Tag Archives

108 Articles

dziennik pesymistyczny

Niepoprawne politycznie walentynkowe rozważania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ludzie przestali wierzyć w wielka miłość. Uwięziły ją paragrafy i normy. Teraz przed zakochaniem trzeba sprawdzić metrykę, kartę zdrowia, wypłacalność przyszłej partnerki czy partnera. Warto też prześledzić czy nie występuje miedzy nimi zależność służbowa lub jakieś inne zabronione sprzężenie. Miłość, uczucie, seks w końcu musi być przede wszystkim poprawny politycznie. Miłość taka namiętna, bez granic może się przykro skończyć dla tych, co ją czynią.

Otwieram dziś gazetę i co widzę? Dziennikarze donoszą, że pewnej trzydziestosiedmioletniej nauczycielce oskarżonej o obcowanie płciowe z nieletnim grozi nawet 12 lat więzienia. Kobieta współżyła ze swoim uczniem i ma z nim dziecko. To faktycznie straszne. Współżyła z uczniem. Pewnie siłą zmuszała go do czynów niegodnych, a on biedny się opierał, ale uległ przemocy i choć pewnie nie chciał to jak widać musiał i zapłodnił. Co dalej? Teraz dziecko musi się urodzić, bo jako nienarodzone podlega ochronie i na mocy prawa i z patronatu kościoła katolickiego. Potem przyszłą matkę, trzeba zamknąć na 12 lat. Dziecko trafi do sierocińca, bo przecież taka zboczona matka nie może go wychować. I po sprawie.

Prokuratura rejonowa w Kaliszu zarzuciła kobiecie obcowanie płciowe z osobą w wieku poniżej 15 lat. Fakt, mogła poczekać z tą miłością z rok, to kwalifikacja byłaby zupełnie inna. Ale, że się bezwstydnica zakochała i z molestowała dzieciątko, to trzeba ją w zamknąć i wyrzucić klucz. Do wszczęcia śledztwa doszło w październiku 2013 roku po publikacji prasowej. – Treść artykułu nakazywała sprawdzenie opisanych w nim okoliczności związanych z obcowaniem płciowym nauczycielki z jej 14-letnim uczniem, w następstwie, którego zaszła ona w ciążę i urodziła dziecko – podał prokurator. No i się zaczęło. Na początek trzeba było sprawdzić czy aby kobieta nie jest przypadkiem chora psychicznie, bo jak powszechnie wiadomo taka, co z czternastolatkiem obcuje przecież musi mieć coś z głową. W trakcie śledztwa niewiasta została poddana szczegółowemu badaniu przez biegłych psychiatrów a także biegłego seksuologa, którzy uznali, że w czasie zarzucanego jej czynu miała ona zachowaną poczytalność.

W trakcie przesłuchania kobieta nie zaprzeczyła oskarżeniom, że kochała się z czternastolatkiem. Uczeń też przyznał, że to on jest ojcem dziecka. Dlatego pewnie prokurator prowadzący postępowanie zarządził przeprowadzenie badania genetycznego w celu dodatkowej weryfikacji tych ustaleń. Potwierdziły one, że ojcem dziecka nauczycielki jest jej uczeń. Czy przy okazji ustalano, czy kobieta jest matką? O tym prokuratura milczy. Akt oskarżenia trafi teraz do sądu, więc to jeszcze nie koniec tej historii o zakazanej miłości.

Od wiek, wieków ludzie się zakochiwali, współżyli ze sobą i w wyniku tego rodziły się dzieci. Dobrze, czternastolatek nie powinien obcować ze starczą nauczycielką, bo choć jest sprawny fizycznie (ojciec dziecka) to może umysłowo jeszcze nie jest rozwinięty. Ale czy na pewno przeszła matka zasługuje na dwanaście lat więzienia? To najlepsze dla niej, dla ojca dziecka i dla nowonarodzonego? Dlaczego wszystko rozpatrujemy w tak jednoznacznych kategoriach? To absurdalne? Ona go uwiodła? A może on? Nikt o tym nie mówi? Wszyscy piszą i mówią nie o miłości, ale o obcowaniu płciowym z osobą w wieku poniżej 15 lat.

Za młodych lat zakochałem się w nauczycielce. Ale ona na szczęście nie uległa mojemu chłopięcemu urokowi. Pamiętam też, że owa nauczycielka była obiektem westchnień wielu moich kolegów, którzy robili dosłownie wszystko, aby tylko wpaść w oko ponętnej pani. Cóż ja króciak w okularach, ja nie miałem szans, ale przecież było wielu takich wśród chłopięcej szkolnej społeczności, co zdecydowanie zwracali uwagę i nie wyglądali na swój wiek. Teraz myślę o tym jakieś to katusze musiała przechodzić ta nasza pani nauczycielka. To straszne. Opierała się, mimo tylu adoratorów.  I nie uległa. Siłaczka prawdziwa.

W Walentynki, apeluje: ludzie, więcej zrozumienia dla wielkiej miłości! Chętnie poczytałbym o szczęśliwym zakończeniu tego romansu a nie o tym, co grozi chłopcu i zakochanej nauczycielce. Bo miłość z założenia jest chaotyczna. Zatracasz się w niej, nie panujesz nad sobą, nie osądzasz jej, i nie możesz opanować. Im większa miłość tym większy chaos.

dziennik pesymistyczny

O zagrożeniach płynących z polowania na bestię

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Człowiek, który zdecydował o podrzuceniu T. do celi kompromitujących materiałów, położył na szali jedne wartości przeciw drugim. Postawił naruszenie prawa przeciw ludzkiemu bezpieczeństwu. W mojej ocenie wybrał słusznie – ocenia profesor Marian Filar, karnista.

