Tag Archives

108 Articles

dziennik pesymistyczny

Dobra praca, bo z przywilejami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kiedy byłem małym chłopcem, to moim największym marzeniem było zostać żołnierzem. Ten piękny mundur. Lśniące buty, czołgi. Karabiny. Tak, w pierwszej kolejności chciałem do wojska, ale jeśli nie żołnierzem to chętnie widziałem się jako strażak czy policjant. Choć ci ostatni wtedy inaczej się nazywali. Chyba nie wyróżniałem się w swoich marzeniach spośród rówieśników. Wszyscy, no może większość moich znajomych z podwórka miała podobne pragnienia. Co tu ukrywać, gdy byłem mały pociągał nie mundur. Potem, gdy byłem starszy doszli nowi idole. Uwielbiałem filmy szpiegowskie i nie raz marzyłem,że jestem tajnym agentem wywiadu czy kontrwywiady i dzielnie służę swojej ojczyźnie. No małym chłopcem byłem , nie wiedziałem że to nie ta właściwa Polska jest. Gdy dorastałem, to już tak nie bardzo widziałem się  w mundurze. Wygląda na to, że czym bliżej miałem do zaszczytnego obowiązku wojskowego, tym moje chęci do służby malały.Tu też nie byłem odosobniony. Choć zauważyłem, że wielu moich kolegów ze szkoły, z podwórka, ze studiów nadal bardzo chciało zostać mundurowymi. Ale w odróżnieniu od moich dziecinnych marzeń, oni nie widzieli w wojsku czy policji romantycznej przygody,  ale dobrą pracę.Nie zazdrościłem im, nie podziwiałem, nie przekonywałem ich do zmiany decyzji,nie namawiali mnie też oni. Po prostu oni poszli w jedną stronę ja w drugą.  – Dlaczego idziesz do policji –pytałem.  Odpowiedź zawsze była uzasadniana względami ekonomicznym. – Trochę posłużę i na emeryturę – słyszałem wielokrotnie. Wtedy gdy byłem młody jakoś tak nie mogłem zrozumieć dlaczego oni tak do tych służb idą, nie z porywu serca, patriotycznych uniesień,  chęci służby odrodzonej ojczyźnie, tylko z powodu co tu ukrywać przywilejów. I tak mi zostało do dziś. Nie rozumiem tego.

Kiedyś, nie tak dawno,  spotkałem takiego emeryta w moim wieku. I tak od słowa do słowa, wyrwało mi się, że to takie niesprawiedliwe że żołnierze, czy policjanci, różni funkcjonariusze naszej odrodzonej ojczyzny,wiecznie pogrążonej w kryzysie, nie płacą składek na ZUS. No dobra, poniosło mnie trochę i przy wódeczce wygarnąłem mu wszystkie żale. Wspominałem, że nie podoba mi się ta nadmierne moim zdaniem uprzywilejowanie pewnej grupy społecznej.Bo tych służb jest taka mnogość. Te wszystkie ABWery, kontrwywiady, wywiady, CBŚ, CBA, BOR, straż graniczna, nawet strażacy – oni wszyscy  przechodzili i nadal będą przechodzić na emeryturę wcześniej. No poniosło mnie. W odpowiedzi usłyszałem, że „było iść do wojska a nie teraz marudzić”, że zazdroszczę, że to służba, że nie było łatwo, że to przesada, że słuszne są przywileje, bo tam praca niełatwa. No właśnie praca, ja też pracuję i jest mi niełatwo. Ja też nie na siłę pracę zawodową, tak jak on służbę mundurową, wybrałem.

Nie mam do moich kolegów z wojska, policji czy innych służb pretensji. Każdy, no prawie każdy,  wybiera zawód w którym znajduje korzyści.Tylko mam jedną jedyną prośbę, i tę samą miałem do kolegi emeryta przy wódeczce. Niech mi nie mówią, że to wszystko robili z patriotyzmu, porywu serca, wyższych idei… bo jakby tak było, to nie chcieliby specjalnych przywilejów.  Czy ta służba bez specjalnych przywilejów nadal byłaby tak atrakcyjna? Oni tam tylko pracowali ciężko, ale wiedzieli, że pracować tak będą stosunkowa krótko. Nie zazdroszczę,ale wnerwia mnie to, że nie potrafią się przyznać, że to ekonomia ,a nie porywy serca i dziecięce marzenia zdecydowały o wstąpieniu do elitarnych i uprzywilejowanych służb państwowych. Ja wiem, że to służby władzy służące ochronie państwa. I państwo nagradza tych co je chronią właśnie przywilejami w odróżnieniu  od tych, którzy mają tylko na państwo pracować i płacić podatki. Bo zawsze jest i był nadzorca. Ale dumy z tego, że się jest nadzorcą nie ma żadnej. To tylko chęć bycia uprzywilejowanym.

