Tag Archives

108 Articles

dziennik pesymistyczny

Nic nie stracił na pobycie w więzieniu, bo był bez zameldowania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie straciła na pobycie w więzieniu – tak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna argumentuje swoją odmowę odszkodowania i zadośćuczynienie za błąd sędziego, przez który niewinny człowiek przesiedział w więzieniu sto trzydzieści cztery dni.

Widziałem już wiele urzędniczej bezczelności, wręcz buty, szyderstwa i zwyczajnej głupoty. Ale tak rażącego przykładu pokazującego czym dla tego państwa i dla jego urzędników jest zwykły śmiertelnik, dawno nie wiedziałem.  Słowa przedstawicieli prokuratorii generalnej nie można potraktować inaczej jak przyznanie, że w Polsce istnieją obywatele drugiej kategorii. Jesteś biedny, nie masz pracy, nie masz domu a w szczególności zameldowania to jesteś nikim. Nawet jak posiedzisz w więzieniu to nic Ci się nie stanie. Najlepszym miejscem dla biedaka jest więzienie?

Najwyraźniej takie jest przekonanie państwowych prawników. Mężczyzna został zabrany z ulicy przez państwowych policjantów. Zanim się zorientował, co się stało, był już w państwowym więzieniu. Twierdzi, że nie wyjaśniono mu z jakiego powodu się tam znalazł. Następnie dowiedział się, że znalazł się tam, bo odwieszono mu wcześniejszy wyrok. Przesiedział w zamknięciu sto trzydzieści cztery dni. Po wyjściu z więzienia dowiedział się, że spędził w nim pół roku przez uchybienie sędziego, który działał zbyt rutynowo. Pomylono go z kimś innym. I nikt nie zauważał, że zgadzało się tylko nazwisko. Inny był rocznik, inne imię, inne też było miejsce zamieszkania.

Błąd jeszcze mogę – choć z wysiłkiem – to jednak zrozumieć. Wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy do tego prawo. Ale nie mogę pojąc, jakim prawem tego człowieka teraz państwo jeszcze dodatkowo poniża. Przesiedział przez pomyłkę w więzieniu sto trzydzieści cztery dni. To bezsporny fakt. Nie należy się chyba dziwić, że teraz za pomyłkę urzędników oczekuje od państwa odszkodowania i wypłaty zadośćuczynienie. Jednak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna nie ma jednak zamiaru zapłacić. Prawnicy państwowi postanowili powalczyć, licząc zapewne, że jak ktoś jest biedny to zapewne nie stać go na dobrego obrońcę.  Adwokatka mężczyzny otrzymała list, iż jej klient, jako osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie stracił na pobycie w więzieniu. Zapewne powinien być szczęśliwy, że państwo polskie, choć przez pomyłkę to jednak tak bardzo się nim zajęło zapewniając mu wikt i opierunek. Odwieźli go do więzienia państwowi policjanci i przebywał w państwowym więzieniu, powinien być wdzięczny za opiekę.  Właśnie jest ta niebywała buta urzędniczą. Ta bezczelność i szyderstwo.

Pokrzywdzony człowiek twierdzi, że „potraktowano go jak śmiecia”. I ma całkowita słuszność. Jak można twierdzić, że pobyt w więzieniu jest rzeczą obojętną? To chore! Jak nie zwyczajnie głupie. Mężczyzna wystąpił o odszkodowanie i zadośćuczynienie w wysokości trzystu tysięcy złotych. Sprawę rozstrzygnie sąd. Mam nadzieje, że tym razem sędzia się nie pomyli, i że nie będzie działał rutynowo.

dziennik pesymistyczny

Chwila dla debila – nowe pokolenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– W nowej Polsce będzie potrzeba uczciwych ministrów, wojewodów, prawników… działaczy PZPN. Jeśli ktoś z Was ma kłopoty z prawem, służba dla nowej Polski będzie oczyszczeniem – mówi na wiecu kończącym „Marsz Niepodległości” rzecznik Organizacji Narodowo – Radykalnej Marian Kowalski. Niezorientowanych w meandrach zaplecza politycznego skrajnej prawicy informuje, że PZPN to nic innego jak Polski Związek Piłki Nożnej. Już widzę oczami wyobraźni jak „idzie nowe pokolenie”(zgodnie z hasłem marszu) tych uczciwych ministrów, wojewodów, prawników… działaczy PZPN. Nawet nie musze wysilać wyobraźni, bo przecież widziałem i czytałem o tym jak narodowcy podczas pochodu zaatakowani dwa squaty, spalili co najmniej dwa samochody, instalację artystyczną w formie tęczy na pl. Zbawiciela oraz zaatakowali kamieniami, racami i butelkami ambasadę rosyjską. Idzie nowe pokolenie? A może idzie stara, sprawdzona już niestety, brunatna zaraza? Może u nas zaczyna się właśnie to, co miało miejsce Niemczech w latach trzydziestych? Wąsy przywódców nie takie same, ale ideologia i zachowanie bardzo podobne.

Zdaniem posła prawych i sprawiedliwych Joachima Brudzińskiego część odpowiedzialności za zamieszki w Warszawie ponosi premier Donald Tusk. Ja wiem, że w oczach pisowców premier ponosi odpowiedzialność prawie za wszystko, co złego dzieje się w Polsce, na świecie i w pobliskich galaktykach. Jednak tym razem, choć naprawdę niechętnie to czynie, to jednak muszę się z panem posłem zgodzić. Skrajna prawica wychodowana została przez znudzonych biznesmenów z Australii czy z Ameryki przy cichym przyzwoleniu państwowych służb specjalnych.  Miała służyć zapewne, jako przeciwwaga dla lewicy. Tylko, że jak zwykle ktoś czegoś nie przewidział, coś ktoś przeoczył, czegoś nie dopilnował i brunatna siła zerwała się ze smyczy służ samodzielnie dążąc do siłowego przejęcia władzy.

