Tag Archives

108 Articles

dziennik pesymistyczny

Dziecionieroby i dziecioroby

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy w Polsce obowiązuje jakiś państwowy czy prawny nakaz płodzenia dzieci? Jeśli nie, to dlaczego co chwilę słyszę płacze o tym jak to ciężko jest tym, co posiadają dzieci? Dlatego ciągle ktoś wytyka mi nie posiadanie potomstwa?

Ja rozumiem polityków i urzędników, którym zależy na powiększaniu armii płatników podatków. Ja wiem, że decydentom zawsze będzie zależeć na tych, co z posiadania potomstwa stworzyli heroiczny zawód.  Bo zadowolony podatnik wychowa nowych zadowolonych z systemu potulnych podatników. Klika mamuś i tatusiów zawsze będzie uprzywilejowana, bo taki jest sens istnienia państwa. Ale jedno mnie wnerwia. Dlaczego do ciężkiej cholery, co jakiś czas znajduje się jakiś polityk czy inny nawiedzony działacz, który na siłę wciska mi dziecko w brzuch?

Dobrze, nie mnie.  Bo ja nie mogę mieć dzieci, to znaczy nie mogę ich urodzić, ale piewcy dziecioróbstwa, co rusz naciskają mnie, abym wycisnął ze swych lędźwi soki i konieczne, na chwałę Polski i narodu, zapłodnił moją partnerkę.

– Mam dość budowania wrażenia, że państwo i społeczeństwo robi łaskę wielodzietnym, przyznając im jakieś „udogodnienia”. Mam dość, bo wcale tak nie jest. Wielodzietność i wielodzietni zwyczajnie się państwu opłacają, a nasza inwestycja w jego rozwój jest absolutnie fundamentalna. To nasze dzieci bowiem (określane niekiedy potomstwem „dzieciorobów”) będą pracować na emerytury dla „dziecionierobów”, dla rozmaitej maści „podwójnych singli”, konkubentów czy nawet niekiedy małżonków, którzy z własnej woli (bo o nich mowa, a nie o tych, którzy dotknięci są głębokim cierpieniem bezdzietności) nie chcą mieć i nie mają dzieci. One będą się opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców, bo nie będzie nikogo, kto będzie się nimi chciał i mógł zajmować. One wreszcie utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną, która jest skutkiem tego, że wygodni i konsumistycznie nastawieni libertyni nie chcą mieć dzieci – napisał Tomasz P. Terlikowski na portalu fronda.pl, proponując, by państwo podniosło podatki dla bezdzietnych par.

Otóż panie Terlikowski, jako ten, który nie chce mieć dzieci zwracam panu uwagę na fakt, że posiada Pan dzieci na własną odpowiedzialność. Nikt pana nie zmuszał. Jeśli nie chciał pan, aby „one” musiały się „opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców”. To zwyczajnie, było bachorów nie robić. Ja nie chce mnie dzieci, nie dlatego, że jestem wygodny i „konsumistycznie” nastawiony. Nie chce powoływać na ten świat nowego życia z odpowiedzialności.  Rozglądał się pan dookoła ostatnio? Nie widzi pan dokąd ten świat zmierza? Sam pan wielokrotnie narzekał na zepsucie tego świata. Czy sprowadzanie dzieci na ten łez padół jest odpowiedzialne?

Czy naprawdę mam, za pana namową, spłodzić niewolnika czy kolejnego nadzorcę w tym wiecznym wyścigu szczurów? (z całym szacunkiem do szczurów). Mam spłodzić dzieciaka, który – wedle pana słów – „utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną”? Ja zwyczajnie tego nie chce. Bo czuje się odpowiedzialny za nowe życie.  Pana pomysły to nic innego, jak powrót do tradycji. W Polsce, w okresie po 1945 roku, obowiązywał podatek (a właściwie podwyższona kwota podatku dochodowego) potocznie nazywana „bykowym”. Płaciły go osoby bezdzietne, nieżonate i niezamężne powyżej 21 roku życia (od 1 stycznia 1946 do 29 listopada 1956), a później powyżej 25 roku życia (do 1 stycznia 1973). Pewnie chciałby pan, aby państwo i społeczeństwo nałożyło takie ponownie „udogodnienia” na bezdzietnych? Cóż, mogę to zrozumieć.  Takie widać wychowanie. Takie PRL-owskie tradycje.

– Moja wizja przyszłości jest tak precyzyjna, że gdybym miał dzieci, udusiłbym je natychmiast – napisał kiedyś Emil Cioran. Ja nie jestem tak radykalny. Nie ma potrzeby od razu dusić.  Po prostu, mam podobnie taką precyzyjną wizje przyszłości, że za nic nie chce i nie chciałbym mieć dzieci.

dziennik pesymistyczny

Urzędniczy „brak świadomości”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedyś była „pomroczność jasna”, która wszystko wytłumaczyła. Teraz ogromną karierę w moim mieście robi „brak świadomości”. A wszystko to za sprawą dyrektora kancelarii prezydenta miasta, który w piśmie pokontrolnym Najwyższej Izby Kontroli tłumaczył, że pewne „umowy zawarto bez zastosowania przepisów ustawy prawa zamówień publicznych, w tym przypadku z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów wynikających z w/w ustawy”.

NIK przeprowadził kontrolę działalność magistratu w zakresie szeroko pojętej promocji miasta w latach 2011-2013. Okazało się, że w tym okresie czasu miasto zawarło dwie umowy o dzieło z osobą fizyczną na łączną kwotę 145 tys. 700 zł. Wspomniana wyżej „osoba fizyczna” miała zbierać i opracowywać materiały tekstowe, fotograficzne oraz przygotowywać do druku gazetę wychwalającą sukcesy miejskiej władzy. Okazało się, że urzędnik podpisał umowę bez respektowania prawa zamówień publicznych. A zrobił to „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów”.

