Tag Archives

108 Articles

dziennik pesymistyczny

Słomiane lotnisko

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Czy chciałbym mieć lotnisko o dwa kilometry od domu? Tak, zdecydowanie tak. Czy chciałbym tam dojechać w kilka minut miejskim autobusem? Pewnie. No i teraz będę mieć port lotniczy tuż za rogiem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że się tak stanie.  Ale czy to, że lotnisko zostanie wybudowane, a nawet oddane do użytku, automatycznie oznacza, że ja i wielu innych gdzieś polecą samolotem, jeśli tego zapragną? Coś mi się wydaje, że tak nie będzie.

Trochę historii. Dawno, dawno temu, w pewnym mieście, ówczesne władze powołały spółkę, którego zasadniczym przedmiotem działalności była realizacja robót budowlanych na rzecz miasta. I jakoś się kręciło, ludzie zarabiali. Głównie ci we władzach.  Kilka lat później spółka ta została przekształcona i próbowała szczęścia w branży medialnej przez ponad dziesięć lat… „stopniowo wygaszając swoją działalność”. Znów miała miejska firma prezesów, radę nadzorczą, pracowników, którzy zarabiali. Znów interes się kręcił. Dobrze opłacani fachowcy wygasili w końcu działalność spółki, ale przecież zawsze jest tylu znajomych i przyjaciół władzy, którzy chętnie zagospodarują niemałe, państwowe, unijne, czy też miejskie pieniądze. Kolejna ówczesna władza przypominała sobie o „uśpionej” miejskiej spółce i podjęła decyzję w sprawie kolejnego przekształcenia śpiocha. Postanowiono wybudować lotnisko. I tak je budują długie lata.

Dlaczego o tym pisze? Bo tak mi się wydaje, jestem o tym przekonany, że czasem buduje się w Polsce coś wielkiego przez długie lata, za wielkie pieniądze, z armią prezesów, doradców, strategów, rzeczników, kolegów, tylko dla zarabiania pieniędzy i dla pokazania wyborcom możliwości władzy, która nie tylko ma gigantyczne wizje, ale dodatkowe je realizuje. A że przy tym ktoś przez lata bardzo dużo zarobi? Cóż, wszystko kosztuje. A wielkie inwestycje kosztują najwięcej.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Ale przecież będziemy mieć. – Powiedz mi, po co jest ten miś? – zapytał kiedyś klasyk swojego przyjaciela od interesów. Gdy ten nie wiedział, padła odpowiedź: – Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Parafrazując dalszą wypowiedz filmowego bohatera pytam: -Wiecie, co robi to lotnisko? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest port lotniczy na skalę naszych możliwości. My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest lotnisko społeczne, w oparciu o sześć instytucji… Podobne? To lotnisko to taki miś i „nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta.”

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem, ale jeśli nikt nie wspomina o rozmowach z jednym chociaż operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska, to zaczynam się martwić. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia. Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Że jakoś to będzie. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem Misia – protokół zniszczenia?

Czy naprawdę nie wygląda to na zarabianie przez lata na interesie, który miał znikome szanse powodzenia?  Ten, kto miał zarobić zarobił! –  Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak powiedział pewien prezes.

dziennik pesymistyczny

Przeczuwam inny świat

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

System to wszystko, co mnie otacza. Jest tak wielki, że aż nieodgadniony. Mam poczucie, czy bardziej przeczucie, że wszystko, co o nim powiem nie w pełni odda jego złożoność. On jest po prostu nie do opowiedzenia. To jego siła a moje (nas) zniewolenie.  Przez tą fragmentaryczność mojego poznania, przez to, że nie mogę w pełni pojąc zależności i układów. Przez to, że patrzę z zewnątrz na zamknięty, potężny gmach. Przez to, że ten system jest taki przedwieczny. Przez to właśnie nie mogę go w pełni zrozumieć. A jak w pełni nie pojmuje to trudno mi tłumaczyć moją niechęć do niego. Moja odraza jest taka bardziej „niewytłumaczalna”. Czasem próbuje zrozumieć, wyjaśnić, bo to moja obrona. Moje wyzwolenie. Pamiętam siebie, jako małego chłopca stojącego na przedszkolnym podwórku. Przez szpary w płocie oglądałem godzinami świat próbując go poukładać, dopasować, wpasować w niego siebie. Pamiętam tą niemoc. Pamiętam taką swoistą złość, że to, co widzę, to, co zmuszony jestem oglądać nie jest pełne. Jest tylko małym, przeznaczonym dla mnie fragmentem większej całości. To dla mnie jest system. To przekonanie, że siła masy, społeczeństwa, nakazów, zakazów, praw i obowiązków kształtuje we mnie, poczucie – nakaz pogodzenia się z tym małym fragmentem rzeczywistości. Wpasowanie się w ten fragmencik. Wtłoczenia się w niego i życia w nim i z nim.