W podstawówce do mojej klasy uczęszczał uczeń, który uwielbiał rozrabiać. Nauczycielka po wielu próbach spacyfikowania łobuza w końcu dała za wygraną zawierając z młodym krnąbrnym wychowankiem swoisty układ: on miał trzy minuty na początku lekcji na to żeby się wyszaleć a potem przez czterdzieści trzy minuty miał siedzieć spokojnie. Nazywaliśmy to chwilą dla debila. Podobny układ mieliśmy w Polsce. Przez jeden dzień, jedenastego listopada, władza zezwala na „chwile dla debila”, gdzie narodowa skrajna prawica odprawia swoje harce demolując miasto, paląc, bijąc i kopiąc, kogo popadnie, by potem przez rok narodowcy trwali w letargu. W mojej podstawówce taki układ trwał krótko, bo rozrabiaka przeciągam chwile o kolejne minuty. Podobny koniec układu obserwujemy teraz w Polsce. Chwila na wyładowanie agresji przeciągnęła się z czasie. Ile to razy w tym roku prawicowe bojówki uniemożliwiły lub zakłócały wykłady na uniwersytetach? Ile razy wszywały burdy? Chwila przestała być tylko chwilą.

Nazywamy ich narodowcami, prawicą, skrajna prawicą, faszystami, ale to sugeruje, że w tych zamaskowanych kibolskimi barwami łbach kolebie się jakaś ideologia, jakaś idea. To duże nadużycie. Przecież przeciętny uczestnik tych zadym nie kojarzy nawet co to jest Bóg,  co to Honor, i co to Ojczyzna. Ich łączy jedno pragnienie, niszczenia wszystkiego co inne, co nie pasuje. W imię debilnego hasełka: “Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”.  – Spłonęła dziś tęcza. Nie pochwalam, ale spłonął symbol zarazy – mówił Robert Winnicki z Młodzieży Wszechpolskiej nawiązując do podpalenia tęczy na pl. Zbawiciela. Krzysztof Bosak z tej samej organizacji przekonywał słuchaczy, że „nie ma pojęcia”, kto podpalał, ale przypomniał, że pierwotnie miała to być instalacja czasowa i trzeba ja jak najszybciej usunąć. Jeśli to ma być nowe pokolenie, to zdecydowanie ten ich marsz trzeba powstrzymać. Bo jak pisał Edmund Burke: dla triumfu zła wystarczy tylko, aby dobrzy ludzie nic nie robili.

dziennik pesymistyczny

Agresywnie i wulgarnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Pewien poseł twierdził, że został pobity przez policjantów. Na początku zareagowałem standardowo. Skazałem zaocznie parlamentarzystę na wieczne potępienie za to że był pijany, że się awanturował i po prostu pasował do tego co myślę o wszelkiej maści politykach. Jednak jak usłyszałem w telewizji jak rzecznik komendy stołecznej policji przekonywał, że poseł zachowywał się „agresywnie i wulgarnie, chciał wydawać policjantom polecenia” to uświadomiłem sobie, że ja takie oskarżenia słyszę od mundurowych wręcz standardowo.

Kilka lat temu widziałem w telewizji reportaż o zwykłym obywatelu z miasta Łodzi, który sfotografował źle zaparkowany samochód straży miejskiej. I tym właśnie wzbudził gniew mundurowych, którzy w stosunku do delikwenta użyli środków przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej oraz kajdanek.  Następnie doprowadzili mężczyznę do najbliższego komisariatu policji gdzie spędził kilka godzin. I tam właśnie usłyszałem znajome słowa, które są jak mi się wydaje stałym już i standardowym oskarżeniem wobec osób, które popadły w konflikt z urzędnikiem w mundurze.  Wystarczy złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza, aby w odpowiedzi na postawione mu zarzuty zostać oskarżonym między innymi o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza w mundurze. Łatwo zgadnąć, komu uwierzy sąd, gdy już przed nim staniemy i słowa mundurowego będą przeciwko naszym słowom. Wielokrotnie słyszałem o takich przypadkach. Wystarczyła krótka sonda wśród moich znajomych, aby potwierdzić, że nawet niewinnie wyglądającym i grzecznym z natury osobom zdarzyły się oskarżenia o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza.

– Użyto gazu, przewrócono mnie, kopano mnie w głowę, klęczano na mnie, skuto mnie kajdankami, bito mnie i wielokrotnie polewano jakimś żrącym środkiem, ponieważ piecze mnie całe ciało. Byłem kopany w krocze, w plecy i po nogach. Dosyć szybko przestałem widzieć cokolwiek – mówił na konferencji prasowej poseł. Nie dziwi mnie też, że po takich oskarżeniach policji o brutalność ta natychmiast oświadczyła ustami rzecznika, że polityk był agresywny i wulgarny. To standard.

Może nawet uwierzyłbym, że ten pan z miasta Łodzi, ten parlamentarzysta, moja koleżanka, kilku moich znajomych, to jacyś zakamuflowani cholerycy, co to jak tylko zobaczą funkcjonariusza, to od razu zaczynają go lżyć i obrażać. Uwierzyłbym gdyby nie to, że sam stałem się kilka lat temu przedmiotem takich oskarżeń ze strony mundurowych.

