Tag Archives

108 Articles

dziennik pesymistyczny

Dominujące cechy narodowe, czyli jak o mało nie popełniłem samobójstwa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

I choćbym nawet nie chciał, choć bym się przed tym bronił, to okazało się, że jestem prawdziwym Polakiem. Posiadam wiele cech przypisywanych mojej nacji i choć niektóre chciałbym zwalczyć, to moja polskość zawsze we mnie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Teraz też tak było. Mimo strachu ruszyłem przeciw wrogim siłom przeważającym, aby walczyć o honor i o własne przekonania.

I choć nie tak jak dziadowie z szablą na wroga, nie tak jak ojciec antyrządowo, to i ja nie gorszy, i choć szans nie miałem to bez namysłu ruszyłem do walki. Bo choć nie było wojny i wróg nie stał w granicach, to jednak nawet drobna, a już jeśli wielka krzywda się dzieje Polakowi, gotów on rzucić się na nieprzyjaciela nie bacząc na swoje predyspozycje ani szanse na wygraną. I choć tak przy spokojnej rozmowie przysiągłbym, że ja nigdy nie szarżowałbym z szabelką za nic mają śmierć a honor ponad wszystko to stało się inaczej. Jak mnie krew zalała to stawałem się jak dziadowie, i choć wróg nie wart był mojego zaangażowania, a i sprawa przyziemna była a nie ojczyźniana, to rzuciłem się jak Dawid przeciw Goliatowi z tą tylko różnicą, że tym razem słabszy – czy ja – sromotnie przegrał starcie.

Ja tam jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jak mnie kto zeszli to najgorsze czy jak kto woli najlepsze cechy narodowe zamieniają mnie w wojownika, choć przyznaje bez umiejętności za to z zapałem. W imię obrony honoru niewiasty i w imię własnych przekonań rzuciłem się do starcia z neandertalczyka na sterydach, koksem karmionym chłopem. No, muszę przyznać, że matka ziemia, ojczyzna nasza ukochana, wykarmiła małorolnego na pokaz. Wielgachne było chłopisko, i na siłowni nie tylko kark wyhodował pokaźny i okazały, więc szanse na wygraną miałem marne jak nie żadne, ale to mnie przecież nie powstrzymało.

A ja? Cóż, ja to mizerota, no może nie ze względu na masę ciała, ale na pewno na siłę mięśni.  Tak to jest jak się ma genetycznie naznaczony wstręt do wysiłku fizycznego. Ja to bardziej taki podobny do Woody’ego Allena jestem, no dobrze bardziej z postury, więc sami rozumiecie, że żaden ze mnie komandos ani mistrz sztuk walki. Rozum podpowiadał – zostaw, nie warto – to jednak geny narodowe zwyciężyły i rozpocząłem szarże na wroga nie bacząc na niebezpieczeństwo.  Ostatni przebłysk zdrowego rozsądku kazał mi wyrównać szanse narzędziem zemsty, ale i tak na wiele nie to zdało. Gdy krwawa mgła zalała mi zmysły, gdy stawałem dzielnie, choć niezdarnie, to nie zastanawiałem się nad konsekwencjami, tylko walczyłem. I przegrałem.

Jak można się było się spodziewać nierówna walka zakończyła się dla mnie sromotną klęską. Teraz obolały mam czas na refleksje. Może i w duszy mam wojownika, ale to na nic. Predyspozycje ciała i umiejętności mam nieadekwatne do wizji swojej osoby. Ale czy zrobiłbym to jeszcze raz? No pewnie. Bo przecież jestem Polakiem, więc choćby dlatego. Dlatego jeśli trzeba to na śmierć, no jeśli nie na śmierć to przynajmniej nie zważając na urazy i złamania.

Nie wiem co tworzy świadomość narodowości. Na pewno nie przypadkowość miejsca urodzenia, więc może wychowanie, presja społeczna, historyczne oddziaływanie szkoły? A może to genetyka? Może Polak zachowuje się jak Polak, bo ma specyficzne, właściwe tylko tej narodowości cechy charakteru. Ja tak się zachowałem. Choć zdroworozsądkowo wiedziałem, że przegram i narażam się na dotkliwe pobicie to jak straciłem nad sobą kontrole, to jak prawdziwy Polak, nie zważałem na nic i rzuciłem się bronić przekonań i honoru. No i jak to często u nas bywa przegrałem. Ale przecież jak prawdziwy Polak czuje, że jednak jestem moralnym zwycięzcą.

dziennik pesymistyczny

Obowiązek meldunkowy wiecznie żywy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Podczas świątecznych porządków wpadł mi w ręce fragment broszurki wydanej nielegalnie pod koniec PRL-u. Autor artykułu traktującego o zniewoleniu Polaków przez uwcześnię rządzących wymieniał tam kilka przykładów, jakimi to system komunistyczny gnębi społeczeństwo. Jednym z podstawowych oskarżeń przeciw PRL-owskiej władzy a jednocześnie koronnym przykładem łamania podstawowych praw człowieka i obywatela był dobrze nam znany obowiązek meldunkowy.