Dopasuj się. Nic nie zmienisz. Świat już taki jest. Zawsze tak było i tak będzie. Słyszę to przez całe życie. Czym jestem starszy tym niej jest wokół mnie takich, którzy zadają pytanie: po co? Otaczają mnie ludzie dopasowani. Pogodzeni. Usystematyzowani. Do przedszkola! Po co? – pytam. Bo tak trzeba. Zabawa na rozkaz. Sen na rozkaz. Szkoła. Do szkoły! Lekcje. Mundurki. Zasady. Oceny. Rywalizacja. Praca. Do pracy! Rywalizacja. Rano. Wieczór. Praca. Kariera. Zarabianie. Wydawanie.  Bo tak trzeba. Bo świat taki jest. Bo nic się nie zmienia. Bo nic nie możesz zmienić. Poznałeś już swoje miejsce w szeregu? Dopasowałeś się. Nie wychylaj się. Nie wyróżniaj się. Szarość to bezpieczeństwo. Praca i kariera. Rutyna jest dobra. Staraj się. Niech Cię docenią. Zarabiaj. Nic za darmo.  Pieniądze. Wyznaczaj cel. Twoi rodzice też pracowali od świtu do zmierzchu. Do pracy garnitur. Praca, jakakolwiek praca. Bez pracy niema kołaczy. Bądź lepszy. Do szkoły! Na studia! Dyplom. Cenzurka. Ocena. Pierwszy w klasie. Najlepszy na roku. Doskonały pracownik. Jak niedziela to do kościoła? Na siódmą. Na ósmą. Na dziesiątą. Do pracy. Jestem tym, co mam, co posiadam. Do szkoły. Idę już spać, bo jutro do pracy.  Do kościoła. Kredyt na dom. Bo nie starcza, choć pracujesz. Na samochód. Na benzynę. Pieniądze.  Na telewizor. Bezrobocie, bo ktoś daje prace. Szukaj. Znajdź. Nic za darmo.  Nie zmienisz tego. Praca. Za tysiąc. Za tysiąc dwieście. Za sześćset. Miesięcznie. Tygodniowo. Raty. Opłaty. Pożyczanie i oddawanie.   Zawsze tak było i tak będzie.

Znów samotnie, przez szpary w płocie obserwuje rzeczywistość. Czym jest system? Tym właśnie jest system? Choć nadal to tylko zwykłe słowo. To rzeczywistością, która nas otacza. Można nazwać ją dowolnie. System równie dobrze może być nazwany… trąbką. Bo jak nazwać zniewolenie? Jak odczucie marazmów i przerażenia nazwać jednym słowem?

Przerasta mnie to. Przygniata mnie. Krępuje. To tysiącgębne: tak już jest, zawsze tak było, nic nie zmienisz. Zależność. Nakaz dopasowania. To pytanie: co zrobisz? I odpowiedz: przecież nic nie można z tym zrobić. Bo tak to już jest. Czy to system? Nie wiem. Ale wiem, że to nie jest dobre. I choć pewnie tego nie zmienię, to mam przeczucie. To przeczuwam inny świat. I to czasami mnie wyzwala. Pozwala mi oddychać. Budzić się, co rano. Warto, choć przez chwile być wolnym.

System (stgr. σύστημα systema – rzecz złożona) – obiekt fizyczny lub abstrakcyjny, w którym można wyodrębnić zespół lub zespoły elementów wzajemnie powiązanych w układy.

dziennik pesymistyczny

Azyl? (sprawdzić czy nie Amerykanin)

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Polska jest krajem gościnnym. Z tą oczywista oczywistość (jak mawiał klasyk) zgodzi każdy Polak. Zgodnie z wykutą w szkołach wersja naszej historii oraz z państwowym utrwalanym mitem, Rzeczpospolita to kraj, w którym zawsze najwyżej ceniona była wolność osobista. U nas bojownicy o prawdę i wolność cieszyli się większą tolerancją, niż na Zachodzie czy Wschodzie. Często cudzoziemcy prześladowani w swoich krajach za przekonania, znajdowali azyl właśnie w nas, w Polsce. Ale jak to mówią nic nie trwa wiecznie. Teraz, gdy od ponad dwudziestu lat państwo polskie dołączyło to elity krajów „demokratycznych”, teraz już azyl w Polsce nie dostanie ten, kto walczy o wolność.

Edward Snowden wystąpił o azyl w Polsce. Ale nasz premier, dawny bohater narodowej walki o wolność z totalitarnym reżimem, bardzo szybko oświadczył w publikatorach, że nawet gdyby wiosek Snowdena spełniałby wszelkie wymogi formalne, Polska nie wyraża zainteresowania udzieleniem mu azylu.

Człowiek ten, pracownik firmy komputerowej współpracującej z amerykańską Agencją Bezpieczeństwa Narodowego, który ujawnił, że amerykańskie służby na masową skalę inwigilują internautów prosi w Polsce o azyl. A premier nie jest zainteresowany. Faceta obawia się, że po powrocie do Stanów czeka go „ryzyko prześladowań a nie sprawiedliwy proces” a premier nie jest zainteresowany.

– Nie bądźcie natrętni! Natrętny pasażer… O! A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to, jaki byłby tłok, sami widzicie i nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz) – kiedyś tak właśnie w pewnej polskiej komedii urzędnik sprawdzał w odpowiedniej instrukcji jak postępować z natrętnym pasażerem. Teraz pewnie przyszła do państwowych urzędników nowa instrukcja jak postępować w tymi, co występują o azyl polityczny w Polsce. – Nie bądźcie natrętni! Natrętny azylant… O! A gdyby tak każdy, kogo władze jego kraju oskarżyły o ujawnienie tajnych danych dotyczących inwigilacji elektronicznej chciałby prosić o azyl, to, jaki byłby tłok, sami widzicie… (sprawdzić, czy nie Amerykanin) – tak zapewne wygląda nowa instrukcja w sprawie azylu dla prześladowanych.

– … nie dam pozytywnej rekomendacji – oświadczył minister od praw zagranicznych w sprawie azylu dla Snowdena. – Azylu udziela się, gdy przemawia za tym ważny interes RP. Pan minister nie uważa, że przemawia ważny interes Rzeczpospolitej za udzieleniem takiego azylu, gdyby taki formalny wniosek wpłynął – wtórował swemu szefowi rzecznik MSZ.