dziennik pesymistyczny

Trzyminutowy dyrektor

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ktoś tam kiedyś powiedział, że umiejętność rządzenia polega na umiejętności podejmowania szybkich decyzji.  Na mojej prowincji władający bardzo dbają o czas. Miejskim hasłem promocyjnym jest „siła w precyzji” więc jak tę precyzję, siłę i dbałość o czas, połączy się w jedno, to wychodzi na to, że tu nawet dyrektorską karierę można zrobić tak szybko, że niektórzy to pewnie tego nawet nie zauważyli. Precyzyjna władza naszego grodu,jak wynika z doniesień prasy lokalnej, specjalnym zarządzeniem prezydenta miasta, powierzyła stanowisko dyrektora młodzieżowego domu kultury pewnej pani. Władza uczyniła to precyzyjnie w piątek, 31 sierpnia, o godzinie 14.52. Czas jest tu ważny. Majestat municypalny ogłosił swe rozporządzenie w biuletynie informacji publicznej.Nowo mianowana pani dyrektor miała cieszyć się funkcją i ją sprawować przez następnych pięć lat szkolnych, to jest od pierwszego września 2012 roku, do trzydziestego pierwszego sierpnia 2017 roku. Jak to u nas wszystko było precyzyjnie zapisane. Ale radość nowo mianowanej była krótka.

Czas płynie u nas z tak wielką siłą precyzji, i tak nieubłaganie, że już po chwili (może właśnie wyjaśniła się odwieczna zagadka ile trwa chwila), o godzinie 14.55, pojawiło się kolejne zarządzenie prezydenta. Tym razem w sprawie odwołania tej pani, co ją powołano na stanowisko dyrektora młodzieżowego domu kultury  trzy minuty wcześniej. Nowo powołana, a już odwołana dyrektorka, straciła zaufanie prezydenta miasta. Szybko, tak w trzy minuty straciła to zaufanie? To się nazywa precyzja w działaniu, połączona z siłą argumentu! Ale żeby nie było wakatu na tak ważnym dla miasta stanowisku, trzecim zarządzeniem opublikowanym o godzinie 15.03 prezydent od drugiego września powierzył pełnienie obowiązków dyrektora domu kultury pewnemu panu. I cała ta operacja trwała prawie jedenaście minut.

Trzeba też wyjaśnić, że prezydent powoływał i odwoływał w takim tempie , bo on to zaufanie do pani dyrektor to znacznie wcześniej utracił, bo już wiosną. Ale okoliczności nie pozwoliły mu na wykazanie się kto, dzieli stanowiskami i rządzi w mieście. Już kilka miesięcy temu, jak donosi lokalna prasa władze miasta rozpoczęły działania na rzecz przekształcenia tej instytucji z placówki oświatowej w placówkę kultury. Ale nie spodobało się to rodzicom. Następnie na stronie internetowej miejskiego domu kultury pojawił się link odsyłający do ankiety badającej nastroje mieszkańców naszego miasta przed ewentualnym rozpisaniem referendum w sprawie odwołania prezydenta. No i jak widać, to jest dostateczny powód do utraty zaufania.  Bo jak wszyscy wiemy,każda władza pochodzi od Boga i nie należy jej tak bezczelnie kwestionować. Już wtedy, wiosną, prezydent odwołał panią dyrektor z pełnionej funkcji argumentując to właśnie utratą zaufania. Żeby nie było że tak bezproduktywnie odwołano byłą szefową placówki i w kwietniu ogłoszono konkurs na nowego dyrektora placówki. No i ta pani, którą odwołać raczył prezydent miasta, jako jedyna kandydatka przystąpiła do niego i zwyciężyła. Powołano ją też wówczas na stanowisko, jednak nominacji odebrać nie mogła, gdyż do dwudziestego  sierpnia przebywała na zwolnieniu lekarskim. Jak wyzdrowiała, to nadano jej nominację… i po trzech minutach odwołano ze stanowiska. To jest siła precyzji! Rządzenie polega na umiejętności podejmowania szybkich decyzji, jak pisałem. Ale żeby aż tak szybko? Ja wiem ,że pani dyrektor utraciła zaufanie władzy już wiosną, ale może teraz gdyby dano jej porządzić dłużej niż trzy minuty mogło być inaczej? Przecież jakoś ten konkurs wiosenny wygrała, więc kwalifikacje ma. Tak to nigdy nie wiadomo jak długo przyjdzie nam rządzić, kiedy narazimy się władzy silniejszej.