W zasadzie wszystko się zgadza. W tak zwanej ocenie społecznej pedofil i morderca jest bestią, którą trzeba zatrzymać w celi za wszelką cenę i wszelkimi środkami. Ale mnie dręczy inne pytanie: czy środki, które państwo wypracowało i uzyskało przy sprawie Mariusza T. nie będą wykorzystywane w przyszłości w sprawach, które nie będą dotyczyły seksualnych zwyrodnialców, ale na przykład osób, które zagrażają – w ocenie urzędników – bezpieczeństwu państwa? Czy policja, sądy inne instytucje państwa nie uzyskały, tak przy okazji, narzędzi, które wzmocnią nadzór nad niepoprawnymi i nieprawomyślnymi obywatelami?

Czy naprawdę mogę być absolutnie pewny, że nie stanie się tak, iż szalony urzędnik w przypływie gorliwości zobaczy w ludziach o innych poglądach terrorystów, którzy zagrażają istnieniu państwa i w świetle specustawy wsadzi ich na przymusowe leczenie w celu naprostowania poglądów? Powie ktoś: to niemożliwe! W demokratycznym państwie prawa?! Przy niezawisłych sądach?! To zupełnie niemożliwe. Ale czy na pewno? A sprawa tajnych więzień CIA w ośrodku agencji wywiadu w Starych Kiejkutach? Ile zapisów ustaw wtedy złamano? A czy Konstytucja RP nie została podeptana za 15 mln dolarów? Śledztwo w tej sprawie trwa od 2008 roku i pozostaje nierozstrzygnięte. I coś mi mówi, że trwać będzie aż do przedawnienia. Państwo zawsze będzie się kierować zasadą: jak się chce to można. Należy pamiętać, że prokuratorzy czy sędziowie to nie jakaś istniejąca niezależnie, w całkowitej próżni, nadprzyrodzona sprawiedliwość. To przecież zwykli urzędnicy państwowi opłacani przez państwo i jemu podlegli.

– Istnieje możliwość, że T. padł ofiarą prowokacji, nie mogę wykluczyć, że materiały pornograficzne zostały Mariuszowi T. podrzucone. Należy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ważniejsze są prawa dzieci czy prawa wielokrotnego mordercy – stwierdził Leszek Miller szef jednej z największych partii opozycyjnych oraz były premier RP. Ta wypowiedz rodzi zasadne pytanie czy praktyka preparowania dowodów przez urzędników państwowych w celu uzyskania zamierzonych rezultatów jest codziennością dla instytucji państwowych czy tylko jednostkowym przypadkiem?

W celi T. miały zostać znalezione materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich. Prokuratura stwierdziła jednak, że nie ma podstaw do wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Minister sprawiedliwości odpiera zarzuty dotyczące tego, że znalezienie materiałów w celi T. jest prowokacją. Minister raczył zapewnić, że materiały nie mogły być podrzucone, bo cela T. była monitorowana. Przez kogo? Przez urzędników państwowych, tych samych, co znaleźli „pornograficzne” materiały? Jeśli tak to faktycznie nie mogły. Gdyby nie było to tragiczne to byłoby to po prostu zwyczajnie śmieszne.

Jeśli nawet przyjąć założenie, że nikt kompromitujących materiałów do celi nie podrzucił. To nikt nie zaprzeczy, że nie mogło być tak, że ktoś z ministerstwa sprawiedliwości lub jakiś inny nadgorliwy urzędnik wpadł na genialną w swej prostocie pomysł i zwyczajnie „przerobiono” pamiątki dewianta na materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich.

Ustawa o nadzorze nad groźnymi przestępcami od początku budziła kontrowersje wśród prawników i niektórych polityków. Prezydent podpisał ją, ale zapowiedział jednocześnie skierowanie jej do trybunału konstytucyjnego. Mam spore obawy czy medialna pogoń za bestią nie jest przypadkiem próbą wprowadzenia do ustawodawstwa super rozwiązań prawnych idących w stronę przypominających instytucji przypominających osławione psychuszki. Czy naprawdę całkowicie pozbawiona podstaw jest moja obawa o to, że taka spec ustawa może stać się podstawą do represjonowania przeciwników politycznych a także osób uważanych za naruszające normy społeczne? Czy to wytwór mojej paranoi? Oby!

dziennik pesymistyczny

Miejska dendrofobia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Władze mojego miasta opanowała niebezpieczna fobia. Magistrat oraz podległe mu instytucje zapadły na poważną dendrofobie. Urzędników owładnął paniczny lęk przed drzewami. Bo jak inaczej nazwać to, że przez ostanie kilkanaście lat praktycznie zieleń w centrum miasta przestała istnieć.  Podpierając się przepisami, powołując na prawo i dlatego że władza zawsze wie lepiej niż obywatel tną drwale z urzędniczego wyroku wszystko co zielone i wyrosło wyżej niż na centymetr. Tu już nie chodzi o zwykłą niechęć do drzew i krzewów to jest już prawdziwa obsesja.

Pomiędzy rokiem dwa tysiące jedenastym a dwa tysiące czternastym na podstawie wydanych prawomocnych decyzji przez właściwe organy administracyjne takie jak Delegatura Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków oraz Wydział Ochrony Środowiska i Rolnictwa Urzędu Miejskiego dzielni drwale wycieli w parkach 1078 drzew, na miejskich skwerach i ulicach dodatkowo 86. Tylko przez trzy lata wyrżnięto 1164 drzewa! Krzaków nikt nie liczy. I dokonała tego dzieła tylko jedna miejska instytucja Zakład Usług Komunalnych, a przecież nie tylko oni są wykonawcami woli urzędników cierpiących na dendrofobie.