Podobno nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności za jego naruszanie. Tak przynajmniej jest w teorii. Jestem bardzo ciekaw, jak to zostanie zastosowane w praktyce. Czy urzędnik, który miał brak świadomości, że ewidentnie łamie przepisy, teraz odpowie za naruszenie prawa?  Mam takie przeczucie graniczące z pewnością, że to już kres afery. Była kontrola, urzędnik odpowiedział na zarzuty, że nie miał świadomości… i po sprawie. Przypominałem sobie, że ten sam dyrektor kancelarii prezydenta miasta, przekonywał mnie kiedyś, że całkowicie niemożliwe jest to, aby w magistracie dochodziło do jakichkolwiek błędów i wypaczeń.  A ja mam skłonności do teorii spiskowych. Pewnie wtedy też nie miał świadomości, że się myli. To bardzo wygodne.

Płynie z opisanego przypadku urzędniczego „braku świadomości” jeszcze jedna nauka dla szaraka obywatela. Jeśli teraz coś przeskrobie Szanowny Czytelniku, złamiesz jakieś przepisy, naruszysz – nie daj Bóg – prawo, jakieś principia czy regulaminy, to już wiesz jak tłumaczyć się przed państwową władzą czy sprawiedliwością.  Po prostu, tak po naszemu, po urzędniczemu, napisze, że nie miałem świadomości, że coś tam naruszasz. Napisz w akcie skruchy, że „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów” tak szalenie zawiniłeś. I mam nadzieje, że mi władza Ci wybaczy, bo nie miałem przecież świadomości, że robisz coś złego. Całkiem jak ten dyrektor kancelarii prezydenta mojego miasta. Jemu się udało uniknąć prawa i sprawiedliwości, to Tobie pewnie też się uda.

dziennik pesymistyczny

Jak wynika z naszych informacji…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nowa „linia lotnicza” rodem z mojego miasta – szokuje czytelników tytułem lokalna gazeta. Podana jest nawet nazwa nowego przewoźnika. „Trzy, cztery airbusy mają znaleźć się we flocie” (…) – zachwyca się autorka artykułu. Gazeta to informacyjna, nie plotkarska, więc wierze dziennikarce, że to sprawdzona informacja i czytam dalej.

 „Jak wynika z naszych informacji teraz zapadła decyzja o uruchomieniu własnej linii lotniczej oferującej przeloty czarterowy. (…)” – czytam z rosnącą radością, że to właśnie moje miasto zostało wybrane na siedzibę nowej firmy, która, mam nadzieje z sukcesem, powalczy o dominacje na tym trudnym rynku. „Osoby związane z firmą nie potwierdzają, ale też nie zaprzeczają tym informacją. Szczegóły dotyczące projektu mogą być podane jeszcze w tym tygodniu. (…)” – podgrzewa moje emocje autorka tekstu. „ Mogą być trzy, cztery samoloty” – czytam z wypiekami na twarzy i dumą w sercu.

Chyba każdy mnie zrozumie, bo jak można sprawdzić na stronach producentów samolotów, jeden taki „airbus” to wydatek idący w setki milionów dolarów, więc aż mnie zmroziło z wrażenia. Człowiek żyje sobie w prowincjonalnym mieście, kupuje rzodkiewkę na targu i chleb powszechny w piekarni, a tuż obok niego wyrosła tak wielka firma, która nie tylko kupuje jeden samolot za setki tysięcy dolarów, ale nawet cztery! Zdecydowanie urzekła mnie ta historia z lokalnej gazety.

A tu nagle dopadła mnie rzeczywistość i autorka zgasiła moje marzenia, które tak pięknie rozpaliła mnie tytułem i początkiem artykułu: „Podobno nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej, a u jednego z już działających przewoźników”. No, co jest? To ja tu od tytułu aż do połowy artykułu czytam, że święto, że czas na euforie, że nowy przewoźnik… a tu „nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej”. No i co? I nic. – Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – jak mawia mój przyjaciel. Dziennikarce lokalnej gazety bardzo dziękuje za emocje i czekam na tekst o tym, że jakaś firma z mojego miasta kolonizuje obce planety. Oczywiście, nie teraz kolonizuje, ale w przyszłości. Teraz to ona planuje zakup floty kosmicznej.  – Tu, w tym miejscu, mogło dojść do tragedii – mawiał klasyk. Jego śladem, i za tym stylem dziennikarstwa podąża wielu, niestety bardzo wielu adeptów tego zawodu.

dziennik pesymistyczny

Nie do wiary

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jak mając ręce skute z tyłu kajdankami wyjąć z kabury konwojującego Cię czujnego policjanta pistolet a następnie oddać strzał po uprzednim przeładowaniu broni?  Potrafiłbyś to uczynić drogi czytelniku? A dokonałbyś tego wyczynu po pijanemu? Na tylnym siedzeniu samochodu, który właśnie pokonuje rondo?  Ja bym nie potrafił. Nie znam też nikogo, kto by to zdołał uczynić. To wymaga nadludzkiej wprost zręczności.  A może nawet umiejętności na pograniczu magii. Harry Houdini nie powstydziłby się takiej sztuczki. Był jednak ktoś, kto tego dokonał jak się okazało na swoje nieszczęście. I dla tego ze współczuciem pisze „był” a nie „jest”. Takie wysokiej klasy umiejętności przypisuje policja i tamtejsza prokuratura chłopakowi z małego miasteczka na Mazowszu.