dziennik pesymistyczny

Hazard w szpitalu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Każda władza degraduje człowieka – mawiał Oscar Wilde. I trudno się z nim nie zgodzić. Mam nawet wrażenie, że władza degraduje myślenie u osób ochoczo ją sprawujących . Czym bardziej ochoczo sprawuje… tym bardziej zdegradowany. Zależność taka. Wiem, że bardzo łatwo jest wskazać tych zdegradowanych umysłowo w klasie próżniaczej,tej wysokiego szczebla. Wystarczy pooglądać telewizję, posłuchać radia,przeczytać gazety, przejrzeć internet, aby wiedzieć, że coś tym pasibrzuchom się we łbach zdegradowało. Ale my tu na prowincji też nie gorsi i też swoich wielkich zdegradowanych mamy. Jak donosiły ostatnio lokalne media, nasza lokalna klasa próżniacza idąc zapewne za przykładem tych wielkich myślicieli i wizjonerów ze stolicy, postanowiła pokazać, że oni też potrafią być…kontrowersyjni – jak mawia moja koleżanka. Na sesji rady miejskiej część radnych sprzeciwiła się zdecydowanie propozycji otwarcia kasyna w naszym mieście. Jeden radny był łaskaw przytoczyć za pewną gazetą ogólnopolską opinię,iż hazard rujnuje nie tylko gracza, ale także jego rodzinę, a hazardzisty – w przeciwieństwie do alkoholika – nie można zmusić do leczenia. Fakt, niech już raczej pozostaną u nas tylko alkoholicy, po co nam jeszcze problem z hazardzistami.

Mnie jednak najbardziej spodobała się argumentacje innego człowieka władzy. Radnemu nie podobała się idea ustawienia stołów do ruletki i black jacka w budynku, gdzie kiedyś mieścił się szpital. Mam nadzieję, że to tylko takie przeinaczenie słów radnego przez media,bo jeśli to prawda, to zdegradowało go zupełnie. Jeśli argumentem przeciw temu żeby nie otwierać kasyna jest to, że kiedyś w tym samym budynku znajdował się szpital, to jest to początek całego szeregu wyprowadzek instytucji i firm z budynków, które kiedyś miały inne przeznaczenia… no bo przecież nie wypada …Dla przykładu – magistrat mieści się w budynku, który kiedyś był siedzibą rosyjskiego gubernatorstwa, potem mieściła się tam komenda milicji obywatelskiej… no czy to wypada, żeby w takim budynku teraz władza się sprawowała.  Jest też u nas kościół katolicki,który kiedyś był cerkwią. No nie wiem, czy to dobry pomysł. Jak nie można w byłym szpitali, który teraz jest hotelem, urządzić kasyna, bo był on kiedyś budynkiem szpitalnym, to jak można władzę; miejską co prawda, ale władzę;sprawować z dawnej komendy milicji obywatelskiej, a katolicką, naszą narodową mszę,odprawiać w byłej cerkwi? A wracając do kasyna planowego w budynku po szpitalu,to nie wiem, czy o to chodziło radnemu, ale może jego obawy dotyczą przypadku ,w którym chory gapcio wejdzie do kasyna sądząc ,że wchodzi do szpitala? I trafi nie na stół operacyjny tylko na taki do ruletki. I przegra wszystko co przyniósł ze sobą, co miało być wyrazem wdzięczności dla lekarzy… Fakt, trzeba ludzi chronić, oni tacy roztargnieni.