Jestem niesłychanie spokojnym człowiekiem. Od razu dodam, że podczas zajścia które opisze, nikogo nie obrażałem słownie, a wręcz przeciwnie, byłem wyjątkowo małomówny, spokojny i zrównoważony. Ale do rzeczy. Zdarzyło mi się kiedyś zatrzymać samochód w miejscu gdzie obowiązywał zakaz parkowania. Nie chciałem tam zostawać długo. Tylko tyle czasu, ile potrzeba na otworzenie bagażnika i wystawienie tego, co się w nim znajdowało na ulicę. Nie zdążyłem jeszcze wyłączyć silnika, a już pukał w okno mojego samochodu funkcjonariusz z propozycją ukarania mnie mandatem za parkowanie w strefie, w której jego zdaniem nie powinienem tego robić. Nie dyskutowałem. Nie marudziłem. Spokojnie zgodnie z prawem odmówiłem przyjęcia mandatu, bo mieliśmy ze mundurowym inne zdanie na temat różnic między zatrzymaniem i postojem pojazdu. A że nie chciało mi się dyskutować, więc uznałem, że sąd jest najwłaściwszym miejscem do rozstrzygnięcia, który z nas dwóch ma rację.

I tak się stało. Spotkaliśmy się przed obliczem sądu z panem mundurowym i tam dowiedziałem się z ust funkcjonariusza, że podczas gdy on pełen skromności i wymogów służby starał się wręczyć mi mandat, ja podniesionym głosem używałem w stosunku do niego słów wulgarnych, ogólnie uważanych za obelżywe, czym go uraziłem do żywego. Byłem po prostu agresywny i wulgarny. Zdziwiłem się, bo albo miałem pomroczność jasną, albo po prostu mundurowy kłamał, że byłem taki, jakim nigdy nie bywam. Na pytanie wysokiego trybunału czy tak było zaprzeczyłem i przywołałem na świadka osobę, która podróżowała wtedy ze mną samochodem. I tu jakby to moje szkalowanie munduru znikło zupełnie. Bo ani funkcjonariusz już więcej do kwestii słów wulgarnych nie powracał, ani sąd jakoś nie drążył tematu mojej wmawianej mi przez niego obelżywości i agresywności.

Czyli jeśli chcesz mieć stuprocentową pewność, że nie obrażasz słowem munduru, staraj się drogi czytelniku mieć świadka starć słownych z funkcjonariuszem lub takie spotkanie w jakiś inny sposób rejestrować. Bo nieważne, że nie obrażałeś słowem, ani nawet czynem policjanta. Jak nie masz świadków na swą niewinność to możesz być prawie pewien oskarżeń o agresywność oraz używanie słów wulgarnych i obraźliwych. I nie ważne czyś zwykły spokojny obywatel – szarak czy parlamentarzysta w stanie upojenia, zawsze masz szanse stać się w policyjnej ocenie „ agresywnym i wulgarnym”.

dziennik pesymistyczny

Follow me… z pytaniami do byłego prezesa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W pewnym mieście powiatowym magistrat postanowił wybudować lotnisko. W tym celu, w pierwszej kolejności, powołano spółkę miejską, która miała tą inwestycje prowadzić. Oczywistą oczywistością – że pozwolę sobie na cytat z klasyka tak bliskiego sercom i umysłom władz miasta- było również powołanie wszelkich władz spółki wraz z radą nadzorczą. Gdy budowa była jeszcze w powijakach, miejska spółka Port Lotniczy fundnęła sobie służbowe auto za ponad osiemdziesiąt tysięcy złotych. Minęło kilka lat i tak przy okazji informacji rzecznika spółki o kolejnym przesunięciu terminu otwarcia terminala przyszła mi do głowy szalona myśl, aby zapytać o dalsze losy samochodu zakupionego przez Port Lotniczy pod koniec 2009 roku

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zapytałem pana rzecznika o to, co stało się z autem toyotą verso tzw. „Follow me”.  Bardzo chciałem wiedzieć, czy nadal służy na lotnisku? Czy przez ten cały czas, od roku 2010, było wykorzystywany zgodnie ze swoim przeznaczeniem? (jako pojazd tzw. „Follow me”). Bo przecież pamiętałem, że przed laty wiceprezydent miasta, który był także szefem rady nadzorczej spółki Port Lotniczy, wyjaśniał, że verso to samochód wielofunkcyjny, i że będzie też służył do prowadzenia „cywilnych samolotów po lotniskowych nawierzchniach tzw. Follow me z systemem łączności i światłami błyskowymi” a pojazd będzie prowadzony „tylko przez specjalnie przeszkolone i uprawnione osoby do poruszania się po czynnym lotnisku”.

Wysłałem maila z pytaniem do rzecznika i dostałem odpowiedz: (…) uprzejmie informuję, że Port Lotniczy (…) nadal użytkuje samochód Toyota Verso. Jest on wykorzystywany przez pracowników spółki, wykonujących obowiązki służbowe. Natomiast w kwestii przeznaczenia tego pojazdu, jako narzędzia pracy Koordynatora Ruchu Lotniczego Naziemnego (potocznie follow me), pytanie proszę skierować do byłego prezesa PL (…), który zakupił wspomniany pojazd w roku 2009.

Wynika z tego, że auto nigdy nie było i pewnie nie będzie wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem, na jakie powoływano się w chwili zakupu. Jednak mnie szczególnie dziwi to, że mam się ze swoimi pytaniami zwrócić do byłego prezesa Portu Lotniczego, jak radzi rzecznik. Czyli do osoby prywatnej. To nie spółka jest winna, to ten były prezes? Teraz jest nowy i nie odpowiada za poczynania poprzednika? Nie ma ciągłości władzy? Nie ma prezesa i nie ma problemu? Nikt nie jest winny?