Ale nie uprzedzajmy faktów – jak mawiał klasyk.  W pewien wiosenny wieczór policjanci zatrzymali dwudziestotrzyletniego mężczyznę. Do aresztu konwojowało zatrzymanego dwóch funkcjonariuszy. Jeden prowadził auto, a drugi siedział z tyłu obok aresztanta. Podczas jazdy chłopak odebrał broń policjantowi siedzącemu obok niego a następnie śmiertelnie się z niej postrzelił.  Taka jest wersja policji. I w taki przebieg wydarzeń świecie wierzy prokuratura.

– Wyniki będziemy znali za kilka dni, ale wiadomo już, że mężczyzna znajdował się pod znacznym wpływem alkoholu, a wystrzelona kula przeszyła jego ciało w okolicy krzyżowej i utknęła w dachu radiowozu, omijając kierowcę w bardzo bliskiej odległości. Policjanci potwierdzili w swoich wersjach wstępne ustalenia – powiedział zastępca Prokuratora Rejonowego.  Prokurator pytany przez dziennikarzy lokalnej gazety o to, czy możliwe jest wyciągnięcie pistoletu przez konwojowanego, który ma ręce skute z tyłu kajdankami, a następnie oddanie przez niego strzału odparł, że tak. – To był pistolet P-99, który nie wymaga odbezpieczenia i bardzo łatwo się przeładowuje – dodał.

Jakoś nie mogę sobie wyobraził tego zdarzenia. Ja bym na trzeźwo nie potrafił – jak napisałem na wstępie – co dopiero „pod znacznym wpływem alkoholu”. Trudno mi uwierzyć, że mocno pijany chłopak, ze skutymi na plecach rękoma, odbiera broń policjantowi, przeładowuje i następnie strzela do siebie. Pewnie nigdy nie się nie dowiem jak było naprawdę. Ale dziwi mnie to, że to jedyna wersja wydarzeń. Dziwi mnie, że prokurator prowadzący śledztwo tak łatwo głosi teorie o tym, iż z broni było bardzo łatwo oddać strzał. Chętnie zobaczyłbym jak Pan prokurator, który uważa, że to możliwe i łatwe, sam spróbuje wyjąc broń z kabury broniącego się policjanta ze skutymi na plecach rękoma a następnie przeładuje pistolet i oddaje strzał. Jeśli tego nie zobaczę to nie uwierzę.  I choć nic nie sugeruje, to tak po prostu trudno mi w to uwierzyć.

dziennik pesymistyczny

Katolicyzm religia panująca

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Może jeszcze formalnie Polska nie jest państwem wyznaniowym. Ale do takiego państwa, w którym katolicyzm jest religią państwową zmierzamy raźnym marszowym krokiem. Lub raczej dreptamy jak zakonnik po zakonnych krużgankach.  Kiedyś większość polityków, działaczy katolickim, no i oczywiście duchowieństwa,  kwestowała rozdział państwa od religii po cichutku, tak niezbyt głośno, tak żeby nie zapeszyć i nie wzbudzać paniki. Ale teraz wszystko się zmieniło.  Polski biskup rzymskokatolicki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski postanowił powiedzieć jasno i głośno, „o co walczymy, dokąd zmierzamy” – jak mawiali klasycy.

– Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie, swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa, bez duchowych wartości, jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera – przekonywał tłum wiernych nasz biskup rzymskokatolicki. Takie słowa łamiące podstawową – zawartą też w Konstytucji RP – zasadę rozdziału państwa od kościoła wypowiada polski hierarcha kościelny.

Wiem, że wielu z prałatów kościelnym widząc klęskę kierowniczej roli kościoła w życiu społeczeństwa, chce to społeczeństwo na siłę umoralnić. Polski kościół chce ratować swój autorytet poprzez jeszcze silniejsze połączenie z aparatem państwa. W myśl zasady „my was tak długo będziemy kochać, aż wy nas w końcu pokochacie”.  To jedno.  Drugie, to to, że nie mogą pojąc jak może biskup rzymskokatolicki kwestionować nauczanie II Soboru Watykańskiego. Kościół właśnie tam definitywnie i jednoznacznie potwierdził, że rezygnuje z budowy gdziekolwiek i kiedykolwiek „katolickiego państwa”. Przyjęto tam zasadę że katolicyzm w różnorodnym społeczeństwie nie może być wyznacznikiem na siłę ustanawiającym kierunki i zasady organizujące życie publiczne. A zatem, jak to możliwe, że ten hierarcha kościelny sprzeciwia się woli i prawom własnego kościoła? Dalibóg nie wiem, czy to zwykła głupota czy chęć władzy? Mam jednak cichą nadzieje, że to pierwsze.

W swym kazaniu na Jasnej Górze ksiądz arcybiskup z rozrzewnieniem wspominał stare, dobre czasy, w których Konstytucja z 1791 roku, co prawda, unowocześniła i zmieniła ustrój państwa, struktury sprawowania władzy, ale też „katolicyzm uznała za religię panująca”. – Nasza ojczyzna potrzebuje dzisiaj, podobnie jak za czasów konstytucji majowej odnowy, jeśli ma ona mieć przed sobą swoje jutro – mówił podczas homilii arcybiskup. To nic innego jak nawoływanie do uznania katolicyzmu za religie państwową. Co dalej? Przymusowa chrystianizacja obywateli?