Dla radnych mojego prowincjonalnego miasta ważnym argumentem przeciwko nowemu kasynu jest też sąsiedztwo planowanej inwestycji. Budynek przyszłego kasyna  sąsiadowałby z Resursą Obywatelską, najstarszą placówką kulturalną w mieście. I jak to uzasadniał pewien radny „nie wypada, by miejsce, w którym uprawia się hazard, znajdowało się tuż obok instytucji, która zajmuje się kulturą na wysokim poziomie i sztuką, która przygotowuje ambitne propozycje dla mieszkańców i jest najprężniej (…) działającym ośrodkiem kultury”- cytuję za lokalną prasą. Zastanawiam się jak to jest, że w pewnej „placówce kultury” naszego miasta znajduje się, od zawsze prawie, lokal z wyszynkiem i tonie pierwszej kategorii. Ale jak to już pisałem co innego alkoholizm, a co innego hazard. Radny w swej łaskawości i mądrości uznał też, że „lokalizacje na obrzeżach miasta są znacznie odpowiedniejsze dla kasyna”. Fakt, takie Las Vegas z mnogością kasyn powstało na pustyni i teraz jest tam stolica hazardu. Można?Można! Po co zaraz się pchać do miasta i do budynku po szpitalu, przy placówce kultury i to w centrum miasta.


dziennik pesymistyczny

Propało…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Miałem w dawnych czasach, choć znów jeszcze nie tak odległych, koleżankę, no dobra znajomość to raczej była niż koleżeństwo. Ale wspominane z rozrzewnieniem. Panienka była zagraniczna, ale z tych terenów Europy pochodziła, co to nasi młodzi „wszechpolscy” mocarni , chętnie uważają za nasze ziemie odwieczne. Podobnie za swoje uważają tubylcy. Tak po prostu , bez metafor i porównań to ta koleżanka z Ukrainy była.Starodawnym, przedwiecznym zwyczajem tych ziem, wieczorową porą, postanowiliśmy coś wypić . „Na jeziorze wody glazur” – jak mówi poeta. Były piękne okoliczności przyrody, więc przysiedliśmy, przy aby oddać się spożywaniu i dysputom filozoficznym. Wiadomo, my faceci ze wschodu, (tego bliższego zachodowi),chcieliśmy pokazać,  że jesteśmy równie twardzi jak ci co byli tam u siebie , czyli jeszcze bardziej wschodni niż my. Piliśmy wódeczkę, bo jakżeby inaczej. Ichnią sklepową oraz tą nie sklepową. Kobiety,choć nie wszystkie co podkreślam z szacunkiem i podziwem, postanowiły tak bardziej z europejska wina czerwonego spróbować. I tu się narodził wielki problem: brak korkociągu. Klasyczny zważywszy na okoliczności. Jedna z dziewcząt zaoferowała ochoczo pomoc w rozwiązaniu tego przeszkadzającego w zabawie problemu.- Ja otworzę –rzekła chyba po polsku, bo w stanie spożycia w jakim przebywałem mógł być to dla mnie równie dobrze ukraiński czy rosyjski. Co dziwne, że po wódeczce, te języki zlewają mi się w jeden. Ale do sprawy.Dziewczę hożo chwyciło sporą butelczynę i w dosłownych podskokach zniknęło w bujnej ukraińskiej przyrodzie. My tam przy ognisku, w międzynarodowym towarzystwie nadal umacnialiśmy odwieczne przyjaźnie oraz wyjaśnialiśmy odwieczne spory. Tak mniej więcej po godzinie ktoś zainteresował się losem… nie będę ukrywał tej butelczyny z winem, co to uczynne dziewczę zabrało by je odkorkować. Ale i po dziewoi i po flaszce wina nie było ni widu, ni słychu. Wśród licznych toastów wróciliśmy do rozmów (zajęć) budujących przyjaźń między naszymi bratnimi narodami… Tak mniej więcej po godzinie, patrzę a tu wraca dziewczę, nasza krasawica z butelką w dłoniach. – Udało się otworzyć jak widzę – pytam bardziej aby zebranych poinformować o szczęśliwym powrocie tej, której powrotu tak oczekiwano. Panienka stanęła przed nami z lekka się kołysząc. W wyciągniętej do nas dłoni trzymała pustą, opróżniona butelką, teraz już po winie i rzekła do towarzystwa z rozbrajającym uśmiechem – propało… , wsjo propało, winko propało…

Po co przytaczam tę awanturniczo– przygodową opowieść?  Dlatego że przypominała mi się ona wczoraj podczas obrad sejmu.  Debata nad prywatną spółką, która oszukała około trzy tysiące osób, które dobrowolnie powierzyły tej firmie pieniądze,które stracili, trwała ponad piętnaście godzin. Ja tym oszukanym, jeśli zapadnie wyrok skazujący, bardzo współczuję, ale chciałbym się doczekać tak burzliwej i tak długiej debaty w sejmie nad sprawami związanymi z większą ilością obywateli, taką idącą w miliony przynajmniej. Opowieść o ukraińskiej krasawicy przypomniała mi się dlatego, że przez piętnaście godzin, pojawiali się różni mówcy…i jedna co mogli tym pokrzywdzonym oświadczyć  z marsową miną ludzi władzy, lub z rozbrajającym uśmiechem ich pomagierów i rzeczników, to znane mi już słowa: propało…przepadło… I tyle. I nic więcej.