Edward Snowden przekazał prasie dokumenty, z których wynika jasno, że amerykańska agencję wywiadu i inne służby specjalne monitorowały i gromadziły dane dotyczące rozmów telefonicznych i aktywności w internecie nie tylko obywateli USA, ale też cudzoziemców, w tym Polaków. Każdy rząd obowiązują pewne niezmienne zasady, a jeśli jakakolwiek władza te zasady łamie, to trzeba tę władzę za wszelką cenę powstrzymać.

Chciałby, aby ci, co samozwańczo nazywają się moimi przedstawicielami uszanowali to, co zrobił ten człowiek. Przynajmniej w imię wielowiekowej tradycji naszego narodu. Dlatego jeśli ktoś nadal chce nazywać się moim przedstawicielem to powinien udzielić azylu Snowdenu. I dlatego Polska powinna być zainteresowana udzieleniem azylu Amerykaninowi. Zdecydowanie za tym „przemawia ważny interes Rzeczpospolitej”. Bo czasem trzeba wstać z kolan…

dziennik pesymistyczny

Mam już dość,czyli TV Reklama

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Bardzo lubię oglądać telewizję. Po prostu kocham się gapić na filmy czy seriale i słuchać gadania, nawet polityków. Jednak to właśnie telewizja postanowiła mnie do siebie zniechęcić. I w tej walce, ze mną – widzem, odnosi coraz większe sukcesy.

Niewątpliwie to nadal moje ulubione okienko na świat. Choć są inne jak internet, starodawna książka czy gazeta, to jednak telewizor jest dla mnie ważny. Wiem, że to niemodne, wsteczne i niepostępowe, ale mnie chyba nie warto już zmieniać.

Jednak telewizja postanowiła mnie do siebie zniechęcić i zamęczyć reklamami. Tak, tak, rozumiem, że „zarabianie…”, że „bez pieniędzy się nie da…” i tak dalej. Ale tego reklamowania telewizyjnego jest już tyle, że czasami mam wrażenie, że nie oglądam już konkretnej stacji, tylko jedną wielką TV Reklama. Wszechkanałową, dwudziestoczterogodzinną, totalną telewizję nadająca reklamy przerywane tylko innymi programami.

Zasiadam przed telewizorem w nadziei zapoznania się z tym, co nowego i ważnego wydarzyło się „w świecie i naszym powiecie”, a tu reklama za reklamą. Maszerują przed moimi oczami dezodoranty, staniki, wykałaczki, chińskie zupki, samochody, podpaski, sukienki, kredyty… i wreszcie mogę obejrzeć wiadomości. Ale przecież, jeszcze przed wiadomościami króciutko dowiem się, kto dostąpił zaszczytu sponsorowania tego, co z rosnącym zniecierpliwieniem chciałbym zobaczyć. I znów słyszę, że sponsorem audycji jest… i sponsoruje dla Państwa taka a taka, z takim a takim.

Uff, myślę w końcu się doczekałem, mogę wchłonąć, oglądać, zaznajamiać się i podziwiać. Ale przez chwilę, bo potem znów te same reklamy. Ten sam najlepszy samochód za najlepszy kredyt, szampon, pomadka, garnek, tampon i soczek dla dziecka, a za nim pieluchy i tablecik. Nie wytrzymuję i zmieniam stację, są tam reklamy to oczywiste, ale może zaraz się skończą – sam siebie mamię lichą nadzieją.

No i jest serial. Doczekałem się. Przebrnąłem przez reklamy. Oglądam, dzielny detektyw już ma wpaść na trop przestępcy… gdy nagle bez większej potrzeby, sensu czy zgodności z fabułą filmu, zaczyna się on zastanawiać, czy aby nie skorzystać z bardzo atrakcyjnej propozycji firmy ubezpieczeniowej wymienionej konkretnie z nazwy.

W pamięci mam jeszcze straszliwą zbrodnię, której sprawców miał ujawnić serialowy detektyw, a on tym czasem rozsiada się wygodnie w fotelu i zaczyna rozprawiać na temat zbawianego wpływu na młode organizmy soczków marki, której butelkę pcha mi bezczelnie przed oczy. I tak, co chwila – to zasiada w fotelach znanej marki i gaworzy o ich nadzwyczajnej miękkości, to znów jedzie samochodem tak bardzo popularnej marki, to znów robi zakupy, a operator kamery na dziesięć sekund zatrzymuje się na logo, abym przypadkiem nie przeoczył tak ważnego szczegółu.

Kiedyś nawet zastanawiałem się, czy soczek pomarańczowy z fikuśnie otwieranym kapselkiem ma tak wielkie znaczenie dla fabuły, dla śledztwa, że trzeba mu poświecić aż tyle uwagi, ale przestałem się dziwić, bo przecież „product placement” jest już polskich serialach niemal obowiązkowy.

Kto ma pilota, ten ma władzę, więc zmieniam kanał na inną stacje, a tam panienka rozmawia ze znanym projektantem o jego nowej kolekcji odzieży, którą ten przecież nie rozdaje bezdomnym, tylko sprzedaje za ciężkie pieniądze. Czyli reklama.

Po reklamowym wywiadzie czas na zwykły blok reklamowy. Po kilkunastu minutach jeszcze tylko informacja, że w audycji dojdzie do lokowania produktu i można w dwóch zdaniach zaprosić na prognozę pogody, przed która dowiem się, jakie firmy ją sponsorują. Po porcji wiadomości o deszczu lub słońcu dowiem się, że sukienkę pogodynce zafundowała bardzo znana marka, podobnie jak makijaż czy buty.

Po tym wszystkim można posłuchać kolejnej rozmowy, ze znanym producentem. Potem reklama i już serial z „product placement” przerywany klasycznymi spotami reklamowymi.