Szalenie wygodne, choć niestety nie nowatorskie rozwiązanie. Mam nadzieję, że nie zostanie zastosowane po otwarciu lotniska, gdy, nie daj Boże, port lotniczy zacznie przynosić straty i trzeba będzie znaleźć winnych i zmienić zarząd i prezesa. Bardzo bym nie chciał wtedy usłyszeć od rzecznika (oby nie nowego), że pytania o błędy i wypaczenia proszę „skierować do byłego prezesa”. Tradycją stało się u naszej władzy wszelakiej to, że za błędy odpowiadają zawsze ci, których aktualnie nie ma u władzy.

dziennik pesymistyczny

Zabawy zabawnych ludzi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W moim mieście zawyły syreny ogłaszające alarm na wypadek ataku z powietrza. Tak było kilka dni temu. Byłem spokojny i zrelaksowany, bo wiedziałem dobrze, że to tylko ćwiczenia. Od tego czasu dręczy mnie jednak pytanie: czy jak już dowiedziałbym się (z tego wycia syren), że lecą na moją głowę bomby to, co miałbym ze sobą zrobić? Gdzie się schronić? Gdzie szukać pomocy?

Między godziną dziesiątą a dziesiątą piętnaście uruchomione zostały syreny alarmowe. Był to test systemu wykrywania i ostrzegania na wypadek zagrożenia terrorystycznego z powietrza, przeprowadzony w ramach ćwiczenia RENEGADE-KAPER 13/II ( swoją drogą, ciekawe, kto wymyśla te dziwaczne angielskojęzyczne kryptonimy). Organizatorem tego wycia było dowództwo operacyjne sił zbrojnych. Czyli bardzo poważna organizacja państwowa.

– Syreny tworzą system ostrzegania i alarmowania ludności – jak mnie wtedy obszernie informowały media. Jednak nikt nie poinformował mnie, co ja mam zrobić jak już zostanę ostrzeżony i zaalarmowany. Wiadomo, to Polska, czyli na początek powinienem paść na kolana i się pomodlić, ale tak na poważnie to naprawdę chyba nikt z szarych obywateli nie wie gdzie ma się schronić na wypadek zagrożenia.

Ze szkolnych lekcji przysposobienia obronnego pamiętam, że jak wybuchnie bomba atomowa to mam się położyć „na brzuchu nogami w stronę wybuchu”. Ale mam nadzieje, że od czasu mojej nauki w podstawówce coś tam się w tym temacie zmieniło. Choć jednocześnie znając mentalność naszych urzędników oraz działanie państwowego systemu moja nadzieja na zmiany jest maleńka. Syreny ostrzegania włącza się w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia, więc jeśli takowe zagrożenie występuje choćby teoretycznie to chyba zasadne jest pytanie: co dalej? A odpowiedzi: nie ma.

To były tylko ćwiczenia, ale gdy tak słuchałem wyjących syren zrodziło się we mnie pytanie: gdzie ja miałbym się udać? Gdzie schronić w wypadku prawdziwego ataku terrorystycznego? Pierwsza myśl: udać do schronu. Ale to nie takie łatwe. Najbliższy, o jakim wiem, raczej z wrodzonego wścibstwa niż rzetelnej informacji, znajduje się kilka ulic od mojego mieszkania.  Wiem, że tam musi być, bo widziałem na trawniku miedzy blokami jego wietrznie. Ale gdzie ten schron dokładnie jest? Tego chyba nie wie nikt. No może kilku urzędników i mieszkańcy bloku coś na ten temat wiedzą, ale czy się tą wiedzą chętnie podzielą w razie zagrożenia?

Z tego, co ustaliłem, ”metodami operacyjnymi” – jak mawiał mój znajomy, w moim mieście znajduje się około pięćdziesięciu schronów. W większości nieprzystosowanych do natychmiastowego schronienia się tam ludności cywilnej w razie ataku terrorystycznego. Schrony są rozmieszczone w zdecydowanej większości w centrum miasta. Prawie wszystkie ze schronień na wypadek ataku z powietrza powstała latach „ zimnej wojny”, i nigdy nie były remontowane ani wyposażane w nowoczesny sprzęt ratunkowy. Mieszczą się w budynkach bloków mieszkaniowych. Kilka można znaleźć także w dawnej strefie zakładów zbrojeniowych, gdzie teraz kwitnie nowy biznes wszelkiego rodzaju. Mała, więc jest szansa by nowi właściciele zadbali o schrony mieszczące się w budynkach, które teraz są ich własnością. Duże schrony znajduje się w podziemiach kilku szkół. I to tyle. Tak mniej więcej na około dwa tysiące osób. I to wszystko. Nie przypominam sobie abym słyszał kiedykolwiek o powstaniu nowego schronu na osiedlach mieszkaniowych wybudowanych współcześnie, a mieszka tak przecież po kilkaset tysięcy ludzi. W całym mieście kilka set tysięcy.

Syreny zawyły. Organizatorzy ćwiczeń RENEGADE-KAPER 13/II są zadowoleni. Tylko ja nadal nie wiem, co mam zrobić. Z internetu dowiedziałem się, że „w momencie ogłoszenia alarmu. Powinniśmy np. ubrać się, zabrać dokumenty, wyłączyć wszystkie urządzenia elektroniczne i gazowe, zawiadomić sąsiadów, udać się do najbliższego schronu lub ukrycia”. A potem pewnie sforsować drzwi na klatkę schodową, do piwnicy, i te do schrony zamknięte na głucho… i już jestem w pomieszczeniu z lat pięćdziesiątych z muzealnymi przedmiotami wyposażenia. Jeśli mam szczęście.