dziennik pesymistyczny

Ty polityku!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

-Ty to gadasz tak całkiem jakbyś był przynajmniej politykiem jakimś – usłyszałem jak starszy jegomość zwraca się do swojego kolegi wyraźnie nie zgadzając się z poglądami,które ten pierwszy był łaskaw zaprezentować. Zacne grono dyskutantów, jak co rano zasiadało na jednej z ławek w miejskim parku. Starsi panowie, w zdecydowanej większości, choć zdarzały się tez panie, omawiali w przyjemnych i nieprzyjemnych czasami okolicznościach przyrody ogólną sytuację polityczną w naszej ojczyźnie oraz poza jej granicami. Takie emeryckie kółko dyskusyjne jakich wiele. Wcale nie podsłuchiwałem, słyszałem tylko, bo trudno jest nie słyszeć jak ktoś prawie krzyczy. A że ławek nasza władza municypalna poskąpiła w tej części miasta, z konieczności  siedziałem blisko. – Ty to już naprawdę, gadasz takie bzdury jakbyś był politykiem czy innych urzędnikiem państwowym – kontynuował głosem oskarżycielskim jeden z panów dyskutantów. – A co zazdrościsz? –ripostował drugi – jakbym chciał to i ministrem mógłbym zostać . – Nawet premierem! – dodał. Myślałem, że usłyszę śmiech, wykpiwający tego ambitnego premiera z nizin społecznych, ale nic takiego się nie stało. Zamruczało,zahuczało towarzystwo i w końcu jeden z nich wyartykułował oburzenie które w nich narosło. – Słuchaj no ty, ty kłamiesz jak najprawdziwszy polityk! Ty jak nic w ministra, czy urzędnika możesz iść! – padło oskarżycielsko wypowiedziane słowo.– Ano mogę! – odparł ten, do którego inkryminacja się odnosiła. Po czym wstał…i poszedł. – Żegnam Panów! – rzucił na koniec w stronę kółka dyskutantów z parkowej ławki.  Po tym wybuchu złości, na ławce przycichło i parkowi sprawozdawcy i opisywacze rzeczywistości zabrali się za omawianie sytuacji w służbie zdrowia.

Mnie jednak wciąż nie dawał spokoju ten zasłyszany niedawno nowy epitet. Jak widać po reakcji tego, który wstał i poszedł, określenie go politykiem czy urzędnikiem państwowym miało bardzo pejoratywne znaczenie. Czyżby nasze nowe słowo obraźliwe? Już nie wystarczy: ty świnio, palancie, tłuku, złodzieju, kłamco… teraz doszło jeszcze: ty polityku? Z ławkowej dyskusji wynikało, że panowie utożsamiali kłamstwo z polityką. I pewnie dlatego jeden z panów nazwany politykiem tak bardzo się obraził. Ale czemu tu się dziwić jak sami politycy kłamstwo usprawiedliwiają.Przypominałem sobie, że kiedyś przeczytałem i zanotowałem pewną wypowiedź polityka, który myśli zapewne o sobie, że jest prawy i sprawiedliwy. Oto fragment: kłamstwo wyborcze w znaczeniu składania obietnic i deklaracji bez pokrycia, (…) takie obietnice i deklaracje składają wszystkie partie i wszyscy kandydaci, gdyż jest to pewien STANDARD kampanii wyborczej w systemie demokracji medialnej. Powiem więcej, Konstytucja RP oficjalnie przyzwala na kłamstwo, skoro poseł zawsze może powiedzieć swoim wyborcom (w jego okręgu), że nie spełni swojej obietnicy wyborczej, gdyż jest przedstawicielem całego suwerena, a w interesie narodu jest, by tej obietnicy nie spełnić. To samo może powiedzieć partia, a jedyną konsekwencją jest ewentualna przegrana w kolejnych wyborach.

