencji prasowej dziennikarza radia ZET. Jarosław Kaczyński nie tylko odmówił odpowiedzi na pytania reportera rozgłośni radiowej, ale pozwolił też sobie na uwagę o tym, że wstydziłby się pracować w takim radiu. To nie koniec a w zasadzie początek. Następnie były premier wypowiedział słowa, w których podzielił polaków na tych lepszych związanych z prezesem i tych wszystkich innych odmieńców, którzy pozwalają sobie na inne zdanie.

 

To nie pierwsza światła myśl prezesa na temat podziału w polskim społeczeństwie, na tych związanych z prezesem PiS, czyli dobrych i tych złych, czyli pozostałych. Raczył on już tę granice wyznaczyć w swojej poprzedniej słynnej wypowiedzi: – My stoimy tu, gdzie stoczniowcy. Oni – tam, gdzie stało ZOMO. Po słowach o stoczniowcach i ZOMO myślałem czasem, że to tylko taki wybryk lub wpadka. Że to może tak czasem się prezesowi wyrwie. Że szybciej powie niż pomyśli. No tak już mam, że czasem tłumacze oczywiste oczywistości na korzyść nawet tych, co na to nie zasługują. Ale wczorajsze słowa na konferencji prasowej skierowane do dziennikarza radia Zet utwierdziły mnie w przekonaniu, że prezes PiSu naprawdę wie, co mówi. On naprawdę tak myśli. To, co powiedział wczoraj Jarosław Kaczyński jest raczej kontynuacją wyznaczania przez tego polityka linii podziału na poprawnie myślących i wszystkich innych. Poprawnie, czyli tak jak myśli prezes. Jest on zapewne przekonany, ze wróg czai się za każdym rogiem ulicy. A on jest tym ostatnim sprawiedliwym w mieście bezprawia. Bo jak można inaczej zinterpretować słowa: – Zawsze w Polsce były dwie grupy. Ta z AK i ta z innych środowisk. To jest wyraźne wskazanie na to, że jest określony wróg w Polsce, że nikt, kto nie myśli o Prawie i Sprawiedliwości, jako o swojej partii nie ma prawa do patriotyzmu. To już krok do tego żeby powiedzieć, że nie ma prawa być polakiem, kto nie myśli jak prezes. Że powinni się wstydzić ci wszyscy, co mają inne poglądy, bo za inne przekonania polityczne mogą stać się nie godni związków z chlubnymi narodowymi tradycjami. W kontekście słów Jarosława Kaczyńskiego zastanawiam się czy to, że moi przodkowie walczyli w AK daje mi prawo do tego żeby czuć się stojącym po stronie przodków, czy zgodnie ze słowami prezesa moje miejsce jest po drugiej stronie barykady, bo jego poglądy i przekonania nie są moimi. To taki monopol na prawdę i patriotyzm.

 

W jakim świecie trzeba żyć żeby cały czas szukać wroga. Jak nie Niemca, do zomowca, jak nie tego ostatniego to wrogiego układu. Zawsze jest jakiś wróg, jak go nie ma to trzeba go na sile stworzyć. Kto nie jest z nami to jest przeciw nam. A ja myślałem naiwny, że z końcem totalitaryzmu nie usłyszę już więcej słów o tym, że ktoś może być inny tylko, dlatego że jego poglądy na świat są inne. Bo słowa o wstydzie i następnie słowa o podziale jasno pokazują, że dla prezesa wstydem jest myśleć inaczej niż on sam myśli. To naprawdę niebezpieczne dopuścić takich ludzi do władzy. Może idę w swoich rozważaniach za daleko, ale mam uzasadnione powody sądzić, że takie słowa mogą być początkiem podziałów tak wielkich, że ktoś zmusi mnie w końcu albo do emigracji albo do noszenia opaski podkreślającej moje nie zgodne z linią partyjną myślenie. Aby jasno było wiadome, kto gdzie stoi i co w związku z tym myśli.

 

dziennik pesymistyczny

Kryminalno – polityczne cukierki i kotki.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest w Polsce pewna aktorka, która gdzieś tam podobno występuje, ale prawdziwą sławę i rozpoznawalność zdobyła w polityce. Nie, nie została zawodowym politykiem, nie pochłonęła ją tradycyjna działalność polityczna, nie jest bowiem posłanką, nie jest też działaczką – jest nadal aktorką i jej związek z światem polityki to reklamy polityczne. Raz zagrała w spocie Platformy a raz w spocie PiSu. I to wszystko. Czyli dwie dobre role, co dwa lata. To nie taki zły wynik jak dla aktorki. Nikt lub prawie nikt nie pamięta lub po prostu nie zna innych ról tej pani, ale prawie każdy zna ją z reklam partii politycznej. A dziś od rana jestem atakowany nową rolą tej pani, teraz jest oni ofiarą. Ofiara pobicia, piątkowego tuż przed wyborczego pobicia. I już na prawdę nie wiem, czy to, co słyszę z ust aktorki w dramatycznym nagraniu telewizyjnym w TVN24, o jej pobiciu przez nieznanych sprawców to jakąś kolejna odsłona działalności polityczno – aktorskiej, czy naprawdę zdarzyło się jakieś nieszczęście. Czy ją pobito i jest to godny potępienia wybryk chuligański, czy też jest to próba pozostania dłużej na tej reklamowo – politycznej scenie. Ile w słowach tej pani jest prawdy a ile jest tylko promocji własnej osoby.