Dlaczego marudzę? Bo kiedyś naprawdę lubiłem reklamy w telewizji. Od czasu do czasu. Spokojne, nienachalne i nieprzytłaczające. Teraz jednak mam wrażenie, że ktoś mnie nabiera. Ktoś mnie oszukuje. Ktoś chce jak najwięcej zarobić. Jestem zapchany reklamami pod korek. Odczuwam przesyt. Tęsknię za serialami bez „product placement”, filmami nieprzerywanymi reklamami, rozmowami w studio, które nie są reklamami. Tęsknię za telewizją i mam serdecznie dość TV Reklama.

dziennik pesymistyczny

Jak się nazywasz, czyli 115 dowodów na 47 nazwisk

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdy obywatel naszej pięknej rzeczpospolitej wie jak ważny jest w jego życiu dowód osobisty. Dla przeciętnego człowieka życie w polskich strukturach państwowych i społecznych bez tej plastikowej karty identyfikującej byłoby zupełnie niemożliwe. Są takie kraje, gdzie osobisty dowód tożsamości wydawany przez uprawnione organy władzy jest nieznany, ale to zapewne stan przejściowy w ich nieudolnych cywilizacjach. Ten nienaturalny dla biurokracji stan bezdowodowy zapewne niedługo się u nich zmieni na ten właściwy. Ci zacofani innostrancy bez dowodu przyłączą się do nas oświeconych i posiadających osobisty, potwierdzony państwowo, dowód na własne istnienie.

Bo przecież nie ma życia bez osobistego dowodu. Każdy, kto próbował odebrać list polecony na poczcie, zareklamować towar w sklepie, udał się na badania lekarskie, każdy musiał się urzędnikowi pocztowemu, pani w sklepie czy recepcjoniście w przychodni wylegitymować dokumentem tożsamości. Bez tego kawałka plastiku ze zdjęciem nikt by mi tak na słowo nie uwierzył, że ja to ja, a nie ktoś zupełnie inny.

Powiem nawet więcej, to dowód osobisty określa, kim jesteśmy. Nie tylko możemy się w każdej chwili z tego dokumentu państwowego dowiedzieć dokładnie gdzie mieszkamy (pod warunkiem, że mieszkamy tam gdzie jesteśmy zameldowani), możemy się szybko upewnić ile mamy wzrostu, jaki mamy kolor oczu oraz kiedy przyszliśmy na ten świat. Szybko i sprawnie możemy sobie przypomnieć, pod jakim numerem identyfikacyjnym zostaliśmy zapisami w państwowych ewidencjach. Bez problemu i w każdej wybranej przez nas chwili możemy sprawdzić naszą narodowość, oraz do jakiego państwa jesteśmy przypisani. I co najważniejsze, z dowodu osobistego możemy się oczywiście dowiedzieć jakie nam nadano oficjalne imię i nazwisko.

Wydaje wam się, że każdy już o dziecka wie jak się nazywa i nie jest mu do tego potrzebny dowód tożsamości? Otóż nie jest tak do końca, o czym przekonali się świętokrzyscy policjanci, którzy zatrzymali czterdziestojednoletniego mężczyznę z miasta Gdynia. Jak donoszą media, osobnik ten, posiadał piętnaście dowodów osobistych na czterdzieści siedem nazwisk. Gdy funkcjonariusze zapytali go o jego imię i nazwisko, biedaczyna nie potrafił powiedzieć jak się nazywa. No poplątało się chłopinie z nadmiaru osobistych dowodów tożsamości. No jak miał się zorientować jak ma na imię czy nazwisko, jak miał tak wiele dowodów na swoją tożsamość. To przecież absolutnie niewykonalne. Czterdzieści siedem imion i nazwisk do wyboru. Przy czym każdy, choć podrobiony, to jednak prawie państwowy dowód twierdzi, co innego. Czterdzieści siedem różnych numerów identyfikacyjnych, czterdzieści siedem wersji wzrostów i koloru oczu. Prawdziwy koszmar. Na znalezionych u zatrzymanego przez policję dokumentach był wizerunek czterdziestojednolatka, lecz różne dane. – No, jak żyć! – chciałoby się zawołać za klasykiem. Zastanawia mnie, dlaczego miał ten pan sto piętnaście dowodów osobistych, ale tylko na czterdzieści siedem nazwisk i imion? Czyżby miał też wersje z powtarzającymi się nazwiskami lub imionami, ale innymi danymi dotyczącymi na przykład miejsca zamieszkania czy daty urodzenia? To jeszcze bardziej komplikowałoby życie mężczyzny z miasta Gdyni, ale też tłumaczyło jego dezorientację co do właściwego nazwiska czy imienia.

W tym miejscu chciałbym zaapelować do moich współobywateli. Kochani, starajcie się posiadać jeden dowód. Nie kombinujcie. Jeden dowód na jedno imię i nazwisko w zupełności wam wystarczy. Posiadanie większej liczby dowodów może was tak zamroczyć, że stracicie zupełnie kontakt z rzeczywistością. Taka mnogość dokumentów osobistych spowoduje u was kompletą dezorientację co do waszych danych personalnych. A może nawet osobowość mnogą? Nie idźcie za przykładem przestępcy z Gdyni. Jeden dowód zapewni wam zawsze wiedzę, kim jesteście i jak macie na imię. Tylko posiadając jeden dowód osobisty, zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia i nocy, w każdych okolicznościach, nawet pytani przez świętokrzyskich funkcjonariuszy, będziecie mogli szybko i sprawnie, bez zaskoczenia powiedzieć jak się nazywacie.