Fajnie być takim suwerenem i w interesie narodu kłamać. Tylko potem chyba nie należy się dziwić,że lud, naród, społeczeństwo… czy jak to nazwać zaczyna się przyzwyczajać, że polityk to kłamca i te dwa słowa stanowią dla ludzi zwyczajny synonim. Jeśli kłamstwo jest dopuszczalne, to jak można wierzyć, że kiedykolwiek mówią prawdę? Czyli można założyć, i tak pewnie zrobiło parkowe towarzystwo dyskusyjne, że kogoś kto notorycznie mija się z prawą dla jakichś swych mitycznych, wyższych celów może być nazwany politykiem lub urzędnikiem. Może to jest uogólnienie. Ale nazwanie kogoś wariatem, też nie definiuje do końca i na stałe jego stanu umysłu. Tak kłamliwy jak polityk może być ten, kto dla swych prywatnych celów kłamią i obiecuje coś czego nie chce nawet dotrzymać. To ciekawe, że teraz nie trzeba już używać słowa kłamca, można powiedzieć: polityk. Tak przynajmniej uważa ławkowe koło dyskusyjne emerytów. A że starość , to jak mawiali w szkole,mądrość… to chyba coś w tym jest.

dziennik pesymistyczny

Bądź patriotą… umrzyj zaraz po przejściu na emeryturę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 17

– Ten człowiek, w życiu słowa prawdy nie powiedział! – rzekł mój znajomy, i słowa które padły z jego ust wcale mnie nie zdziwiły, bo on już dawno  wyjaśnił mi, że ten cytat z pewnej polskiej komedii, jego zdaniem idealnie oddaje to, co ten mój znajomy myśli o politykach od prawej do lewej strony sceny politycznej. I choć generalnie to się zgadzam z taką opinią kolegi, to ostatnio zauważyłem, że coś się w podejściu do prawa w rządzie zmieniło. Ostatnio polscy politycy zaczęli mówić prawdę. Wiem jakie to szokujące. Ale to fakt! I choć to bardzo bolesna dla szarych ludzi prawda, to jednak jest to sama prawda. No oczywiście nie wszyscy tak od razu stali się prawdomówni, ale może to jakaś tendencja? Mało się nie udławiłem kanapką, gdy usłyszałem w telewizji wypowiedź premiera, no nie tego najważniejszego premiera,  ale zawsze premiera. – Ja nie za bardzo wierzę w państwowe emerytury, staram się zabezpieczyć tę przyszłość właśnie i przez oszczędności, i przez dobre relacje z moimi dziećmi, bo liczę, że to będzie pewniejsze niż te liczne, chimeryczne państwowe rozwiązania – rzekł do kamery premier, może i vice, ale zawsze premier, zapytany przez dziennikarkę, czy odkłada jakieś dodatkowe pieniądze na emeryturę. No proszę, cóż za odwaga! Co za prawdomówność! Nareszcie ktoś z rządu przyznał, że nie mam co liczyć na państwową emeryturę, choć przymusowo zbieram już na nią od wielu lat. – Oprócz państwa są jeszcze organizacje społeczne, są kościoły, są ludzie dobrej woli, którzy pokazują, że nie jesteśmy zakładnikami tylko takiej bezdusznej maszynerii państwowej – powiedział ten prawdomówny polityk. – Dwie rzeczy, które w życiu są pewne – głosi amerykańskie porzekadło – to śmierć i podatki. I teraz już wiem na pewno jak potraktuje mnie moje państwo. Mam pracować wydajnie, siedzieć cicho, nie podskakiwać, nie wywoływać awantur, nie strajkować, płacić sumiennie i na czas przez całe zawodowe życie… a po sześćdziesiątym siódmym roku życia liczyć na „organizacje społeczne, (…) kościoły” i ludzi dobrej woli.  Czyli wygląda na to, że jak nie mam co liczyć na państwową emeryturę, to zostało mi już tylko żebrać pod kościołem. No tak,premier też radzi bym oszczędzał, ale przy tym co zarabiam i przy tych rządowych podatkach jest to po prostu niewykonalne. – … no to niestety, mówmy o przykrych rzeczach, ale… eee… musi… przejście na emeryturę musi być na tyle późne, że oczekiwany przeciętny oczywiście, oczekiwana przeciętna długość życia nie była bardzo długa – powiedział kolejny polityk z rządu. Czyli ta prawdomówność jest zaraźliwa. Wygląda na to, że prawdziwy patriota to ten, kto po wydajnym,pracowitym życiu i zapłaceniu odpowiedniej sumy podatków przejdzie na emeryturę i bardzo szybko opuści ten padół łez. By nie przysparzać ukochanemu państwu kłopotów oczywiście. I nie mam co myśleć o leczeniu gdy podupadnę na zdrowiu! Bo jak wszyscy wiemy z wypowiedzi Pani minister,  którą obecnie wylosowano na zarządzanie sportem, nie ma sensu w robieniu operacji biodra u osiemdziesięciopięciolatka i w ogóle pani minister uważa, że starsi ludzie to kłopot, bo „chodzą do lekarza co dwa tygodnie dla rozrywki”.  Może od razu wprowadzić eutanazję po przejściu na emeryturę? Nie wiem co tym politykom się stało. Ale coraz trudniej mi uwierzyć że to państwo istnieje dla mnie. Mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że to ja jestem dla niego. Mam jak najdłużej pracować.  Broń Boże nie chorować! Z płaconych podatków utrzymywać  państwo i jego urzędników, a potem na emeryturze szybko umrzeć. Taki nowoczesny, propaństwowy patriotyczny model życia.