Takie ćwiczenia jak  RENEGADE-KAPER 13/II to kompletna fikcja. Zabawy zabawnych ludzi. Jak wiele działań państwowych są tylko wyciem na pokaz. Może, choć raz warto by było zrobić ćwiczenia gdzie nie tylko powiadomi się ludzi o zagrożeniu terrorystycznym, ale też pokaże jak się przed nim realnie zabezpieczyć i gdzie schronić.

dziennik pesymistyczny

Ambassada – komedia śmieszna na swój sposób

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nowy film Juliusza Machulskiego Ambassada to dobra komedia. Jak już to ustaliłem to może teraz napisze, dlaczego jestem o tym przekonany. „Siekiera, motyka, piłka, alasz, przegrał wojnę głupi malarz, siekiera, motyka, piłka, nóż, przegrał wojnę już, już, już” – pamiętacie to? No pewnie, że tak i taki właśnie jest rodzaj humoru w tym filmie. To po pierwsze.

Po drugie. To nie jest łatwa komedia. Widz wychowany na żartach w stylu Benniego Hilla nie znajdzie tam ulubionych przez siebie gagów. Nie na tam amerykańskich żartów gdzie pierdzenie goni bekniecie a reszta żartów jest w sensie dosłownym o dupie Maryny, o przepraszam Mary. W nowej komedii Machulskiego humor jest wyrafinowany, nie do złe słowo, jest raczej żartem skojarzeniowym. Bo przecież wszyscy mamy skojarzenia z Niemcami. Wąsik Hitlera, mundur SS, blond piękność o rubensowskich kształtach i imieniu Ingeborg. W Polakach, tak w niektórych to prawda, jest głęboko zakorzeniony stereotyp Niemca hitlerowca. I ja taki właśnie jestem, więc mnie nadal i wciąż śmieszą żarty z nadętego Niemca próbującego mówić po polsku.

Po trzecie. Nie wiem, może nie wszystkich bawi żart z waleniem do drzwi i krzykiem: aufmachen! Gestapo! Ale może jak coś nas przeraża to czasami warto to obśmiać. Ja osobiście stosuje ten żart na znajomych oraz nieznajomych i zawsze mnie śmieszy.

Po czwarte. Wiem, że żart nazwijmy to do przemyślenia, skojarzeniowy, inteligentny według wielu Polaków był możliwy tylko i wyłącznie w Kabarecie Starszych Panów. I wszystko to, co wydarzyło się po tym jak telewizja zaprzestała emisji kabaretu nie jest już godne tych nazw. Ale może jednak tak nie jest do końca. Może komedie Machulskiego to godna kontynuacja idei żartu do przemyślenia.

I po piąte. W tym filmie w końcu jest tak jak byśmy wszyscy chcieli. Możemy tam zobaczyć na własne oczy jaki byłby nasz patriotyzm gdyby go nam nie popsuto.  Możemy dostrzec co by się stało jakbyśmy sami sobie ta wojnę wygrali. Jakby to było pięknie jakbyśmy (zgodnie z tym, co wmawiała Polakom propaganda II Rzeczpospolitej) pogonili Niemca w dwa tygodnie bez niczyjej pomocy. Jak to byłoby ślicznie w Warszawie, i nie tylko, jakby nam się ruscy nie wtrącili a Niemcy nie byli tak bardzo uparci. Mnie ten film trochę przypominał zabawne na swój sposób dyskusje w republikańskiej TV uznanych dwudziestoparoletnich historyków piszących dzieje naszego narodu i świata od nowa.  Tym razem poprawnie, tak jak być powinno a nie jak było.

Po szóste. Chwalenie znakomitego Roberta Więckiewicza w podwójnej roli Adolfa Hitlera i Lepkego jest oczywistą oczywistością – jakby powiedział klasyk. Zdecydowanie warta zauważenia i zapamiętania jest Magdalena Grąziowska jaka Melania czy Adam „Nergal” Darski jako Joachim von Ribbentrop.

Podsumowując, Ambassada Juliusza Machalskiego to nie komedia dla każdego i nie każdego będzie śmieszyć.  Bo to film śmieszny na swój sposób i to jest w nim bardzo dobre.

dziennik pesymistyczny

Punkt widzenia zależy od puntu siedzenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 15

– Wstrętne nieroby! Darmozjady! Leniuchy! – mówi dość głośno pani w średnim wieku tak, że słyszy ja nie tylko jej towarzyszka. Paniusia z obrzydzeniem przypatruje się starszemu mężczyźnie, który właśnie przysiadł na ławce w parku. Faktycznie już na pierwszy rzut oka można stereotypowo nazwać pana z przeciwka bezdomnym. – Odejdź od niego! Uciekaj! – krzyczy kobieta do małej dziewczynki, która z zainteresowaniem obserwuje kloszarda i jego dobytek. – To pijaki same! Niech pani patrzy, jaka patologia! – z odrazą w głosie ocenia mężczyznę jej towarzyszka. Klasyczne zachowanie – myślę. Przecież te panie zajmujące ławkę w parku tuż obok mojej nie są wcale wynaturzonym wyjątkiem wśród mieszkańców mojego miasta. Można wręcz powiedzieć, że taka postawa wobec biednym w tym grodzie to niestety coś najzupełniej zwyczajnego.

Tendencja do obwiniania biednych za ich biedę jest w polskim społeczeństwie powszechna. Bardzo wielu z nas postrzega biednych, jako leniwych pijaków nastawianych jedynie roszczeniowo. Nagminne nauczanie neoliberalizmu, powszechny kult pieniądza doprowadził to tego, że tylko osobnicy bezlitośnie zaradni, energiczni, nieustępliwi, idący po trupach do celu, zdobywający pozycje, władze i pieniądze za wszelką cenę są dla większości Polaków wzorcami postępowania. Za to z niechęcią i pogardą traktowane są osoby mniej niezaradne. Te, którym nie udało się w świecie pogoni za dostatkiem i posiadaniem.