– Religia jest głównym czynnikiem uspołecznienia, wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie – podkreślał kaznodzieja. Zaczynam się bać takich słów, bo jeśli to nie zwykła głupota, jakiś starczy uwiąd to przecież tylko patrzyć jak jakiś polityk wpadnie na pomysł, żeby idee „wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie” wprowadzać w życie pod przymusem. Co to jest średniowiecze?

 – Próba kształtowania spraw ludzkich z pominięciem Boga prowadzi do całkowitego zlekceważenia człowieka. Dlatego nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał – przekonuje przewodniczącego Episkopatu. W tym zdaniu już nawet nie sugeruje, że niewierzący mają jakąkolwiek szanse na istnienie i swobodne wyrażanie poglądów w społeczeństwie gdzie panuje państwowy katolicyzm. Arcybiskup uważa, że pominiecie Boga to pominiecie człowieczeństwa. Czyli ten, kto kwestionuje istnienie Boga, przestaje być człowiekiem? Jeśli tak, to takich „nieukształtowanych” może ksiądz radzi eliminować?  – „Nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał” – to zdanie jest tak kuriozalne, że istotnie może wskazywać, że klecha ma coś nie bardzo pod sufitem.

– Słabość dzisiejszego wymiaru życia społecznego, kulturalnego i politycznego w naszej ojczyźnie ma swoje korzenie w odcinaniu się państwa od Kościoła – naucza Przewodniczący Episkopatu. Ale spokojnie, już on ten słabość wykorzeni. Ba, nawet wbrew zasadom II Soboru Watykańskiego. Bo jak to w Polsce często bywa, polski katolik jest świętszy od papieża. A może to jednak tylko jakaś czasowa słabość dostojnika polskiego kościoła? Wciąż mam nadzieje, bo słysząc słowa przewodniczącego: „To właśnie odcinania się od wartości, które wyrastają z Ewangelii, sprawia, że 2,5 mln osób, przeważnie młodych, musiało wyjechać za chlebem, kolejne 2 mln jest bezrobotnych, blisko 4 mln żyją na skraju ubóstwa” mam szeroki uśmiech na twarzy.  Jeśli dobrze zrozumiałem tego księdza, to Polacy masowo uniknęliby emigracji, bezrobocia, nędzy gdyby tylko państwo polskie byłoby państwem wyznaniowym. Pomijając jawną głupotę takich twierdzeń, to warto dodać, że przecież zdecydowana większość naszego społeczeństwa deklaruje przywiązania do zasad ewangelii, więc pewnie znajduje się tam spora liczba polityków czy urzędników państwowych. Czy oni wszyscy przez ponad dwadzieścia lat ignorowali wartości? Odcinali się od ewangelii?

– Nasze społeczeństwo starzeje się, pogłębia się jego kastowość, postępuje alienacja młodych w pracy, lekceważeni są robotnicy, którzy miesiącami nie otrzymują zapłaty za swoją pracę, pod koniec roku nie przyjmuje się chorych do szpitali, więzienia nie mogą pomieścić skazanych, lekceważy się miliony głosów w sprawie wieku emerytalnego i wieku szkolnego – grzmi z ambony kaznodzieja zapominając oczywiście, że to przecież to właśnie w 98 procentach katolickie społeczeństwo, jest za tą sytuacje odpowiedzialne.   Naprawdę ustanowienie katolicyzm religią panującą niewiele w tej materii zmieni na lepsze. A obawiam się, że połączenie państwa i kościoła w jedno zaprowadzi nas z powrotem do średniowiecza.  – Dla niektórych może to brzmieć prowokacyjnie, ale taka jest prawda – pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat z arcybiskupa.

 

dziennik pesymistyczny

Propaganda wyborcza na egzaminach gimnazjalnych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

ytułu

Uśmiechniętą urna wyborcza mówiąca: spotkajmy się w niedziele?  Przy niej pogodne postacie. Wesolutka pani i radosny pan z pieskiem. To ilustracja odnosząca się do pytania z testu egzaminu gimnazjalnego dla uczniów z 2014 roku dotyczącego zagadnień z historii i WOS, czyli wiedzy o społeczeństwie. Do ilustracji, którą opisałem wcześniej trzeba dopasować poprawną odpowiedz. Pytanie: czy plakat zachęca do: a) humanitarnego traktowania zwierząt, b) prowadzenia zdrowego trybu życia, c) wspólnych niedzielnych spacerów, d) aktywnego uczestnictwa w wyborach. A Państwa zdaniem która odpowiedź jest prawdziwa i poprawna? Tak wiem, dla większości oczywiście odpowiedź „d”. Dla mnie problem nie leży w tym, że pytanie jest banalnie proste, tylko w tym, że jest idealnym przykładem jak państwo uczy posłusznych dla samego siebie rozwiązań.

Bo, przecież już dziecko w gimnazjum musi być pewne, że „demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale jest najlepszy, jaki dotychczas istnieje” – jak mawiał Churchill. Już od małego trzeba, żeby każdy obywatel nie wiał wątpliwości, co to tego, że państwowy system parlamentarny jest idealnym rozwiązaniem. Nikt w państwowej szkole nie wspomni przecież, że są inne sposoby. Bo i po co? Po co wychowywać ludzi, którzy się zastanawiają? Przyszły poprawnie myślący obywatel ma grzecznie głosować i czerpać z tego teatru radość i wielkie zadowolenie, że ma na cokolwiek wpływ. Bo przecież państwo z założenia opiera się na „ woli (fikcyjnej) ludu”. I już od dzieciństwa ma być dla każdego w państwie jasne, że lud to „uznany za małoletniego wieczny uczeń, którego uważa się za mało zdolnego, by zdał kiedykolwiek egzaminy, by przyswoił sobie wiedze swoich nauczycieli i mógł obejść się bez dyscypliny”. Już uczeń gimnazjum nie może mieć najmniejszych, (co potwierdzi wybraniem poprawnej odpowiedzi w teście) wątpliwości, że władze w demokracji parlamentarnej sprawuje klasa polityczna i aparat biurokratyczny. A ich pozycja musi być i jest potwierdzana rytuałem wyborczym.