dziennik pesymistyczny

… no gorzej niż zbrodnia.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Taka już jest ta nasza narodowa specyfika, że zasadniczo, prawie każdego dnia jest u nas jakaś rocznica. A jak nie rocznica, to dzień pamięci lub święto państwowe, międzynarodowe, świeckie lub kościelne. Zawsze coś tam w kalendarzu jest zaznaczone i trzeba dokładnie sprawdzić, co tam na dziś przypada i to zaraz po przebudzeniu, żeby się upewnić, dostosować i nie popełnić niezręczności albo czegoś gorszego.

Trzeba być bardzo ostrożnym. Ja nie byłem. No i popełniłem niewybaczalny… błąd, przynajmniej w ocenie niektórych. Choć nie widziałem w moim zachowaniu nic nagannego, to z pewnością znalazłoby się paru takich, którzy w tym, co zrobiłem, wynajdowaliby znamiona mojej pogardy dla narodowych symboli, pamięci oraz historii narodu. Żyłem sobie w nieświadomości popełnionych zbrodni aż do chwili, w której przeczytałem, że pewien minister popełnił błąd, bo w pewną rocznicę udał się z wizytą w miejsce, w które w taki dzień wybrać się, jak się okazuje nie wypada.  – To gorzej niż zbrodnia – to błąd – takimi słowami pewien poseł prawy i sprawiedliwy skomentował obecność wspomnianego ministra, trzynastego grudnia w Moskwie.

A była to trzydziesta, okrągła rocznica. Zamarłem w przerażeniu… Ja, co prawda cały ten dzień przebywałem w biurze i oczywiście trzymałem się z daleka od Moskwy, ale… jeśli nie wypada tego dnia bywać w Moskwie, to może też niemile jest widziane inne działanie czy czynności związane z Rosją? – Symbolem tego jest po pierwsze wystąpienie ministra Sikorskiego w Berlinie, a po drugie obecność pana ministra Sikorskiego w Moskwie w dniu trzydziestej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w Polsce – powiedziała pewna pani poseł, oczywiście też prawa i sprawiedliwa.  W Berlinie nie byłem już kilka lat, będę musiał uważać jak będę się wybierał, żeby moja obecność w tym mieście nie okazała się dla kogoś symboliczna w sposób negatywny.

Trzeba uważać na rocznice, bo jakże symboliczna mogłaby się stać moja wizyta w Berlinie pierwszego września?  Co do ministra w Moskwie, to ja, jak już pisałem, do Moskwy nie pojechałem, ale tego dnia spożyłem coś, jak zauważyłem ze zdziwieniem, co dla niektórych mogło okazać się, co najmniej symboliczne.- Chciałbym się obronić przed zarzutem zbrodni, jakobym w dniu trzynastego grudnia – rocznicę stanu wojennego, ale także traktatu lizbońskiego, miał przebywać w Moskwie – powiedział minister od spraw zagranicznych. -Rzeczywiście, wyleciałem z Warszawy w dniu trzynastego grudnia, ale ze względna różnicę czasu „plus trzy” wylądowałem po północy – dodał.