– No widzi pani? Pracować im się nie chce. Na bezrobociu siedzą, bidę klepią i leżą do góry brzuchem! A potem tylko opowiadają historie życia jak to im źle jest.  Ciągle tylko „doj pani na piwo”, narzucają się człowiekowi. A ławki zasyfione, chodniki zarzygane, zaszczane wszędzie. Istna patologia i powszechna degrengolada – pani z ławki rozkręciła się w swojej ocenie człowieka i jego sytuacji. Tak się przypatrywałem i siłą rzeczy przysłuchiwałem paniusią z parkowej ławeczki zastanawiając się, co by się stało jakby nagle zły los, pożar, choroba, kataklizm, wypadek, zwolnienie czy likwidacja zakładu pracy albo niska emerytura pozbawiły panie dostatku i postawiły je na miejscu tego biedaka, którego tak łatwo osadziły? Taka nieoczekiwana zmiana miejsc.

Może takie zachowanie to jakaś tania forma psychoterapii? Postrzegamy negatywnie biednych i tym samym podnosimy sobie samoocenę. Wyrzucamy niedopasowanych poza nawias społecznych i od razu czujemy się lepsi. Tych nieprzydatnych społecznie z biedy uwielbiamy obrzucać inwektywami, bo wtedy przecież wiemy, że choć jesteśmy tylko o krok o ich sytuacji to jednak nadal nie jesteśmy nimi. Czy punkt widzenia zależy od puntu siedzenia?

– A słyszała pani, że miasto chce im kupić nowe mieszkania komunalne? To prawdziwy skandal! Moi rodzice płacili 600 – 700 złotych za czynsz, a tu przyjdzie jakaś patologia i zapłaci za centrum miasta 100 złotych – denerwuje się młodsza z dyskutantek. A ja słysząc te słowa myślę o powszechnej wręcz pogardzie, z jaką spotykają się w naszym kraju ubodzy.

A przecież do ubóstwa w naszym państwie jest bardzo szybka droga. Wręcz ekspresowa. Granica pomiędzy biedą i bezdomnością a pozorną stabilizacją jest cieniutka. Czytałem gdzieś w gazecie, że w Polsce żyje trzydzieści jeden tysięcy bezdomnych. Coraz więcej jest wśród nich osób, które straciły dach nad głową, ponieważ nie były w stanie spłacać kredytu zaciągniętego na zakup mieszkania. Przecież wystarczy, że stracimy prace, wzrośnie nasze zadłużenie i już jesteśmy na skraju ubóstwa i bezdomności. Bezdomność z powodu niewydolności kredytowej to już w Polsce zauważalny problem.

Jak wyczytałem, 6,7 procent Polaków żyje w skrajnej biedzie. 16-17 procent w relatywnym ubóstwie. Przecież to prawie jedna piąta społeczeństwa! Myślenie, że wszyscy ci ludzie postanowili być biedni, tak z własnej nieprzymuszonej woli jest skrajnie nieodpowiedzialne. Ten, kto nie ma pracy często nie ma jej, nie z lenistwa, tylko dlatego, że nikt go nie chce zatrudnić z powodu wieku na przykład.

Nikomu źle nie życzę, ale wielu tym, co dziś obrzucają biednych inwektywami przydałaby się lekcja pokory. Kilka lat na ulicy, bez domu, pracy, jedzenia. Warto się czasem zastanowić ile nas dzieli od biedy. Ile niezapłaconych rachunków sprawi, że spędzimy dzień lub tydzień bez prądu. Może warto pomyśleć czy nasze umiejętności naprawdę w stu procentach gwarantują nam prace i godną płace do śmierci. A jak nagle przestaniemy zarabiać to jak długo będziemy spłacać kredyt mieszkaniowy? Jeśli kogoś nazywasz dziś nierobem zastanów się czy kiedyś ktoś tak nie nazwie Ciebie.

dziennik pesymistyczny

Rachunek za uratowane życie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Może warto pomyśleć o noszeniu w kieszeni czy na opasce na nadgarstku informacji, że nie życzymy sobie ratowania nam życia? No chyba, że uratują nas za darmo. Wiem, wydaje się to szokujące, ale w czasach, gdy wszystko ma swoją cenę, to i nasze uratowane przez szpital życie może nas słono kosztować. Tak, wydaje się to absurdalne, bo jak tu wybierać miedzy śmiercią bez długów a życiem z długami. Ale przecież żyjemy w świecie nonsensów, więc dlaczego nie mamy się nad tym zastanawiać?

Wiadomo, że wszystko kosztuje. Jak widać w Polsce można też wycenić ratowanie życia czy zdrowia. Taryfa, stawna, cennik. Człowiek, który jest biedny, bez pracy, czyli często bez ubezpieczenia jest narażony na to, że jeśli ulegnie wypadkowi to, gdy już go lekarze przywrócą do zdrowia to za ratowanie życia szpital, system, państwo wystawią mu słony rachunek.

Młody człowiek, który na początku września został brutalnie zaatakowany w lesie koło Grójca przez swoich zwyrodniałych pracodawców po tym jak upomniał się o wynagrodzenie, będzie musiał zapłacić szpitalowi nawet dwadzieścia tysięcy za leczenie. Mężczyzna nie był ubezpieczony ale zgodnie z procedurami narodowego funduszu zdrowia zaległa należność będzie musiała zostać uregulowana. Rodzina chłopaka przyznaje, że nie ma pieniędzy, aby spłacić zaległą kwotę. A do kosztów leczenia dojdą przecież jeszcze koszty rehabilitacji.