„Ciche porozumienie między A, B i C, że wybiorą w głosowaniu D na swojego przedstawiciela, żeby ów pozbawił mnie własności lub życia, nijak nie uprawnia D do zrobienia tego. Tak samo jest złodziejem, tyranem i mordercą, działając, jako ich reprezentant, jak byłby nim, gdyby działał wyłącznie na swoja odpowiedzialność” – twierdził Lysander Spooner. Tak, to szkoła państwowa i nikt nie będzie tam nauczał, że ten system jest wadliwy. Ale może przydałoby się, choć zdanie i tym, że parlamentaryzm nie jest jedynie słusznym rozwiązanie? Tak dla przyzwoitości?

„Oto niedziela, kiedy się odbywają te święte wybory. Kandydatów nie brakuje, są odpowiedni dla wszelkich gustów i we wszelkich kolorach: maciora nie odróżniłaby wśród nich swoich małych. Ale, na Boga, o ile zmieniają się kolory i etykietki kandydatów, jedna rzecz się nie zmienia: zachwalanie! (…) wszyscy obiecują ludziskom, że będą się dla nich zaharowywać na śmierć” – pisał Emile Pouget. Może trzeba wytłumaczyć dzieciakom, ze nie wszystko jest tak cudownie doskonałe? I nie prowadzić w szkole propagandy doskonałości systemu parlamentarnego.

Może przydałoby się dopisać pod tym rysunkiem z testu egzaminacyjnego odpowiedz „e”? Równie poprawną. Że absencjonizm, czyli nie uczestnictwo w wyborcach jest nadal prawem i wolnym wyborem człowieka, ale też możliwym nadal wyborem polskiego obywatela państwa, w którym przyszło nam żyć. Może egzaminy gimnazjalne do nie miejsce na propagandę „jedynie słusznych” państwowych idei?

dziennik pesymistyczny

Za „usiłowanie spożycia”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” wysokości pięćdziesięciu złotych zaproponowali policjanci pewnemu panu, który stał przed swoim blokiem trzymając w ręce zamkniętą butelkę z piwem. Gdy pierwszy raz o tym usłyszałem byłem pewny, że to tylko taki idiotyczny żart. Ale okazało się, że to poważna sprawa. Tak poważna, że na sali sądowej właśnie zakończył się jej pierwszy etap. I jak zapowiada ukarany grzywną to jeszcze nie koniec.

Przypomniałem sobie, że nie dalej jak właśnie dzisiaj wracałem do domu z butelką wódki w torbie. – I co z tego? –  ktoś spyta. Ano sporo, bo tym niewinnym czynem bardzo się naraziłem. Mógł zostać teoretycznie nałożony na mnie mandat wysokości pięćdziesięciu złotych. Bo przecież miałem przy sobie alkohol. Co ważniejsze spotkałem kolegów i chwile rozmawialiśmy na ulicy. I o zgrozo! Rozmawialiśmy o tym, że może byśmy coś tak kiedyś wspólnie wypili. Ja tam byłem trzeźwy jak rybka, czego nie mogę powiedzieć o kolegach którzy już się zaszczepili.  Dla panów w niebieskich mundurach sprawa byłaby oczywista. Moi koledzy w stanie wskazującym. Ja w butelką wódki niecnie ukrytą w torbie. No jak nic mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” mogłem przytulić. Miałem ogromne szczęście.

Jest przestępstwo to musi być kara. Tak było dotychczas. Ale widać coś tam się na wyżynach władzy zmieniło, bo teraz państwowy policjant może wlepić mandat nie za czyn dokonany tylko za jego „usiłowanie”. Takie porządki prawne to ja tylko w kinie widziałem. Ale w tym najdziwniejszym z krajów absurd jest czymś zupełnie naturalnym. W Polsce widocznie można dostać mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” i nawet sądu to nie zdziwi, a wręcz przeciwnie.

Sąd rejonowy wydał wyrok w sprawie nieboraka, który twierdził, że policjanci chcieli mu wypisać mandat za trzymanie zamkniętego piwa. Sąd uznał, że ten obywatel jednak pił piwo, a nie tylko usiłował. Wymierzył mu grzywnę w wysokości 50 zł, obciążył też kosztami procesu – 160 zł. Sędzia tym samym dała wiarę policjantom, którzy w czasie procesu przekonywali, że butelka z piwem była, co prawda zakapslowana, ale nieoryginalnie, a zawartość była w połowie wypita. Funkcjonariusz zapewniał, że szklane opakowanie dokładnie obejrzał. Innego zdania był kolega oskarżonego. Jego zdaniem policjant nie oglądał butelki z piwem. Jak opowiedział, mężczyzna schował piwo do kieszeni jeszcze w sklepie. W czasie interwencji funkcjonariusz miał zapytać go, co ma w kieszeni. Mężczyzna wyjął butelkę na chwilę, pokazał policjantowi i zaraz schował.

Sąd w uzasadnieniu tłumaczył, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. Gratuluje uzasadnienia. U nas jest już dokładnie jak u Orwella: „wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”?. Bo jak inaczej rozumieć brak wiary w prawdomówność zwykłego obywatela, i tak wielkie zaufanie do prawdomówność funkcjonariusza. Tak, to naprawdę przykład prawdziwej równości wobec prawa.

– Żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie – śpiewano w dawnych, mrocznych czasach złego systemu. W tym wypadku wygląda na to, że funkcjonariusz policji funkcjonariuszowi władzy sądowniczej nigdy nie skłamie. A czy prawdę mu powie? Cóż, przecież jak ktoś wypisuje mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” to na pewno ma „dobrą znajomość prawa”. Nie są to najlepsze wieści dla tych co nie są funkcjonariuszami.  Bo można już teoretycznie skazać – np. za usiłowanie obalenia ustroju metodami terrorystycznymi – pierwszego z brzegu bogu ducha winnego obywatela. Przecież wystarczy jak będzie oskarżać funkcjonariusz. Znajdzie się też pewnie sędzia, który stwierdzi, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. I pozamiatane. I siedzisz bracie za usiłowanie.

dziennik pesymistyczny

Społeczna selekcja naturalna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Aż 6097 Polaków odebrało sobie życie w 2013 roku. To najdramatyczniejszy wynik w ostatnim ćwierćwieczu.  Wygląda na to, że od ponad dwudziestu lat trwa w Polsce swoista społeczna selekcja naturalna. Nie żeby to było w jakiś sposób przez kogoś konkretnego zamierzone. To raczej takie ciche przyzwolenie. Taka zachęta do tego, żeby silne wypierało to, co słabe. Żeby zdrowy i silny pracujący podatnik wypierał tego słabego, który sobie w kapitalizmie nie radzi. Na pewno stworzono bardzo dobry klimat ku temu.

Najsilniejsi, najbardziej pazerni – bezwzględni wyznawców kapitalizmu, jako nowej religii – wypierają słabych, tych, którzy z różnych przyczyn nie potrafili dostosować się do nowych, twardych zasad życia społecznego. Bo jak wynika z moich obserwacji, w tym nowym systemie społecznym nie ma miejsca dla jednostki zwyczajnie innej. Wszystko musi być takie podobne, uregulowane, powtarzalne. Od dzieciństwa przygotowujemy się do życia jako ciężko pracujący podatnik. Albo pracujesz i dajesz sobą rządzić albo jesteś bardziej bezwzględny i silniejszy… i to ty rządzisz innymi.  Stanowisko w społecznej hierarchii to nagroda za wygraną w wyścigu szczurów.

Państwo potrzebuje siły roboczej. Nic, więc dziwnego, ze bardzo szybko kapitalizm stał się nową religią. Bezlitosną, jaka kiedykolwiek istniała, bo nieznającą ani odkupienia, ani litości.  Propaganda państwa tak ustawiła społeczne myślenie, tak dostosowała prawo, tak określiła obowiązku obywatelskie i tak naucza nowe pokolenia, że człowiek inny niż przewidują normy nie ma prawa bytu. Albo się dostosujesz, albo giniesz. Taka selekcja naturalna. Albo się przystosujesz, zaadaptujesz do kapitalistycznych warunków albo żyjesz po za systemem i społeczeństwem, a tam bardzo często po prostu przestajesz być.

Rosnąca liczba samobójstw to nie tylko odzwierciedlenie obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej. Nie wszystko można tłumaczyć kryzysem. Bo kryzys w Polsce jest prawie zawsze, od ponad półwieku i był też wcześniej. To raczej wynik presji, jaką wywiera na człowieka społeczeństwo oraz państwo ze swoimi instytucjami. Obywatel niepracujący jest dla państwa zbyteczny. Nie płaci podatków, więc nie ma prawie żadnych praw. Jest zbyteczny. Społeczeństwo, ci wyznawcy nowego Boga, zażarcie bronią nowego wyznania ujadając na tych niedostosowanych. Ci, którzy z różnych przyczyn nie poradzili sobie w nowym systemie „wyzysku dla zysku” nie są akceptowani.

Nie tylko utrata pracy, ale też beznadzieja samej pracy. Wieczny stres, gonitwa za pieniądzem i sukcesem zawodowym są niejednokrotnie prawdziwymi przyczynami wzrostu liczny samobójstw. To właśnie leży u podstaw problemu. To wypalenie, udręka i beznadziejność istnienia. Człowiek traci pracę, nie może znaleźć nowej, traci status życiowy, wszyscy się od niego odwracają, nie ma pieniędzy, nie ma często domu, nie ma na leki, nie ma prawa do właściwej opieki lekarskiej a to prowadzi do rezygnacji. I następuje koniec.

A może tak nie dać się pokonać? Może nie poddawać się prawom selekcji? Może się zbuntować i żyć? Jeśli nie ma już nadziei, to może ostatnia nadzieja jest w buncie? Może właśnie tak warto skanalizować ból istnienia? Ja będę kontynuował mój sprzeciw wobec narzucania mi jednostronnych koncepcji życia, ekonomicznych, intelektualnych, etycznych czy jakichkolwiek innych. Nie poddam się. I nie zamierzam nigdzie stąd odchodzić, mimo przymusu i presji społecznej selekcji naturalnej. Zostaje, na złość wszystkim.

dziennik pesymistyczny

Żyć i zobaczyć

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Tak, a więc tu przychodzą ludzie, aby żyć, myślałbym raczej, że tu można umierać – napisał kiedyś austriacki poeta Rainer Maria Rilke. Nie trudno zgodzić się z takim oglądem świata. No dobrze, przyznam to, niech będzie, przynajmniej mnie nie jest trudno tak jak Rilke postrzegać ten nasz świat.  Przychodzimy tu by żyć, a raczej umierać. Gdy tylko się rodzimy to już w pewnym sensie przygotowujemy się na śmierć. Nasze życie, na tym łez padole, to droga do śmierci. To nieuniknionego.