Ale to nie koniec. Miejscy urzędnicy w swym szaleństwie postanowili godnie powitać nowy rok i już w połowie stycznia ponownie ruszyły prace przy wycince drzew w miejskim parku. Drwale  z miejskiego Zakładu Usług Komunalnych ruszyli do ataku na to co zielone i wycinają na potęgę. Spośród 72 przeznaczonych do wycięcia drzew najmniejsze to lipa drobnolistna o obwodzie około 10 centymetrów, największy kasztanowiec o ponad dwumetrowym odwodzie. Inne drzewa, które pójdą pod topór, to: graby pospolite, lipy drobnolistne, jabłonie, wiśnie, robinie białe, śliwy, mirabelki, a także po kilka sztuk takich gatunków jak klon jawor, klon pospolity czy wiąz polny. Tu też wyrębu dokonano za zgodą delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków.

Czym spowodowana jest ta „rzeź”? Tłumaczenie zazwyczaj jest takie samo. „Wycinki drzew były spowodowane głównie koniecznością przygotowania zaniedbanego przez dekady drzewostanu do rewitalizacji zabytkowych zespołów parkowych oraz skwerów. Wiele z usuniętych drzew posiadało znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę, co kwalifikowało je do wycinki z uwagi na występujące realne zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzi oraz mienia” – cytat z oficjalnego pisma ZUK. To zakrawa na straszliwą epidemie wśród drzew rosnących w mieście która powinni się jak najszybciej zająć dendrolodzy. Bo czy to możliwe żeby przez trzy lata prawie tysiąc czterysta drzew miało „znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę”.

Wycinka zawsze wzbudza emocje mieszkańców. Dlatego władza miejska tradycyjnie w ramach uspokojenia nastrojów społecznych głośno opowiada o licznych nasadzeniach które maja zastąpić drzewa które dopadły te mityczne (bo przecież kto tam może wiedzieć lub sprawdzić) „znaczne ubytki chorobowe”. Z tego co podaje Zakład Usług Komunalnych przez ostatnie trzy lata dokonano tylko 355 nowych nasadzeń drzew. Różnica miedzy tym co poszło pod topór, a tym co nasadzono jest zatrważająca. Ale magistraccy urzędnicy nadal mają dobry humor i głoszą prawdy objawione o tym że w parkach i na ulicach jest za duże zacienienie więc rżnąć trzeba, bo trawa nie chce rosną.

Moje miasto – to jak pisał w 1907 roku autor monografii historycznej – „należy do ładniejszych i czystszych miast prowincjonalnych Królestwa a przyczynia się to tego przedewszyskiem częściowa kanalizacja (…) oraz zadrzewienie niektórych ulic”. Przez długie lata mieszkańcy miasta cieszyli się wyjątkowo piękną przyrodą. Jednak przez ostatnie kilka lat władza robi wszystko co w jej mocy by to zmienić. Aż boje się pomyśleć, że to nie jest ostatnie słowo urzędników cierpiących na dendrofobie.

dziennik pesymistyczny

Gender! Danger! Niebezpieczeństwo!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Spotkany niedawno znajomy dziennikarz opowiadał mi o pewnej pani, która przez kilka lat z wielką regularnością odwiedzała jego redakcję. Pani ta podczas każdej wizyty miała zawsze w ręku lokalną gazetę i dyżurującemu dziennikarzowi z zawziętością i lekkim wzburzeniem wskazywała palcem odpowiedni artykuł, po czym go przekonywała: – Wy tu panowie o głupotach i o ( tu wstawiała odpowiedni temat z gazety) piszecie a przecież ten konkordat. Nie słyszałem więcej o tej pani zamęczającej miejscowych żurnalistów. Ale wiem dobrze, że gdzieś tam ulicami mojego prowincjonalnego miasta przechadza się jakaś pani czy pan dręcząc wszystkich, którzy chcą lub nie chcą słuchać, ciągłymi opowieściami o ideologii gender.

Ta pani z opowieści znajomego redaktora była jak to się mówi niegroźnie zakręconą. A szczególnie zafiksowało ją na punkcie kościoła i konkordatu. Taki mały, niegroźny, choć irytujący dziennikarzy bzik. Przypomniało mi się to teraz, gdy po raz kolejny wysłuchałem radiowej dyskusji polityków i duchownych o ideologii gender. Duch tej pani od „konkordatu” zawładnął polskim duchowieństwem, które oskarżone o zgniliznę moralną, rozpasanie, zepsucie seksualne na szybko potrzebowała wroga, z którym mogłoby się dzielnie zmierzyć w śmiertelnej walce. Był tylko jeden problem nikt za bardzo nie chciał w kościołem i z duchowieństwem rzymskokatolickim wojować, więc propagandyści kościoła wpadli na pomysł, że sobie tego arcywroga sami stworzą po czym zetrą się z nim w śmiertelnej walce.

Żyłbym pewnie w błogiej niewiedzy nie kojarząc nawet, że podgryza mnie ideologia gender gdyby nie jeden z drugim kościelny dziadunio. Nagle zostałem uświadomiony przez duchownych, że ja, moi znajomi, przyjaciele, moi sąsiedzi, ich dzieci i dzieci ich dzieci żyjemy wszyscy pospołu w śmiertelnym zagrożeniu ideologią, o której nikt poza wyspecjalizowanymi naukowcami do tego czasu nawet nie słyszał. I powróciła ta pani ze swoim lekkim fiksum – dyrdum na punkcie konkordatu tylko, że tym razem to ideologia gender.