Pamiętam też inny przypadek nieubezpieczonej kobiety, której za jedną noc w szpitalu, kolację i śniadanie, założenie gipsu i podanie leku przeciwbólowego wystawiono przy wypisie ze szpitala rachunek na ponad tysiąc złotych. Czyli jak za noc w pięciogwiazdkowym hotelu. Wszystko to zgodnie z prawem i stosownymi przepisami.

Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dla wielu to, co pisze wyda się herezją, ale w czasach kultu pieniądza, człowiek często po uratowaniu mu życia zostaje sam na sam z problemem rachunków za uratowanie życie. Bo życie nie jest jak widać bezcenne. Ma swoją cenę. Wymiernie z księgową dokładnością wypisaną na fakturze. Czasami tak wielką cenę, że nie do udźwignięcia dla zdrowego człowieka, a co dopiero dla chorego. Ale takie jest nasze prawo. Czy czasem się zatraciliśmy się w poszanowaniu litery prawa zapominając o jego duchu?

– Zagadnienie konfliktów pomiędzy literą a duchem prawa jest równie stare jak nasza cywilizacja. A jak przestawia się konflikt między literą a duchem prawa w dzisiejszej Polsce? Często niestety można usłyszeć, że urzędnicy, politycy czy sądy są bezduszne. Wbrew pozorom w tym dość kolokwialnym stwierdzeniu jest sporo prawdy, bo to właśnie brak zrozumienia ducha prawa jest przyczyną wielu krzywdzących decyzji – powiedział kiedyś były minister sprawiedliwości. I chyba po raz pierwszy jestem skłony przyznać racje politykowi.

dziennik pesymistyczny

Możliwe działania niepożądane

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Czy szanowny pan nie zechciałby brać jednej tabletki zamiast, dwóch co rano? – zapytała mnie młoda lekarka podczas mojej comiesięcznej wizyty w przychodni. – Jest pan jeszcze młody, po co zażywać, co rano tyle leków jak można tylko jeden czy dwa – dodała z uśmiechem. I jak tu się nie zgodzić z miło panią w lekarskim kitlu ze słuchawkami zawieszonymi na szyi.  – Jasne, że chciałbym – odparłem ucieszony żem taki młody. I trwałem taki cały zanurzony w tej swojej słodkiej radości młodego człowieka, który co rano może połykać tylko jedną tabletkę zamiast trzech. I potrwałoby to pewnie do tej chwili gdym nie przeczytał ulotki informacyjnej dołączonej do opakowania mojego nowego lekarstwa.

Tak wiem, już przecież z samych tylko nachalnych reklam farmaceutyków choćby, wiem że trzeba „zapoznać się z ulotką lub skonsultować z farmaceutą”, ale tak naprawdę któż z nas czyta ulotki informacyjne leków, które przepisał lekarz w przychodni. Ja to zrobiłem, bo akurat chwilowo nie miałem nic innego do lektury. Amatorom mocnych wrażeń w szczególności polecam rozdział ulotki zatytułowany „Możliwe działania niepożądane”. Już na wstąpię autor informuje czytelnika, że „jak każdy lek, (ten mój) może powodować działania niepożądane, chociaż nie u każdego one występują”. Czyli jak w filmach Hitchcocka przeważnie zaczynają się od trzęsienia ziemi. Potem napięcie już tylko rośnie. A więc jakie mogę mieć skutki uboczne: „Często: biegunka, zmęczenie, zapalenie błony śluzowej nosa i gardła, szumy (np. syczenie, brzęczenie) w uszach. Niezbyt często: niewyraźne widzenie, nudności, niestrawność, ból brzucha, zakażenia górnych dróg oddechowych, zakażenia układu moczowego, zakażenia wirusowe, katar (zapalenie błony śluzowej nosa), zmniejszenie stężenia potasu we krwi, zmniejszenie stężenia sodu we krwi, bóle kończyn, skręcenie stawów, zapalenia stawów, zawroty głowy, kaszel, zwiększenie częstości oddawania moczu, bóle w klatce piersiowej. Reakcje nadwrażliwości.  Występowanie po zastosowaniu leku takich działań niepożądanych jak np. zaburzenia widzenia, zawroty głowy, uczucie zmęczenia może niekorzystnie wpływać na zdolność prowadzenia pojazdów oraz obsługę maszyn.”

I już teraz sam nie wiem, czy ten przebadany i dopuszczony do obrotu lek to spowodował czy może mam tak po przeczytaniu tej ulotki? Poczułem od razu nudności, niestrawność i ból brzucha. Oraz bardzo poważnie zacząłem się zastanawiać czy nie za często oddaje mocz. Naprawdę można się nabawić nerwicy po czymś takim. Jest też w ulotce informacja o tym, że może być przyczyną reakcji alergicznych? Trochę dziwne, że mój lekarz nigdy mnie zapytał czy mam na coś alergie. Dopiero z małego druku ulotki dowiedziałem się, że nie powinienem spożywać alkoholu podczas kuracji tym lekiem. Żyjemy gdzie żyjemy, to chyba ważne przeciwskazanie!?