Teraz, gdy kolejny z moich przyjaciół odszedł w nieznane, ku wieczności, przeniósł się na łono Abrahama, zszedł był z tego świata lub po prostu umarł. Gdy kolejny z tych, których ceniłem i lubiłem nie żyje, myślę coraz częściej o tym, że liczy się tylko chwile obecna. Nie ma przyszłości, ani nie ma przeszłości. Jest tylko tu i teraz. To dzisiaj, teraz jest najważniejsze i co dobre jest jedyne. Tak, cieszę się każdym kolejnym dniem, bo z radością nowo narodzonego witam się z nim i wiem, że jeśli nie spotkają mnie nieszczęścia ostateczne to będzie to dobry dzień. Zasypiam z nadzieją, ale nie planuje dnia następnego. Nie czekam na niego. Jeśli będzie to dobrze, jeśli nie to też nie będę rozczarowany. Nie będę zasmucony. Raczej po prostu zwyczajnie – nie będę, więc nie będę musiał być „jakiś”.

– Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość – mawia Woody Allen. Dlatego ja nie mam planów, mam za to marzenia. Marze o tym, że odwiedzę w maju przyjaciół, że w czerwcu pojadę ma wakacje. To nie są plany na przyszłość, bo jak pokazały wydarzenia ostatnich dni na Ukrainie, nic nie jest na zawsze i wszystko może się zmienić. Po co się przejmować tym, co będzie, roztrząsać to, co było, jeśli i tak na to, co z nami będzie mamy bardzo, ale to bardzo minimalny wpływ. Jeśli ktoś żyje w klatce państwowych, urzędniczych, religijnych, społecznych czy finansowych ograniczeń to może tylko marzyć o wolności. W żadnym razie nie może planować. Rybka w akwarium nie może zamierzać morskich podróży. Dlaczego więc mamy się dręczyć planami na przyszłość?

– Z naszej półki biorą – słyszałem wielokrotnie to zdanie w formie żartu. Teraz, gdy zamieniło się ono w rzeczywistość nie czuje smutku, czuje w zasadzie tylko żal, że nie wszystko jeszcze zrobiłem. Że jest przede mną jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia, tyle książek do przeczytania, tyle filmów, dróg, miejsc, spotkań… jest za mało czasu. Jestem tu by żyć, a więc żyje, dopóki nie przyjdzie mi umierać. Nie skarżę się, raczej czuje pewien niedosyt wyrażeń. Takie uczucie niespełnienia, ale niefrustrujące.

Kilka razy w życiu ci, których szanowałem za poglądy i obdarzyłem przyjaźnią przekonywali mnie, że śmierć to nie koniec. Teraz, gdy po raz kolejny stałem nad grobem, tego, co już wie jak jest naprawdę, zastanawiałem się czy ten obrzęd, te modły księdza, te symbole, to wszystko nie jest tylko ostatnią próbą zapewnienia umarłemu biletu wstępu do tego, co nieznane i miejmy nadzieje wieczne. Bez względu na jego poglądy religijne zapewniamy siebie i tego, którego już niema, że śmierć to nie koniec.

Siedząc na tarasie kawiarni patrzę na park. Wystawiam moją spragnioną słońca, zarośnięta gębę do słońca. Jestem jak robak, który wylazł z pod kamienia, wlazł na niego i teraz cieszy się słońcem. Całkiem nie po robaczemu myślę o tym, co przeczytałem w gazecie. O tym, że jak informuje pani Justyna z Komendy Miejskiej Policji w 2013 roku na terenie miasta i powiatu doszło do 55 samobójstw, podczas gdy dla porównania w roku 2003 było ich tylko 25. Grzeje się na słońcu, patrzę na bezlistne badyle, które gotują się na wybuch zieleni, i myślę o tym „znaczącym wzroście” i wiem, że chyba po raz pierwszy od wielu lat wbrew mojej pesymistycznej naturze (a może dzięki niej) mając wybór wybieram życie.

Tak, nadal uważam jak Rilke, że „raczej (…) tu można umierać. Ale tym razem, bez jakikolwiek planów na przeszłość, to „raczej” w zupełności mnie zadowala i w pełni satysfakcjonuje. – Pożywiom -uwidim – jak to mówią „starożytni Rosjanie”. I ja zdecydowanie chce dziś: żyć i zobaczyć.

dziennik pesymistyczny

Bunt nienazwany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od ponad trzech miesięcy na Ukrainie rozwija się ruch, który moim zdaniem błędnie interpretują nasi politycy, komentatorzy polityczni i cześć dziennikarzy. Chyba warto w końcu zauważyć, że od samego początku Ukraińcy – przynajmniej tak twierdzą Ci, z którymi rozmawiałem – mieli bardzo specyficzne i osobliwe podejście do „Europy”. Im unia europejska kojarzy się ze społeczeństwem bez korupcji, z wysokim wynagrodzeniem za prace, z dostępem do medycyny na wysokim poziomie, z godnymi rentami i emeryturami wypłacanymi na czas, z rządami prawa, z uczciwymi politykami, i nieskorumpowanymi urzędnikami państwowymi. Czyli z ideałem. Tego dokładnie chcieli mieszkańcy PRL-u i do tego dożyli dwadzieścia pięć lat temu. Teraz Ukraińcy, jak kiedyś my, chcą uśmiechniętych twarzy na czystych i zadbanych ulicach, mieszkań w rozsądnych cenach, chleba, kiełbasy, wódki, modnych ubrań, nowych samochody itd. Oni mają geopolitykę i zwykłą politykę w głębokim poważaniu. Chcą jechać na zachód bez wiz i mieć to samo, co bogacze, na których się wystarczająco już napatrzyli. To pełne sklepy i czyste ulice, to modne ubrania i drogie lśniące samochody są tym, czego pragną najbardziej.