dziennik pesymistyczny

Bezmyślenie osobnicze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Cały czas myślę i to jest moje największe przekleństwo. Bo gdybym nie myślał lub myślał mniej, choć trochę, to może łatwiej bym się dopasowywał, uspołeczniał. Bez myślenia byłbym szczęśliwszy, pracowitszy, bardziej uporządkowany. Nie zastanawiałbym się, dlaczego co rano muszę wstać do pracy. Bo praca byłaby dla mnie czymś najzupełniej naturalnym. Żył bym spokojniej bez ciągłej potrzeby dociekań. Czy jakbym ograniczył narkotyczną wręcz potrzebę myślenia nie zadawałbym sobie tak społecznie bezsensownych pytań jak: dlaczego? Po co? Wykonywałbym polecenia i czułbym się szczęśliwszy. Stałbym się cennym członkiem społeczeństwa. Co dnia stawałbym przy maszynie. Siadał przy biurku. Stawałbym na stanowisku. Służyłbym pomocą. Skrzętnie bym pracował i zarabiał. Tak po prostu. Bez myślenia łatwiej by mi było znaleźć prace. Byłbym bardziej atrakcyjny dla wolnym rynku. Byłoby na mnie zapotrzebowanie. Stałbym się  społecznie kompatybilny. Byłym lepiej opłacany. Adekwatny. Taki swój. Masz. Kumpel. Byłbym wypłacalny. Miałbym zdolność kredytową. Byłbym wiarygodny dla banków. Gdybym tylko mniej myślał. Choć ociupinkę. Mniej analizował. Gdybym nie szukał dziury w całym. Byłbym szczęśliwszy. Bardziej lubiany. Miałbym więcej kolegów, no bo z pracy. Miałbym więcej przyjaciół, bo by mnie było stać na przyjaźnie. Miałbym lepszą opinie w środowisku.  Miałbym większy dom. Większe mieszkanie. Może nawet w wieku sześćdziesięciu trzech lat spłaciłbym w końcu hipotekę?  Mógłbym pracować wydajniej. Dosłownie wszędzie. Robić wszystko co się ode mnie by wymagało. Mógłbym bez problemów wyjechać za pracą. Żyć bez lęku. Bez nadmiernego myślenia byłoby łatwiej i sprawniej. Wydajniej.

Gdybym nie myślał tak wiele, mniej bym się denerwował. Wiadomości telewizyjne, nagłówki w gazetach napawałyby mnie tylko optymizmem. Zwiększałyby moją potrzebę bardziej wytężonej pracy dla dobra nas wszystkich. Gdybym tak, choć na chwile przestał się zastanawiać, dlaczego jest tak jak jest, a nie jest inaczej, byłbym o wiele szczęśliwszy. Gdybym nie czytał, nie oglądał, nie bawił się, nie przyglądał się, nie rozmyślał w nadmiarze… gdybym zwyczajnie nie chciał wszystkiego zrozumieć, świat tak bardzo by mnie nie przerażał. Lepiej bym sypiał gdybym w nocy nie myślał o dniu następnym. Może nie brałbym leków? Może byłbym bardziej realny. Mniej oddalony. Teraźniejszy. Nie denerwował się. Jakżeż ja byłbym spokojny bez nadmiernego myślenia. Może nawet byłbym bardziej wolny, bo przecież nawet nie zastanawiałbym się nad zniewoleniem. Ale chyba najważniejsze, że byłbym bardziej przystosowany do tego świata. Nie chciałbym nic zmieniać. Nie stawałbym niewygodnych pytań. Wiedziałbym przecież, że nic nie zmienię. Gdyby się tak dało nie myśleć. Wyłączyć pokrętłem, aż do kliknięcia oznaczającego koniec myślenie.  Jeśli nie wyłączyć całkowicie, to przynajmniej przyciszyć, stłumić myślenie.

Nie zagrażałbym sobie i innym, gdybym mniej myślał. Nie poszukiwałbym praw. Bo bym znał prawdy tak z boskiego nadania. Nie dociekałbym, nie pragnąłbym, bo wiedziałbym, że jest jak jest. Byłbym bardziej propaństwowy, prospołeczny, patriotyczny, bo przecież za pewnik bym przyjmował prawa i obowiązki. Gdybym nie myślał tak wiele, to pewnie doszedłbym do czegoś. Stałbym się posiadaczem. Miałbym i byłoby mnie stać. Byłbym wzorowym obywatelem każdego państwa. Czasem chce tego, chciałbym przestać być inny. Być zwyczajny. Szary. Uporządkowany.  Porachowany. Usystematyzowany. Może nawet bez natręctwa myślenia stałbym się lepszym, bo bym zapewniał i zaspokajał.  A to wszystko bym miał gdybym tak nadmiernie, tak pazernie nie starał się zrozumieć. Pojąc. Ogarnąć. Jakbym przestał myśleć, choć na czas jakiś. Do czasu aż bym się dorobił. Zapewnił sobie byt. Obrósł materialnie. Pewnie przed to moje wciąż myślenie, przez ten potok całego dociekania mam poczucie nierealności. W zasadzie, tak teoretycznie to wszystko wokół mnie nic, a nic mnie to obchodzi. No, może przynajmniej niewiele. Praktycznie jednak cały czas o tym myślę i to mnie osamotnia. Gdybym mniej myślał to byłbym szczęśliwszy?

dziennik pesymistyczny

Wiedział, nie powiedział, a to było tak

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Wiem, ale nie powiem. To jest motto tych politycznych, wierzących. Tych święcie przekonanych. Badaczy ukrytych prawd. Tych, co doznają objawień. Tych, co posiedli wiedzę o faktach i zjawiskach ukrytych. Teraz oni wiedzą, znają prawdę, ale nie mogą o niej powiedzieć. Nie mają dowodów, ale wierzą, są przekonani. Znają dowody, ale nie mogą ich ujawnić. Odkryli nagle coś nieznanego ogółowi, ale nie ujawnią szczegółów dla dobra ogółu oczywiście. Posiadają wiedzę tajemną, która wyzwoli nas, Polskę całą, piękną, żyzną i niemałą… Prawda została im objawiona, ale nie mogą o niej teraz mówić. Oni coś wiedzą, ale konkretnie, co wiedzą, tego już nie powiedzą.