Do nowej krucjaty przyłączyli się kolejni przegrani rycerze, którzy w walce z nowym szatanem chcą znowu zabłysłość. Politycy i duchowni po raz kolejny łapka w łatkę ruszają na wojnę, którą sobie sami wymyślili. O sprawie ideologii gender stało się głośno m.in. za sprawą listu pasterskiego przygotowanego na Niedzielę Świętej Rodziny, w którym biskupi przestrzegają przed ideologią gender. Nikt by o tym niebezpieczeństwie nie usłyszał, albo przynajmniej niewielu by o tym wiedziało gdyby nie reklama, jaką robi temu pustemu dla wielu słowu „gender” kościół katolicki. Nikt pewnie dziś, a nawet jutro, nie zastanawiałby się na tym i nie sprawdzał po słownikach czy w internetowych wyszukiwarkach znaczenia tego szatańskiego słowa oraz tego czym jest w zasadzie gender gdyby nie działalność wiecznie niedocenianych polityków tworzących dziwaczne zespoły parlamentarne do walki w wydumanym zagrożeniem.

A przecież wystarczy choć trochę poczytać aby przekonać się, że gender to nie ideologia, a społeczna i kulturowa tożsamość płci. Czy jak ja sprzątam w domu, gotuje, prasuje, piorę na równi z moją partnerką to wpadłem w szpony szatańskiej heretycznej ideologii? Jest tak, bo tak twierdzi jakiś dziaduniu? Bo jest o tym przekonana jakaś paniusia polityk od siedmiu boleści? Bo ja mam przypisana rolę społeczną? Mam od rana machać łopatą, bić młotem w fabryce, siedzieć na dupie w biurze? Jak wypiorę sobie skarpetki czy ugotuje zupę ogórkową to bozia mnie pokara za moją niemęskość? Może nie tylko biologia określa nas, ale po za nią także kontekst społeczny, kulturowy? To, co niosą ze sobą pojęcia kobieta i mężczyzna, jest nie tylko wyznaczone przez biologię, ale również przez role społeczne i narzucone nam społeczne oczekiwania.

Znam pewnego pana, który gdy mnie spotykał na ulicy zawsze podczas każdej naszej rozmowy jakimś dziwnym trafem zahacza o politykę. Zaczynamy rozmawiać o pogodzie…  a już po chwili dyskutujemy o polityce. Teraz dodatkowo rozmawiamy, to znaczy on głównie wygłasza monologi o niebezpieczeństwach związanych z gender. Kiedyś nie wytrzymałem i go wprost zapytałem, co to takiego ten gender, przed którym mnie tak zawzięcie ostrzega. – Dokładnie to nie wiem, ale w kościele mówili, ze to złe, to musi być złe – odpowiedział. I to chyba wszytko wyjaśnia.

dziennik pesymistyczny

Handlować w niedziele czy nie handlować

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Zakazać handlu w niedziele czy może nie zakazywać. Teraz każdy obywatel mojego miasta może po wypełnieniu specjalnej ankiety wyrazić teraz swoją opinie na ten temat. Wystartowały bowiem konsultacje społeczne dotyczące zasad niedzielnego handlowania.  Przez najbliższy miesiąc mieszkańcy będą mogli się wypowiedzieć, czy trzeba coś ograniczyć, czy całkowicie zakazać, czy pozostawić bez zmian.

W Polsce mamy takie swoiste zamiłowania do powszechnego zakazywania wszystkim wszystkiego. Nakazy, zakazy, rozporządzenia administracyjne. Pragnąc żyć w tym społeczeństwie przeciętny zjadacz chleba musi się ciągle zastanawiać, czy to, co w danej chwili robi nie jest przypadkiem zakazane. Wydaje się, że przeciętny Polak nie jest w stanie żyć i funkcjonować normalnie, jeśli mu się czegoś władza nie nakaże lub zabroni.

Jestem niepokojąco spokojny, co do wyniku konsultacji dotyczących zasad niedzielnego handlowania.  W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: Jeśli Bóg „odpoczął i wytchnął” w siódmym dniu (Wj 31,17), [to] człowiek również powinien „zaprzestać pracy” i pozwolić innym – zwłaszcza ubogim – „odetchnąć” (Wj 23,12). Szabat nakazuje przerwać codzienne prace i pozwala odpocząć. Jest dniem sprzeciwienia się niewolnictwu pracy i ubóstwieniu pieniądza” (KKK 2172). Przecież moje miasto jest bardzo przywiązane do wartości chrześcijański – jak mnie tu wielokrotnie zapewniano. Nie możliwe, więc jest, aby wierzący opowiedzieli się wbrew tym wartościom. Bo jakie to były wartości gdyby wynik konsultacji był inny? Trochę mi będzie szkoda tych niedzielnych zakupów, ale cóż demokracja. Siła większości. Trzeba jej ulec. Tak, to sarkazm. Ale na poważnie to chciałbym, choć raz zobaczyć katolików masowo stosujących się do zasad swej własnej wiary. Przy tych konsultacjach jest na to szansa.

Jeśli ktoś uważa się za katolika, za członka wspólnoty wyznaniowej, jaką jest Kościół Rzymskokatolicki to musi stosować się to zasad własnej wiary. A one są jednoznaczne i nie podlegają interpretacji. – Kto określa, czy wybór jest dobry czy zły? Kto określa rodzaj świętowania? – pytała mnie kiedyś pewna pani. Otóż zasady i wybory, i czy jest to dobre czy złe określone są dla katolika w katechizmie. Jest to synteza nauczania kościoła. Jedyna wskazówka postępowania dla katolika. I tam jest określony rodzaj świętowania. Wiara Rzymskokatolicka to nie forum dyskusyjne. To twarda, jednoznaczna religia ze ściśle określanymi regułami postępowania. Nie można być katolikiem negując lub interpretując przykazania kościoła. Dlatego Trzecie przykazanie Boże: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” jest jednoznaczne i niezmienne.