Ja widać musiał się minister tłumaczyć. Ja mam mniej na swoje usprawiedliwienie. Ja już trzynastego wczesnym wieczorem zostałem przez mojego podstępnego kolegę poczęstowany pierwszym kieliszkiem ROSYJSKIEJ wódeczki a ostatni wypiliśmy po północy. Czyli ja, choć tylko zwykłym szarakiem jestem a nie ministrem, to zgodnie z logiką posła cytowanego wcześniej, w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, rosyjską wódkę piłem kieliszkami… Całe szczęście, że nie szklankami jak Rosjanie, bo to by dopiero było symboliczne i zbrodnicze. Dobrze, że dla pani poseł nie jestem żadnym przeciwnikiem politycznym, bo jak nic mój czyn okazałby się dla niej zapewne symboliczny. Rosyjską wódkę w taki dzień… Tak, jestem pełen samokrytycyzmu… no, błąd … no… gorzej niż zbrodnia.

 

dziennik pesymistyczny

Jedyny odpowiedzialny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przez całkowity przypadek wysłuchałem dziś tyrady pewnego jegomościa na temat grzeczności oraz przyczyn jej braku, które leżą, jego zdaniem, w latach – jak to szanowny pan określił – komunizmu. Zmusiły mnie do tego okoliczności. Po prostu byłem z tym panem oraz z innymi ludźmi zamknięty w małym pudełku windy.  – Jak tak można… zamknęli mi drzwi przed nosem a wołałem, aby przytrzymali windę – zagadał pan zwracając się do wszystkich i na szczęście do nikogo. Odpowiedziała mu cisza, bo chodziło mu o tych ludzi z drugiego wagonika windy, na który nie zdążył się załapać.  – Widzą przecież, że starszy człowiek idzie i nic… nawet się śmiali, że nie zdążę – kontynuował starszy mężczyzna. 

– To wszystko przez tych komuchów, nauczyli ich chamstwa, bo sami z chamstwa wyrośli – kontynuował szanowny pan. Tak jak poprzednio odpowiedziała mu tylko cisza. Może dlatego, że siedemdziesiąt procent naszych współpasażerów tak na oko miało niedużo więcej niż dwadzieścia kilka lat. Dlatego więc nie czuli się odpowiedzialni. Jegomość zdążył jeszcze przytoczyć kilka przykładów na to, że mentalność ukształtowana w latach komunizmu pozostała w dzisiejszych ludziach po dziś dzień, … ale na szczęście dojechałem już na swoje piętro i nie byłem zmuszony do wysłuchiwania dalszych wynurzeń na temat przyczyń niegrzeczności wśród naszego społeczeństwa. Tak, to był całkowity przypadek, ale coś (kilka lat spędzonych świadomie w dawnym ustroju) zmusiło mnie do kontynuowania mych myśli o tym jak wielki wpływ na Polaków miały lata PRL-u. Przecież tak naprawdę to ja, co chwilę słyszę, że przyczyny pewnych zjawisk mi współczesnych sięgają korzeniami czasów polskiego „komunizmu”.  Wiem, na pewno są takie zjawiska w życiu społecznym, których przyczyn można upatrywać w systemie, którego nie ma już ponad dwadzieścia lat. Ale nie można przypisywać mu odpowiedzialności za wszystkie zło. 

Nie mam wątpliwości, jaki był poprzedni system rządów w naszym kraju i wiem jak duży wywarł wpływ na nasze życie, ale ciężko jest obarczyć odpowiedzialnością za teraźniejsze zło tylko to, co było a nie widzieć przyczyn całkiem współczesnych. Ulegamy często takim tendencjom, aby przypisywać współczesne grzechy wychowaniu, które nas kształtowało w przeszłości. Ale czy na pewno? Czy czterdziestoletni właściciel firmy niewidzący niczego złego w zaniżaniu wynagrodzenia swoim pracownikom jest nieodrodnym synem „komunistycznego” systemu? Czy dwudziestoletnie panienki, które z premedytacją zamykają drzwi windy przed starszym panem to wynik „socjalistycznego” wychowania? Czy dwie szpetne plamy na obliczu polskiego Kościoła: agenturalna współpraca niektórych hierarchów z tajną policją komunistyczną oraz przypadki deprawowania seksualnego dzieci oraz kleryków – sięgają korzeniami czasów PRL? – jak wyczytałem dziś w pewnym tygodniku. Nie wiem. Jeśli nawet tak jest, to nie jest to jedyna przyczyna. Może czas zauważyć, że „komunizm” skończył się u nas ponad dwadzieścia lat temu i że nie może on już być jedyną przyczyną zła. Za część współczesnych nikczemności odpowiada już to, co nas otacza współcześnie przez ostatnie dwie dekady.