Dziecięce przekomarzanie było dla mnie wspomnieniem bardzo odległym w czasie, ale teraz to „ wiem, ale nie powiem” powróciło i bynajmniej nie za sprawą dziecięcych zabaw. Teraz to dokazywanie dla dorosłych. A nawet bardzo dorosłych. Teraz to sprawa polityczna. Teraz to sprawa wiary i przekonań. Całkiem niedawno pewien poseł powiedział, że są dowody na to, że trzy osoby przeżyły katastrofę smoleńską. Nie zdradził jednak, kto przeżył. – Po blisko trzech latach badań mogę powiedzieć z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa, że relacje o tym, że trzy osoby przeżyły (katastrofę), są wiarygodne – mówił ten szef zespołu do spraw. Jak dla mnie, powiedział tyle, że wie, ale nie powie skąd to wie. Czyli znów to dręczące dziecinne stwierdzenie powróciło, tym razem, w dorosłej politycznej formie. – Możemy powiedzieć na pewno. Tak, samolot został zniszczony przez eksplozję. A jak do tego doszło, w jakim zakresie i kto był autorem tej straszliwej zbrodni to jest rzecz, którą będziemy analizowali w przyszłości. Na razie stwierdzamy fakt – powiedział poseł. Czyli tradycyjne już: wiem, ale nie powiem.

Ten swoisty detektyw parlamentarny jest jak ten święty Antoni, patron osób i rzeczy zaginionych oraz spraw beznadziejnych. On doszedł do prawdy. Została mu objawiona. „Po blisko trzech latach badań” On już wie, On „z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa” zna prawdę, ale całej prawdy, tak wprost, tak zwyczajnie, bez owijania w bawełnę, nie może powiedzieć. – (…) nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy trzy osoby przeżyły. Ale są wiarygodne informacje z trzech źródeł, że tak było. Obowiązkiem polskiej prokuratury jest to sprawdzić – wtóruje mu rzecznik prawych i sprawiedliwych. I znów to denerwujące: wiem, że to prawda, ale nie powiem wszystkiego. Ten polityk mówi, a ja słyszę, że: ktoś coś tam wie, że On słyszał tylko, ale On w to wierzy. Bo On, jest przekonany, że ten, co mu powiedział, ten posiadacz prawdy, jest dla niego wiarygodny, ale na wszelki wypadek niech ktoś tę prawdę objawioną sprawdzi.

– Przy obecnej wiedzy jedyną teorią, która wszystko wyjaśnia, porządkuje wiedzę, i daje konkluzje, jest teoria zamachu. Natomiast z całą pewnością jeszcze trzeba te sprawy bardzo pogłębić – powiedział pan prezes, odwieczny i niespełniony zbawca Polski. Znów, no znów słyszę to: wiem, ale nie powiem.  Znów ktoś posiada wiedzę, jest przekonany o prawdzie, ale żebym ja mógł poznać prawdę, to trzeba tę wiedzę o prawdzie dla mnie specjalnie pogłębić.  Wszyscy coś wiedzą, ale nam nie powiedzą.  Dla naszego dobra oczywiście, bo prawda byłaby dla mnie, dla nas, tak bolesna, że chyba by nas zabiła… i kto by opłacał zabawę w ten cyrk? Kto by płacił podatki?

Konkretnie, no błagam… Panowie! Konkretnie!, Raz! No błagam! Raz powiedzcie całą prawdę, niech i ja doznam objawienia. Raz, choć raz powiedzcie: Kto? Jak? I dlaczego? I co najważniejsze: po co? A nie tylko: ja wiem, ale wam nie powiem.

dziennik pesymistyczny

Czas idiotów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

O jakże okrutne musi być bóstwo, które umieściło moją marną egzystencję, w tym kraju politycznych dziamdziaczy! Dlaczego już od urodzenia jestem skazany na słuchanie tych nawiedzonych politycznych głuptaków? Wiecznych wojowników o lepsze jutro, które dziwnym zrządzeniem losu zawsze jest przewidywane za kilka lat. Mam już serdecznie dość tych samych twarzy w zmiennych konfiguracjach. Od rana do wieczora, od poniedziałku do niedzieli, od stycznia do grudnia, rok po roku wysłuchuję rządzących, i tych, którzy aktualnie nie są u koryta. Słucham tego ich dziamdziania, tych zapewnień, pouczeń, wzajemnych oskarżeń. Tego nawiedzonego marudzenia. Mówienia o prawdzie, porządku, tragedii. I te zawsze cudowne recepty na świetlaną przyszłość. Śmierć, prezydent RP, pan premier, i ministrowie, senat i sejm, budżet i bezrobocie. Te mordy, gęby miniaste i nadęte, państwowo wypasione, politycznie umaszczone. Te ich „Zwyciężymy, jesteśmy silni. Tam gdzie jest wiara jest zwycięstwo”.

Mam dość tych ubranych w barwy narodowe ciamkaczy, głosicieli własnych praw, tych idiotów w komisjach i na trybunach. Tego ustawicznego potoku świętych praw absolutnych płynących ze stron, z każdego możliwego medium. Mam dość wypasionych świń w garniturach zapewniających mnie z wysokości urzędów i trybun, że ich prawda jest najważniejsza z najważniejszych.