Ja „nie pouczam i nie oceniam” ja tylko pokazuje, że jeśli się siebie określa mianem katolika to trzeba przestrzegać zasad tej wspólnoty w stu procentach a nie tylko te, które uważa się za dobre dla siebie. Nikt niema prawa nazywać się katolikiem naginając lub wręcz obchodząc prawdy zawarte w Katechizmie. Ja nie mam monopol na prawdę, ale zasady KK są w tym względzie monopolistyczne i niezmienne.

A może powinno być tak, że Ci wszyscy, którzy z potrzeby i z ducha wiary, która ponoć wyznają nie chcą i nie powinni iść do sklepów w niedziele niech po prostu tam nie idą. Wszędzie słyszę, że większość naszego społeczeństwa to katolicy, więc może przyszedł czas na zaprezentowanie swoich przekonać i na unikanie niedzielnych wizyt w centrach handlowych. Jeśli tylko ten margines niewierzących i innowierców będzie wizytował sklepy w niedziele, to przecież każdy rozsądny przedsiębiorca zamknie interes, bo po prostu z braku klienteli nie będzie mu się to opłacało. Niech zwycięży wiara i ekonomia! Nie potrzeba żadnych zakazów handlu. Tak, więc bracia katolicy, jest Was ponoć dziewięćdziesiąt osiem procent społeczeństwa, nie inaczej jest pewnie w moim mieście. Pokażcie, na co was stać! Jeśli nie będzie Was w centach handlowych w niedziele przez dwa, trzy miesiące to pewnie i bez specjalnego zakazu handlu i tak będą zamknięte.  I bez specjalnego zakazu administracyjnego będzie się „dzień święty święcił”.

dziennik pesymistyczny

Bozia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Otacza mnie bylejakość. Byle jak, byle coś, byle mieć, byle zarobić, nakupić, nażreć się, napłodzić i narodzić bachorów, kupić jeszcze większy samochód, jeszcze większy dom, bogacić się, posiadać więcej niż inni. Nie myśleć za wiele, bo i po co. Nie interesować się. Nie dociekać. Nie modlić się, Biblii nie czytać, ale do kościoła, co niedziela iść, bo trzeba przecież pokazać się. Niech ludzie wiedzą, że to Polak i Katolik jak należy w dzień Boży i większe święta w kościele jest i komunie przyjmuje. On wierzy, on pacierze klepie, on krzyż w domu i w robocie na ścianie wiesza, on na samochodzie rybkę ma naklejoną, bo o Polak i Katolik. Obrazek Maryi, Papieża portret, krzyżyk złoty w szufladzie i gromnica od chrztu. Becik i kamyczek z Jasnej Góry. Jest też Biblia i kropidło, bo jak ksiądz po kolędzie chodzić będzie to jakże tak, bez Biblii? Nie uchodzi. Ale czytać tego nie czytał, bo i po co? Ksiądz w kościele czyta i wystarczy. On księdzem nie jest, to po co ma czytać? On nie lubi ateistów, bo one w Boga nie wierzą. On, Polak i Katolik wierzy, i nigdy się nad swą wiarą nie zastanawia. Dziadziunio wierzyli, ociec wierzył i on wierzy i dzieciaki wierzyć uczy. Tradycja.  On katolik, ale przecież postępowy. Przecie rozwód dla ludzi, seks przedmałżeński dla ludzi. On katolik, ale swoje wie, bo on Polak i Katolik i jak ksiądz bzdury gada, to on wie swoje i nikt go nie przekona.  To przecie jego własna wiara.

Tu jest ich miliony w Bozie wierzących. Tu większość przytłaczająca, ich prawa, tradycje i obyczaje. Ale już tylko czterdzieści siedem procent z nich wierzy w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. A w cuda dokonywane przez Jana Pawła II wierzy trzydzieści pięć procent. Bo Polak i Katolik jest racjonalny.  On swoje wie i w swoje tylko wierzy. Według sondażu przeprowadzonego przez TNS dla „Gazety Wyborczej” w Boga wierzy osiemdziesiąt jeden procent Polaków. Za to w trzecią osobę Trójcy Świętej, czyli Ducha Świętego czterdzieści procent Polaków. Polak i Katolik równie sceptycznie podchodzi do zagadnienia nieśmiertelności duszy (39 proc.), sprawiedliwego sądu po śmierci (39 proc.), a także niepokalanym poczęciu Maryi (38 proc.). W niebo wierzy 38 procent, ale w anioły już 35 procent. Podobnie jest z piekłem, w które wierzy 31 procent, ale w samego diabła już tylko 28 procent z Polaków Katolików. W czyściec zaś wierzy, co trzeci.

Dla Polaka i Katolika dogmaty deklarowanej wiary to kwestia jego widzimisię. On wierzy w to, co tam chce, a reszta go nie interesuje. Można w tych badań wywnioskować, że polski katolicyzm nie jest jeden dla wszystkich. To nie religia z wyznawcami, to raczej kółko dyskusyjne. Ile Polaków Katolików tyle wersji wiary. Nie żeby wynikało to z głębokich przemyśleń, bo raczej takie dostosowanie wiary to indywidualnych potrzeb. W najważniejsze dogmaty wiary chrześcijańskiej wierzy stosunkowo niedużo Polaków. Bo i po co? Jeśli życie wiodą byle jakie to i wiara ich byle jaka.  I niech Bozia im wybaczy.

dziennik pesymistyczny

Nie pseudo, lecz kibice

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kilkudziesięciu chuliganów identyfikujących się z klubami piłkarskimi z Chorzowa oraz z Katowic zatrzymała policja tuż przed rozpoczęciem uroczystości upamiętniających trzydziestą drugą rocznicę pacyfikacji kopalni Wujek. – Pseudokibice dążyli do konfrontacji, jednak udało się temu zapobiec – przekonywała mnie dźwięcznym głosikiem panienka z telewizyjnego okienka.