 

Wszystko to jest jakieś takie dziwne, a ja nie bardzo mogę sprawdzić, no bo niby jak, tych wszystkich doniesień medialnych. A więc zmuszony jestem oprzeć się na tym, co słyszę i widzę w publikatorach. Nie mogę, bo możliwości mam ograniczone, sprawdzić co tam się naprawdę wydarzyło. Czyli jestem w sytuacji takiej jak miliony innych. Jak na razie wszystko to, co do mnie dociera poprzez media niezmiernie mnie dziwi i jednocześnie zaciekawia. Z jednej strony jak tu nie wierzyć kobiecie, która płacząc opowiada o tym jak to została brutalnie pobita przed swoim domem gdy wybierała się po karmę dla swych kotów. Współczuje jej, tak po ludzku. A jednocześnie nie bardzo mogę zrozumieć sens jej wypowiedzi. Niby wszystko zdarzyło się w piątek i pamięć ją teraz czasami zawodzi. Pani nie bardzo może opowiadać o swych traumatycznych przeżyciach  a jednak to robi na antenie telewizji informacyjnej, na żywo. W rozmowie telefonicznej z dziennikarzem, co raz przerywa wypowiedz długimi pauzami i spazmatycznym szlochem. Doskonale pamięta szczegóły, ale nie samego napadu a wydarzeń które nastąpiły po nim. Słyszę z ust aktorki, że nie może przypomnieć sobie ani wieku ani wyglądu napastników a następnie mówi ona o swej doskonalej pamięci wzrokowej. Pamięta doskonale, że policja jej nie pomogła, że lekarze nie chcieli udzielić pomocy, że nikt nie dał jej w szpitali pisemnego zaświadczenia o stanie zdrowia. Pamięta, że napad to wynik jej gry aktorskiej w spotach politycznych. Ale nie pamięta nawet ilu było napastników. Pani opowiada o tym, że chciała wezwać prywatnego lekarza na miejsce pobicia. Ale nikt nie chciał. Dziwne. Przecież chyba dla każdego oczywistym jest w takich chwilach wezwanie po prostu – karetki pogotowia.

 

Słyszę o groźbach karalnych, obraźliwych sms-ach i e-mailach z pogróżkami. Potem nagle słyszę ze zdziwieniem, że policja na początku nie chciała przyjąć zgłoszenia o pobiciu od aktorki, ale dzięki temu, że skontaktowała się ona z mediami teraz odbędzie się spotkanie policją. Słyszę, że nie dostała ta pani żadnych papierów w szpitalu zaraz po udzieleniu jej pomocy w dniu pobicia, a potem słyszę, że na obdukcje lekarską wybiera się dopiera się dziś. Dlaczego dopiero we wtorek? Przecież wiele mogło się wydarzyć od piątku z jej zdrowiem? Wszystko to jakieś takie zamotane. A już dokumentnie mnie dobiło i jest to medialny cukiereczek, gdy usłyszałem w telewizji, że pani ta udzielała podobno w weekend, czyli już po rzekomym pobiciu wywiadów stacją telewizyjnym. I jak będę się mógł przekonać na zdjęciach wcale nie wyglądała na ofiarę pobicia oraz nic o tym przykrym dla niej zapewne incydencie nie wspomina przed kamerami. Czy na jej pamięć miał wpływ wynik wyborczy? I teraz gdy wyniki już są znane nagle powrócił ból i powróciła pamięć piątkowych zajść? Pamięć jednak nie całkowita, jak już pisałem powyżej.

 

Za dużo jest tu pytań, za mało odpowiedzi. Jak w amerykańskim serialu o zagadkach kryminalnych. Mam nadzieje, że do wieczora dziennikarze niczym agenci federalni z serialu wszystko wyjaśnią. Nie mogę się już doczekać finału, albo raczej kolejnego odcinka, bo w szybki koniec tej historii nie wierze. Od rana dziennikarze zapowiadają, że wieczorem poznam kolejne prawdy. I tak nabiera tempa ta polityczna opera mydlana, ale tym razem jest tam przynajmniej zawodowa aktorka w roli głównej.