Pokraki polityczne, pogrobowcy w wiecznej żałobie po dawnych bohaterach, krzyżowcy wierzący, że Polska Chrystusem narodów. Lewica jak prawica, prawica jak lewica. Tłumy z flagami, krzyże, krzyże i tragedie, wieczne tragedie. Groby, znicze, kwiaty, Jarosław, Jarosław, symbole walki. Marsze, i flagi, i ich patriotyzm ciągle atakowany, te wieczne, odwieczne sztandary narodowe. Czas wzajemnej adoracji. Korowód pasibrzuchów oderwanych od rzeczywistości. Ich usta wypchane frazesami o narodzie, kraju, ojczyźnie, państwie. Twarze zadowolone lub wiecznie niezadowolone, zacietrzewione, czerwone ze złości, uśmiechnięte lub wiecznie umęczone. Platforma w ruchach prawa i sprawiedliwa, w sojuszach lewicowa i demokratycznie ludowa, bo polska jest najważniejsza. Bo za miliony cierpią katusze.

Tłumaczą nam, że mamy żyć dokładnie według ich wizji świata. Dla nich nie jest ważne jak chcę przeżyć własne życie, oni doskonale wiedzą co dla mnie będzie najlepsze.  Pasibrzuchy  sejmowe zanurzone w  fotele. Pluskwy i karaluchy. Wieczni opozycjoniści. I ci wiecznie u władzy. Puchate panie i wymuskani panowie. Wszystkowiedzący. Upajający się bezsensowną paplaniną. I słowa, słowa, słowa. Tylko słowa. Coraz więcej słów. By Polska była silna, dumna i suwerenna. Zawsze przekonani, że dożyją w niedługim czasie Polski, w której będą stawały pomniki. Bo pomniki to ich pasja. Bo ich patriotyzm przecież nie jest pusty. Oni mają przekonania, oni są przekonani, oni przekonują, oni krzyczą, że mają święte prawo walczyć o prawdę i mają obowiązek tej walki. Wódz, nad wodzem flagi, przed wodzem tłumy. Na imię mu Legion, bo jest ich wielu. Krzyczą: „Chcemy prawdy” by Polska trwała. I trwać ma, bo są w Polsce miliony patriotów, którzy nie dadzą się zmanipulować. Póki oni żyją, to Polska nie umarła. Owacje. Marsze z pochodniami. Słowa. Słowa. Transparenty. „Zemsta, zemsta, zemsta na wroga, Z Bogiem, a choćby mimo Boga”.

dziennik pesymistyczny

Sprawdzić czy nie ksiądz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Ja lubię i szanuję arcybiskupa (…). Uważam, że ten styl, taki trochę wojskowy, powinniśmy uszanować. To jest bardzo sympatyczna postać – oświadczył w telewizji TVN24 obecnie urzędujący państwowy minister spraw zagranicznych, odnosząc się w ten sposób do informacji tygodnika „Wprost”, że ten gdański hierarcha nadużywa alkoholu i poniża swoich kolegów księży.  Czy ta wypowiedź wysokiego rangą urzędnika mnie zaskoczyła? Nie! Ależ skąd! Jestem przecież przyzwyczajony. W Polsce nawet dziecko wie, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Dlatego, nie zdziwiłem się nawet, słysząc jak pan minister w telewizji broni jego ekscelencję. Przecież już św. Paweł naucza, iż wszelka ustanowiona władza pochodzi od Boga i każdej władzy winniśmy posłuszeństwo.  Pewnie dlatego ministrowi nie wydało się dziwne, że biskup ma taki „trochę wojskowy” styl sprawowania władzy.  Wiadomo, władza zawsze zasługuje na szacunek i zrozumienie.

W gazecie można przeczytać, że „ (…) ksiądz służył u arcybiskupa. Był kapelanem. Przybocznym arcybiskupa. Kimś na każde zawołanie. Arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!”. Rano na kacu wzywał go, żądając „actimelka” i krzycząc: „Bądź moim actimelkiem!”.  A pan minister spokojnie i z uśmiechem na to, że on ekscelencję „lubi i szanuje”. I zapewne za jego przykładem społeczeństwo też powinno ten styl sprawowania władzy uszanować, albo może nawet polubić.  Bo to nie tylko przecież arcybiskup rzymskokatolicki, ale też generał dywizji, były biskup polowy Wojska Polskiego!

– Ale nadużywanie alkoholu też należy uszanować? – spytała zdziwiona dziennikarka pana ministra od spraw zagranicznych, podczas wspomnianego już przeze mnie wywiadu w telewizji. – No w wojsku są pewne tradycje… Ale ja uważam, że z takimi insynuacjami powinniśmy uważać – odparł ten wysoki urzędnik państwowy. Tak „w wojsku są pewne tradycje”, ale czy wysyłanie podwładnego, po nocy, na poszukiwanie odpowiedniego gatunku kiełbasy, rozkazywanie mu, aby ten nalewał wódkę i ocenianie go słowami, „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!” to tradycja naszej armii? Jeśli tak, to… no, cóż można powiedzieć, jaki minister, taki generał, jaki władza świecka, taka kościelna, taka tradycja widocznie. Wstyd trochę za takie tradycje, ale przecież ze mnie żaden arcybiskup, ani minister, więc u mnie tradycje też inne. Co innego lubię, i co innego szanuję.