Nie tak dawno, bo kilka dni temu ponownie budziły mnie niestety tak dobrze mi znane ze słyszenia, głośne nocne okrzyki wychwalające potęgę i niezwyciężoność lokalnego klubu piłki nożnej. – Eeee!, ooooooleeeee! Eeeeejjjjjjaaaaa! Mistrzem jest…. Eeeeejjjjjjjaaaaa, ooooooleeeeee! Mistrzem jest… w miejscu kropek należałoby wstawić nazwę drużyny, ale nie chciałbym promować chuliganów – używając nomenklatury panienki z telewizji. Darły się po północy wniebogłosy męskie głosy.  Potem wyśpiewali jeszcze kilka zwrotek o tym, jak to bardzo nienawidzą jakiejś tam drużyny, której nazwy nie zapamiętałem, i pamiętać nie chce.  Bo bardziej wnerwiło mnie to wycie przechodzące w zawodzenie. Oczywiście jak to miłośnicy piłki nożnej mają w zwyczaju, poinformowali oni też przy okazji wszystkich wokół głośnym krzykiem z użyciem słów ogólnie uważanych za obelżywe o swoim stosunku do służb mundurowych. Następnie w prostych żołnierskich słowach wyrazili ci miłośnicy piłki kopanej nadzieję, że panowie w mundurach „zawsze i wszędzie” będą narażeni na wielkie niebezpieczeństwo, gdy nie będą pilnować swoich tyłów – że się tak wyrażę.

Przerwali mi sen. Ale i tak miałem wrażenie, że jawa jest przedłużeniem nocnego koszmaru, w którym uciekałem przed kibicami, którzy chcieli mi ręcznie zaszczepić miłość do swojej ukochanej drużyny. – Trzecia trzydzieści jeden – wymamrotałem do siebie. A za ciemnym oknem echo niosło radosny śpiew wychwalający drużynę piłki kopanej. – Czy im się zawsze musi to uwielbienie objawiać w nocy, jak ludzie śpią – gadałem sam do siebie?  Choć w zasadzie powinienem być im wdzięczny za to przebudzenie, bo wyrwali mnie z łap tych, którzy właśnie zabierali się do przekonywania mnie o wyższości drużyny „R” nad drużyną „B”. Zwlokłem się z łóżka i stojąc w oknie obserwowałem jak środkiem jezdni szło (choć to zdecydowanie na wyrost określenie) kilku młodzieńców w barwnych szalikach. Maszerowali wytrwale, choć niepewnie, wzajemnie się podtrzymując i widać było, że śpiew ich męczył, bo jak tylko zaczynali swoje wycie natychmiast rozkładali ręce na boki, jakby udawali samolot, czynili to pewnie by zachować równowagę zachwianą przez popisy wokalne. – Oj, zmęczeni – powiedziałem, bo widać było, że kroczenie sprawia im wyraźną trudność, choć nie hamuje ich zapędów wokalnych. – Nie, no zadzwonię – postanowiłem. Wzbierała we mnie chęć poinformowania służb mundurowych. – Przy okazji zobaczę, jak oni spełniają swoje seksualne groźby wobec policjantów – pomyślałem, choć bez większej nadziei na odwagę ze strony nocnych śpiewaków, co to ukochali tak bardzo lokalny klub piłki kopanej, że zapragnęli o tym poinformować wszystkich w okolicy. Tymczasem kibice w jakiś chyba nadprzyrodzony sposób przedefilowawszy pod moimi oknami, skręcili za róg ulicy i przez to ich skowyt przestał być tak dotkliwy.

Zrezygnowałem z obywatelskiego donosu do służb i poszedłem spać. I pewnie bym zapomniał o tym nocnym incydencie, gdybym znów nie zobaczył i nie usłyszał o pseudo – kibicach. – Trzeba to w końcu wyraźnie powiedzieć. Tak zwani pseudo – kibice nie istnieją. Przedrostek „pseudo” to wymysł służący mydleniu oczu; udawaniu, że sport nie ma nic wspólnego z przemocą i barbarzyństwem. Prawda jest taka, że tak zwani pseudo – kibice są właściwie prawdziwymi kibicami – tymi, którzy odsłaniają najgłębszą prawdę o sportowych rywalizacjach; ukazują ich podszewkę – powiedziała pewna Marta i ja się z szanowną Panią Martą zgadzam. Może starczy już tego mydlenia oczu. Czy wyobrażacie sobie jakiekolwiek inne środowisko kryminogenne, które jest tak pobłażliwie przez wszystkich traktowane? Nie, bo tylko sport i kibicowanie jest traktowane inaczej niż wszystko inne. Jest w jakiś zadziwiający lub może niezadziwiający sposób po za normalnym i tradycyjnym zachowanie prawa i jego przedstawicieli.