Powinno mnie zdziwić już to, że jakoś tak dziwnym trafem pani „doktorka” wypisała mi receptę długopisem z nazwą producenta leku, instrukcje o dawkowaniu dostałem na bloczku z nazwą a ze ściany gabinetu, jak mi się zdaje, spoglądała ma mnie uśmiechnięta rodzina na plakacie z logo firmy farmaceutycznej. Jak bardzo ufamy naszym lekarzom? Jak bardzo ufamy korporacją farmaceutycznym nastawionym przecież na zysk? Jak bardzo im ufasz? Czy wzmianka o tym, aby czytać ulotkę albo skonsultować się z lekarzem oraz o zawarte tam informacje o możliwości skutków ubocznych to nie jest tylko alibi? Tak na wszelki wypadek? Jakbyśmy jednak po połknięciu tabletki poczuli się gorzej niż lepiej? Zdecydowanie należy więcej czytać.

dziennik pesymistyczny

Dziś jest ważniejsze od jutra

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Jest mnie za mało. Rozpuszczam się w idealnie krystalicznej wodzie, która daje życie, jest życiem, ale przecież także je odbiera.  Rozdrabniam się już nie na dni, ale na godziny, a na minuty. Sprawiają mi radość dobrze przeżyte chwile, nie jak dawniej całe tygodnie czy lata.  Rozpływam się w czasie, w rzeczywistości, w bycie dna codziennego. Żyje teraz, w tej jednej chwili. Dziś jest ważniejsze od jutra. Nie planuje, bo nie chce rozmieszać Boga. Jestem. Trwam. Egzystuje. Tu i teraz. W sensie czy bezsensie doczesności, codzienności. W szarej mgle bólu i strachu. Codziennie nasłuchuje kroków na schodach. Czy już idą po mnie? Czy to już dzisiaj? Czy trzeba zakończyć? Odnajduje spokój przy wyłączonym telefonie i zasłoniętych oknach.  W pustce, w półmroku, w zamknięciu. Odizolowany od świata cieszę się ulotnymi chwilami spokoju. Jakie to szczęście, że to jeszcze nie dzisiaj. Staram się wtłoczyć w umysł bezpieczeństwo, choć przecież wiem, że to niemożliwe.

Nadzieje wlewam kieliszkami z gardło i rozkoszuje się jej ciepłem rozchodzącym się po całym ciele. A jeśli niedostane swojej dawki płynnego optymizmu?  Lato, jesień, zima, wiosna, lato, kolejna jesień odliczam sezony, w których jeszcze się udało zachować stabilność. Istnieć. Być. Trwać. Przeciekałem, udało się. Przeszłość, choć jednostajna napawa mnie dumą z samego tylko faktu, że przecież była. Że znów się udało! Chciałbym zobaczyć zimę, mam nadzieje na kolejne lato. To nie są plany, to tylko takie marzenia.

Moje życie to tylko chwila jawy miedzy dwoma snami. A nawet sny są coraz krótsze, coraz bardziej niepewne, zajęczo strachliwe, płytkie, samotne. Zasypiam z nadzieją, lecz wybudzam się po kilku godzinach już bez niej. Czekam świtu w strachu. W panicznym lęku przed dniem. Żeby mniej myśleć uciekam w fikcje książek, w nierealną dla mnie rzeczywistość gazet, bezmiar i chaos internetu. Filmy, muzyka. Czytam i oglądam, byle tylko stłumić strach i niepewność. Byle dalej. Byle uciec.  Byle, choć na chwile zapomnieć. Byle tylko nie rozmyślać. Nie pamiętać. Byle mniej myśleć. Żyć tym, co na ekranie, co w gazecie, co na stronach książek. Wygłuszyć emocje. Zastąpić je czymś innym. Stworzyć hybrydę fikcji z samym sobą. Odrealnić się.

Przyglądam się sobie w lustrze pytając czy to wciąż jestem ja? Czy ten, kogo widzę nadal istnieje? Czy klasyczne filozoficzne twierdzenie – myślę, więc jestem – dotyczy też mnie? Czy może wyzerowałem licznik i teraz mniej jestem, bo dużo myślałem? Patrzę w brodatą twarz w lustrze i zastanawiam się, kogo mi przypomina. Jestem moim ojcem? Moim innym przodkiem? Jestem kolejny z pokolenia bez przyszłości? Z zagubionym celem? Nabieram pewności, że dobrze zrobiłem wytrwawszy w postanowieniu, że będę ostatni.  Może moje geny nie pasują do tego świata pospiechu, pazerności, pogoni za pieniądzem. Świata kłamstwa, głupoty, strachu o byt, kredytów, pożyczek, podatków, urzędników, polityków. Nie pasuje do niewolnictwa nowej ekonomii. Za mało jestem liberalny. Za mało uległy. Niedostosowany. Nierokujący. Nie wypłacalny. A społeczny. A polityczny.

Przesuwam dłonie po łysej skórze mojej czaszki. Wplatam palce w włosy brody. Oglądam z ciekawością naukowca moja twarz. Moją a przecież tak bardzo nie moją. Derealizacja. Nie mogę w to uwierzyć, że przecież jeszcze tak nie dawno w tym samym lustrze widziałem ogoloną buźkę faceta w białej koszuli pod krawatem, w ciemnym garniturze ze znaczkiem korporacji w klapie marynarki. To takie dalekie, że aż nierealne. Uciekłem od tego. Wydostałem się z labiryntu. Odszczurzyłem się. Ale teraz moja ucieczka okazała się daremna. Bo od wszechobecności władców systemu wyzysku można uciec tylko w głąb siebie. Uciec można tylko wewnętrznie. Machina państwa wygrywa. Choć jestem wolny, to tylko na tyle na ile mi ona pozwala. Męka mnie swoimi istnieniem. Przenika przez ściany mojego schronienia trując mnie ciągłym upominaniem się o daninę. Pisma urzędowe, rachunki, upomnienia. Nie ma ucieczki od wszechobecności ich uporządkowania. Pozostaje czekać. Trwać. Istnieć. Choćby jeszcze nawet minutę, choćby tylko godzinę, chwile… Walczyć tym moim istnieniem. Pozostawanie w miejscu to też forma ucieczki. Forma walki.  Bo dziś jest ważniejsze od jutra.