Każdego dnia gazety pewne są doniesień o tym jak to my, naród, pijemy nadmiernie wódeczkę (czy inny alkohol) a potem pod jego wpływem za bardzo rozrabiamy. „Podczas libacji alkoholowej w jednym z (…) mieszkań doszło do awantury między trzema mężczyznami”, to znów gdzie indziej „nadużywał alkoholu a jej mieszkanie stanowiło miejsce libacji” lub znowu „ubliżał i szarpał partnerkę a następnie oddalił się z mieszkania”. Pełno jest takich opisów pijaństwa w gazetach, co chwila słyszy się o tym w radio lub w telewizji. I takie zachowania przeważnie są postrzegane negatywnie przez „zdrową tkankę narodu polskiego”. Ale gdy arcybiskup podczas libacji alkoholowej poniży podwładnego to już nie jest to takie jednoznaczne. W przypadku ekscelencji, libacja zamienia się w „pewne tradycje”.

Mam wrażenie, że niektórzy z nas tak mają, że jak słyszą o skutkach „libacji alkoholowych” to przed wydaniem opinii na ten temat szukają przy informacji dopisku „sprawdzić czy nie ksiądz” by przypadkiem nie wydać opinii niepochlebnej.

 

dziennik pesymistyczny

Zabawne to FOMO

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy tylko się przebudzę. Gdy tylko otworzę oczy. Gdy tylko zaloguję się w rzeczywistości, pierwsze co robię to sięgam po telefon, który już dawno przestał być tylko telefonem. Sprawdzam wiadomości na facebooku. Kontroluję, co nowego na wszystkich prowadzonych przeze mnie blogach i stronach.  Zaglądam do poczty. Przeglądam aplikacje informujące mnie, co nowego w prasie, radiu i telewizji. Artykuły, kilka maili, wpis na twitterze.  I już pora na poranne ablucje, tam nie jestem „on-line”. Ale śniadanie już w towarzystwie tabletu. Tam znów portale społecznościowe. Czytam i piszę. Poczta. Maile. Informacje. Telewizja śniadaniowa lub informacyjna. W samochodzie radio. Cały dzień w pracy przed komputerem. A jak nie przez cały, to na pewno przez większość dnia.  Jeśli nie wpatruję się w ekran to przecież i tak jestem zawsze w „zasięgu”. Jestem jak pies Pawłowa. Mam reakcje bezwarunkowe. Przechodzi mnie dreszcz, gdy słyszę pikanie telefonu. Podekscytowanie. Natychmiast dopada mnie nieodparta pokusa sprawdzenia przychodzącej wiadomości. Muszę być przez cały czas na bieżąco. W kontakcie. Informacja jest tak samo ważna dla mnie jak jedzenie, picie czy oddychanie. Nałogowo pragnę najnowszych wiadomości. Konsumuję informacje i je tworzę dla innych pożeraczy.

Tak, wiem, jestem uzależniony. Wiem, to nic nowego. Nic odkrywczego. Ale dzięki naukowcom (zapewne amerykańskim) teraz przynajmniej wiem/wiemy jak nazwać takie uzależnienia.  Zjawisko, pod którego jestem przemożnym wpływem, ma już swoją fachową nazwę. Dzięki Bogu za naukowców i za ich nieustającą chęć nazywania wszystkiego, chęć do nadawania wszystkim naszym fobiom nazwy. FOMO (termin ten pochodzi oczywiście z języka angielskiego: fear of missing out), bo o tym tu mowa to lęk przed tym, że coś nas omija. Zjawisko FOMO dotyczy nie tylko strefy prywatnej, ale też zawodowej. Mam bezustanną potrzebę sięgania po smatfona, co kilka minut. Bez względu na to, co robię, gdzie jestem, zawsze, co kilka chwil na ekranie telefonu sprawdzam wiadomości z sieci społecznościowych, maile, esemesy. Brak dostępu do sieci wywołuje u mnie klasyczne objawy odstawienia. Czyli jestem FOMO. Po prostu muszę, nie mogę się powstrzymać. Kiedyś wyczytałem w internecie, że wibracje ekranu nowoczesnych telefonów mogą wywoływać poprzez ich dotykanie reakcje podobne do euforii. Teraz, dzięki naukowcom, wiem, że mam kolejne przyjemne uzależnienie. A że kolekcjonuję takie stany, to wiedza ta jest dla mnie nawet przyjemna.

Na wakacjach, w kinie, w restauracji, w knajpie, w parku na ławce, nawet w pracy, nad morzem i górach, w autobusie, samochodzie, pociągu, wszędzie gdzie się da sprawdzam wiadomości i maile, co kilka minut. Wiem, że w esemesie mogę użyć stu sześćdziesięciu znaków, a wiadomość na twitterze to tylko sto czterdzieści znaków. Żyję sobie po części wirtualnie. Myśli wyrażam określoną liczbą znaków.  Chętnie uległem pladze nowoczesnej technologii. Zmieniła ona moje życie. Nie mam jak na razie o to pretensji. Raczej obserwuję z zainteresowaniem moje zachowania w tym nałogu, niż się go boję. Tworzę spokojnie wiadomości w nadmiarze prawie tak dużym, jak je czytam. Podobno psycholodzy zachowanie FOMO traktują, jako lęk przed przeoczeniem jakiegoś wydarzenia lub istotnej informacji, która może mieć wpływ na moje życie. No i ja się właśnie z przyjemnym dreszczykiem emocji boję, że „coś” przegapię. Ciekawi mnie to moje FOMO. Mam tak, że nie bardzo lubię społeczeństwo. Ludzie, w sensie społeczeństwo, bardziej odpowiadają mi w wersji elektronicznej. Mój brak przystosowania do życia w cywilizacji idealnie rekompensuję sobie w internecie. Zabawnym skutkiem ubocznym, i raczej nieszkodliwym dla mnie, jest coś, co teraz nazwano FOMO. To na tyle.  Jadę na zakupy. Ale zabieram telefon. Muszę być przecież na bieżąco. Jestem FOMO. Zabawne to FOMO.