– We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on, bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlaczego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciw sobie, (…), dlatego zawsze wszystkie rządy są za sportem i przeciw kulturze – powiedział już dawno ale nadal jak najbardziej prawdziwie Thomas Bernhard. Bo w naszej epoce nie jest inaczej, jest bardzo tak samo.

dziennik pesymistyczny

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Krzyż w sali obrad Sejmu pozostanie. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił apelację posłów, którzy domagali się jego usunięcia, bo narusza ich dobra osobiste. Mnie ten symbol niczego nie narusza, co najwyżej mnie nie wzrusza. Krzyż w sejmie przypomina mi gdzie żyje. Jakie jest moje państwo Jakie jest to społeczeństwo, w którego towarzystwie przyszło mi wędrować ku wieczności na tym łez padole.

Z taką pewną dozą irytacji, ale jednak z zaciekawienia słuchałem jak kolejny państwowy sędzia uzasadnia obecność krzyża w polskim sejmie. Pani sędzina raz niczym Poncjusz Piłat umywa ręce od jasnych wyroków mówiąc, że przedmiotem rozstrzygnięcia sądu nie było rozstrzyganie politycznego czy światopoglądowego sporu dotyczącego legalności lub bezprawności umieszczania krzyża w Sejmie. A następnie spokojnie dodaje, że eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych. To iście Salomonowy wyrok. Nie wydaję wyroku w sprawie legalności, ale jednocześnie wskazuje, że wszystko jest w porządku.

Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy styczniowy wyrok sądu okręgowego. Pamiętam, że dużo się w nim mówiło o „zakotwiczeniu w zwyczaju”. Teraz też występujący w imieniu strony pozwanej radca Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa wnosił o utrzymanie w mocy zaskarżonego wyroku wskazując na znaczenie zwyczaju w prawie cywilnym i że krzyż w sali Sejmu wisi od szesnaście lat. Po raz kolejny sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale widocznie już wtedy kierowali się uwzględnieniem „zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” – cytując sędzinę sądu Apelacyjnego.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia Sądu Okręgowego zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmu w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Czy to jest dopiero początek zmian uzasadnionych „zakotwiczeniem w tradycji”? Może czas na weryfikacje innych praw i zasad? Po pierwsze: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną. A przecież pogoń za pieniądzem (który stał się już bogiem) od ponad dwudziestu lat jak nic jest zakotwiczona w naszej tradycji.  Po trzecie: Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Co jest naszym zwyczajem i tradycją można zobaczyć w każdą niedziele w najbliższym centrum handlowym. Po siódme: Nie kradnij. A tu z „uwzględnienie zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” na całego. Po ósme: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. A tu mimo, że „eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych” hulaj dusza. To tylko przykłady, ale pozostałe przykazania też udowadniają zdecydowany dysharmonię miedzy naszym zwyczajem „zakotwiczonym w tradycji” a prawem, nawet boskim. A co dopiero cywilnym. Bo widocznie „tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”.

dziennik pesymistyczny

Niewolnictwo

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mówisz, że jesteś wolny. Mówisz, że to wolny kraj, że teraz jesteśmy we własnym domu. Powtarzasz sobie i innym, że jesteś niepodległy, niezależny, że wszystko teraz zależy od Ciebie. Możesz wszystko. Masz ogrom możliwości. Czy na pewno? Wskazujesz na konstytucje. Na jej zapisy. Na prawa obywatela. Prawa Europejczyka. Prawa człowieka. Na całe listę praw.

Jakich praw? Urodziłeś się z miażdżącym długiem. Od dzieciństwa jesteś dłużnikiem. Nie z własnej woli, ale z przymusu społecznego stałeś się obywatelem państwa z długiem publicznym. Codziennie coraz bardziej się zadłużasz. Czym dłużej żyjesz tym bardziej stajesz się dłużnikiem korporacji czy państwa i jego instytucji. Patrzałeś na rodziców pozbawionych nadziei. Bo nawet jak kupili niezależności lub władze to i tak winni byli w zamian choćby tylko posłuszeństwo. Jeśli okazali się nieprzystosowani to ich jedynym prawem była i jest praca aż do śmierci.   Zawsze pracujesz i zawsze pozostajesz dłużnikiem. Nigdy nie spłacisz swojego długu, bo zawsze komuś coś będziesz winny. Masz prawa, które wspierają tylko twoje obowiązki. Jesteś zamknięty w szczelnym świecie zakazów i nakazów.

Nigdy się nie uwolnisz. To nigdy się nie stanie, ponieważ wszystko, czego potrzebujesz Oni dostarczają. Certyfikują. Upoważniają. Redagują. Twoje schronienie, Twój dom, Twoje mieszkanie tylko częściowo jest Twoja własnością. Ile z tego należy do banków? Poprzez kredyty, zastawy, hipoteki. Ile płacisz wolnością za poczucie zwodniczego bezpieczeństwa? Godzisz się na pewne formy cenzury i inwigilacji w imię bezpieczeństwa obywatela.  Ile płacisz za iluzje ratowania twojego życia i zdrowie? To korporacje dostarczają twoje jedzenie. Posiadają patenty na leki. Dostarczają ci propagandowej informacji. Kto dostarcza twoja wodę? Ile za nią jesteś winny? Jak długo za nią będziesz jeszcze zdolny zapłacić? Jaka korporacja zapewnia ci prąd? Kto sprzedał Ci ubranie? Zastanawiałeś się, dlaczego prawie wszystko działa tylko około dwóch lat? Byś musiał kupić nowy? Uzależniłeś się od pieniędzy. Od zarabiania i wydawania. Pieniądz stał się Bogiem. Wyprał Cię z moralności. Mówisz: „w idealnym świecie wszystkie opcje byłyby za darmo. Niestety rzeczywistość jest inna…” Twierdzisz że „jak życie skopie ci za przeproszeniem d*pę i nie będziesz miał co do garnka wstawić to rozpłaczesz się i tyle po twoim różańcu.. bo pieniądze z nieba nie spadną, a te historyjki o tym jak św Paweł, srebrniki czy o tym jak łódka się kołysała nie maja odniesienia w dzisiejszym świecie”. Czyli rzeczywistość nie zależy już od Ciebie? Nie możesz ją zmieniać, gdy nie jest idealna? Nie ma też już wiary? Nie ma nadziei? Jest chciwość.