Dla mnie ukraińska rewolucja „to nowy, jeszcze nienazwany bunt społeczny, zdecydowanie nie polityczny”. Tam ludzie nie walczą o abstrakcyjne polityczne ideały, ale o czyste ulice i o godne życie. Ten ukraiński bunt to nie bunt polityczny, to bunt społeczny. Wybuch niezadowolenie z sytuacji ekonomicznej. Ludzie omamiani od lat wizją zachodnio europejskiego dobrobytu chcieli tego samego, co widzieli w Warszawie, Berlinie, Paryżu czy Londynie. To nie przewrót polityczny jak nam się od dawna wmawia. To nie polityczna, czy partyjna operacja mająca na celu zmianę rządów i skierowanie kraju na drogę szybkiego marszu ku unii europejskiej. To chaotyczny bunt, to nieprzewidywalna rewolucja społeczna. Na Majdanie już nikt lub prawie nikt nie wierzy politykom i nie ma to znaczenia czy są z opozycji czy z obozu rządzącego. Oni chcą bezwarunkowego zwycięstwa, ustąpienia prezydenta, zemsty na milicjantach z oddziałów specjalnych, ukarania odpowiedzialnych za przelew krwi na Ukrainie. To dla nich oznacza wolność. Ale przede wszystkim chcą zmian w życiu doczesnym.

Ktoś kiedyś, jakiś polityk jeden z drugim, w przypływie genialności i we własnym interesie pokazał Ukraińcom ideał i nazwał go „Unia Europejska”. Dlatego, gdy prezydent Janukowycz ogłosił, że społeczeństwo nie dorosło jeszcze do „europeizacji”, że nie podpisze umów stowarzyszeniowych z UE i że lepiej Ukraińcom będzie w nowym „związku radzieckim” to w ludziach coś pękło i zaczął się bunt. I zaczął się „Euromajdan”. Ale „Europa”, jak uważam i jak sądzę po czytanych i zasłyszanych wypowiedziach Ukraińców, to w rzeczywistości nigdy nie był główny cel protestujących. To antyrządowe i antyrosyjskie nastroje były znacznie silniejsze. I teraz już nikt nie pamięta tamtej retoryki, która początkowo była przyczyną demonstracji. Wiele osób zgadza się, że sam termin „Euromajdan” jest już anachroniczny. Teraz otwarcie wszyscy twierdzą, że nie dbają o UE i chcą tylko odejścia znienawidzonego reżimu. Takie uczucie jest akceptowane w szerokich kręgach protestujących.

– My tylko chcemy godnie żyć – słyszę od znajomego Ukraińca. To nie jest zawołanie polityczne to pragnienie bardzo podstawowe, takie zwyczajnie ludzkie pragnienie i prawo. Z poczucia upokorzenia zrodził się sprzeciw wobec zaszczytów, przywilejów urzędników i oligarchów, sprzeciw wobec podziałom ludzi na tych bardzo bogatych i przez to uprzywilejowanych, i na tych żyjących w nędzy i upodleniu, których głosu nikt nie słuchał.

Władza Janukowycza trzymała ludzi w uzależnieniu od skorumpowanej struktury urzędniczego państwa. Krępowała w okowach biedy, świeciła w oczy nadmiernym bogactwem, mamiła przyszłym dobrobytem w bliżej nieokreślonej przyszłości. Dlatego nie można się dziwić, że ludzie połączeni w masy postanowili uogólnić się i przemienić się w naród, który pragnie zmian, choć sam chyba do końca nie wie jak te zmiany mają wyglądać. Majdan był i nawet teraz jest w pewnym sensie miejscem spotkań, a teraz walki, które może zjednoczyć wszystkie warstwy społeczne w oderwaniu od polityki. I choć występuję tam nacjonalizm, to mam wrażenie, że jest to nacjonalizm wynikający z osamotnienia ludzi pozostawionych samych sobie i nikomu już niewierzących. To nacjonalizm zjednoczenia przeciw korupcji politycznej kryjącej się za demokracja parlamentarną. Oni chcą nowych wyborów, choć dobrze wierzą, że ta legalnie wybrana władza teraz do nich strzela. Dlatego to jest bunt. To ekonomiczna, ponadpartyjna, antydemokratyczna, nacjonalistyczna w sensie, o jakim wspominam powyżej, i trochę anarchistyczna rewolta narodowa.

A najgorsze i zarazem najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że po zwycięstwie narodu nad Tytanią, znów przyjdą politycy i znów wszystko zacznie się od nowa. – Lud powinien służyć rewolucji; gdy jednak rewolucja jest skończona musi powrócić do domu i pozostawić trudy rządzenia wykształconym – rzekł kiedyś Brissot. Obawiam się, że to właśnie, co wydarzyło się w Polsce dwadzieścia pięć lat temu, powtórzy się znów na Ukrainie.  Ponownie jaśnie oświeceni politycy, urzędnicy, finansjera i wszelkiej maści demokraci i państwowi liberałowie znów wyślą lud do domów po skończonej rewolucji i utworzą nowy, lepszy świat dla siebie, nie dla ludu.