Ciebie już nie ma. Nie istniejesz sam dla siebie. Nie jesteś już wolny, choć zapewne jeszcze o tym nie wiesz i istnieje duża szansa że nigdy się o tym nie dowiesz. Nie jesteś niezależny. Nie podejmujesz samodzielnych decyzji. Po za tymi, które zmuszą Cię do oddalenia się od systemu, czyli życia na jego krawędzi. Czym bardziej kontestujesz zastany porządek świata, tym bardziej on wypycha Cię poza społeczeństwo. „Jednostka zerem, jednostka niczym”. Przez dwadzieścia pięć lat dokonano tylu reform, tylu zmian, ale jednostka nadal jest zerem, jest niczym. Politycy się zmieniają, ale układ trwa. Władza jest celem samym w sobie. Pieniądz jest bogiem. Zarabianie jest celem. Władza i pieniądze nie mają poglądów politycznych. Są bezpartyjne. Pieniądz i władza nie maja kolorów klubowych. Nie mają wyznania. Nie mają narodowości.  Wszelkie systemowe rewolucja dawały i dają nadal tylko zmianę ciemiężyciela.

To wszystko wrzuca Cię głębiej w otchłań niewolnictwa.

dziennik pesymistyczny

499

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Moje oczy nie widzą tego, co pragnę zobaczyć. Ciało nie czuje tego, do czego się wyrywa. Usta nie mówią, bo im ktoś nie pozwala. Dłonie nie dotykają, bo nie mogą dotykać. Sam wśród tak wielu. Sam w swojej samotności. Przegrany. Poniżony. Schorowany. Beznadziejny. Bezsensowny. Stoję i patrzę na swoje odbicie w lustrze. Oto Ja! Kiedyś tak dumny z tego mojego Ja. Teraz już bardziej niepewny swojego „Ja”. Teraz coraz bardzo obcy sobie. Czy to nadal Ja? Czy już nie „Ja”? Ale wiem, że istnieje. Jestem tu nadal. Choć przemijam coraz szybciej i szybciej, to jednak nadal coś odczuwam. Jestem tu! Czegoś pragnę. Coś kocham choć beznadziejnie. Puki żyje, to przeżywam. Odczuwam. Cierpię. Chce! Łaknę! Potrzebuje! Puki życia, puki oddychania… zawsze będzie we mnie pragnienie. I choć bym cały był już zbudowany z przemijania, to i tak nieprzestane kochać i potrzebować kochania.

Jestem taki sobie bliski, a taki jednak w sobie daleki. Samotny, pusty, sflaczały, słaby. Sam bez miłości upragnionej.  Sam bez kochania. Beznamiętny. Bezużyteczny. Taki niczyj. Teraz gdy się zatrzymałem przyglądam się sobie. Oto moje oczy, co już nie zobaczą. Oto moje usta, które nie poczują. Oto moje dłonie, które nie dotkną. Oto moje ramiona, w których już nie zamknę. I chociaż będę widział, czuł i dotykał, to już nie tak jak bym tego chciał.  Tak jak tego pragnę. Oto ja – tak bardzo niepotrzebny. Oto moja męskość tak bezużyteczna. Oto jestem. Taki beznadziejny. Oto moja samotność. Oto moje ciało. Oto ja – tak bardzo nieważny. Moje przeznaczenie. Moja rozpacz. Moja niepewność.

Wdepnąłem w śmiertelność jak w kałuże na chodniku. Nasiąkam jest brudem. Spada na mnie kroplami jak deszczem. Czuje chłód tej ostateczności. Zimno wieczności wpływa we mnie. Wilgoć niebytu przenika mnie do dreszczy. Nasiąkam mim. Wdycham je. Napełniam nim płuca. Przenikam niebytem. Upływam. Znikam. Rozpływam się w samotności. Przestaje istnieć. Taki niezauważalny. Nieobecny. Samotny wśród ludzi i samotny bez nich. Coraz bardziej nieistniejący. Niezauważalny. Nietolerancyjny. Nieinteresujący. Taki za bardzo i nie bardzo. Za mało i za dużo. Taki nie w sam raz. Taki za bardzo pusty i za bardzo pełny. Taki nierokujący. Niezarabiający. Niewypłacalny.  Niedążący. Bezcelowy. Nieprzystający. Za bardzo wątpiący.  Za mało chory i za bardzo schorowany. Za głupi i za mądry. Niezauważalny. Obcy. Nie ten.

Żyje sobie obok. Istnieje z dnia na dzień. Trwam. Jestem powtarzalny. Jestem niezaskakujący. Jestem nie rozrywkowy. Niezabawowy. Nietaneczny. Nietowarzyski. Nierodzinny. Nieprzysiadalny. Ale za to nadmiernie kochający. Za dużo pijący. Za bardzo przytulający. Irytujący. Za bardzo potrzebujący. Nierealistyczny. Za bardzo chcący. Za bardzo proszący. Za mało dający i za dużo biorący. Za bardzo potrzebujący. Za bardzo domowy. Rutynowy. Powtarzalny. Niezaskakujący. Udomowiony. Wciąż kochający.

„Ile wiary fałszywej tyle męki komicznej tyle śmiesznej tęsknoty tyle miłości próżnej”