Czy to nie dziwne, że minęło już przeszło dwadzieścia pięć lat nowej, wolnej, przecież o wiele lepszej Polski a ten obowiązek, który swoje początki ma jeszcze w czasach stalinowskich nadal nas niewoli i gnębić będzie jeszcze długo. A przecież dawna opozycja to teraz nasza demokratycznie wybrana władza. Przecież nie powinno być już kłopotów ze zniesieniem tego, co za PRL-u było tak znienawidzone? I tak dawnym opozycjonistom przeszkadzało.

Obowiązek meldunkowy miał być zniesiony już bardzo dawno temu. Ale jak to bywa w naszej krainie uśmiechu, coś tam się nie udało, coś nie bardzo zagrało i tak już mija ćwierć wieku obowiązku meldunkowego obowiązującego w wolnej Polsce. – Międzyresortowy Zespół ds. Przygotowania Administracji Rządowej do Zniesienia Obowiązku Meldunkowego zarekomendował pozostawienie obowiązku rejestracji miejsca zamieszkania w obecnie obowiązującej formie – przyznała rzeczniczka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Opinia tego zespołu o tak wspaniałej nazwie jest istotna i wielce zabawna jednocześnie, bo przecież tylko u nas może istnieć komisja, która miała przygotować zniesienie obowiązku meldunkowego a zarekomendowała jego pozostawienia.

Obowiązek meldunkowy polega na zameldowaniu się lub wymeldowaniu z miejsca pobytu stałego lub czasowego, zgłoszeniu wyjazdu lub powrotu poza granice Rzeczypospolitej Polskiej z zamiarem stałego pobytu, jak i bez takiego zamiaru, ale na okres dłuższy niż sześciu miesięcy. Ciąży zarówno na obywatelach RP jak i na cudzoziemcach. Powyższej powinności dopełnić należy w ciągu trzydziestu dni od dnia przybycia do miejsca pobytu stałego.

Dlatego pamiętaj obywatelu krainy wolności Rzeczypospolitej Polskiej! Masz ponadto obowiązek meldować się podczas urlopu, deklarować swoje wykształcenie i stosunek do służby wojskowej. Właściciele, dozorcy i administratorzy nieruchomości pamiętajcie! Macie prawny obowiązek donoszenia na niezameldowanych lokatorów. Tak sobie pomyślałem, może trzeba jeszcze raz opublikować broszurkę wydaną przed trzydziestu laty? Tak dla przypomnienia o co walczyła dawna opozycja która teraz jest u władzy . Bo jak widać punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia. Inaczej było w dawnej opozycji inaczej jest w ławach rządowych.

dziennik pesymistyczny

Kronika policyjna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 – W poniedziałek, 4 listopada, o godzinie 8:10 dyżurny straży miejskiej otrzymał interwencje, iż na ulicy Kilińskiego przy Staszica dochodzi do kradzieży płotu – przeczytałem na stronie pewnego lokalnego portalu informacyjnego. Po lekturze takich wiadomości zawsze dręczą mnie pytania czy sprawcy dokonali tego czynu zabronionego zwyczajnie z biedy czy też może, aby się wzbogacić na sprzedaży desek z płotu? Czy do tego straszliwego czynu pchnęła ich chęć zdobycia kilku złotych na chleb (nawet taki w płynie) czy raczej sprawcy chcieli po dokonaniu kradzieży zysk ze sprzedaży płotu wpłacić do banku i potem żyć w bogactwie do końca życia?

Chętnie poznałbym tło tych wydarzeń. Dowiedziałbym się czegoś więcej. Ale takie notki zawsze są takie suche. Zawsze mam wrażenie, że ich autorem nie jest dziennikarz, który w pocie i trudzie studiował ten trudny zawód latami lub zdobywał doświadczenie zawodowe przez lata, lecz policjant lub strażnik miejski, który zwyczajnie sporządził notkę z interwencji.  Potem zapisek trafił faksem lub maile do redakcji aby następnie w niezmienionej formie znaleźć się na stronie wśród innych doniesień, informacji oraz artykułów.

„Na miejsce wysłano patrol straży miejskiej, funkcjonariusze ujęli dwóch mężczyzn” – czytam dalej i znów z podświadomości do świadomości pcha mi taka chęć, aby poznać tło wydarzeń. Tak bardzo chciałbym poczytać jak przebiegła interwencja. Poznać jakieś szczegóły tej niebezpiecznej misji funkcjonariuszy straży miejskiej. „Na posesji stwierdzono rozłożoną część płotu w tym również deski drewniane” – przeczytałem i to był błąd, bo teraz będzie mnie męczyć pytanie bez odpowiedz: z jakiegoż to materiału wykonana była „rozłożoną część płotu”. Bo przecież, jeśli „w tym (były) również deski drewniane” to jakież, motyla noga, były te inne części niedrewniane?

„Jeden z mężczyzn przyznał się do kradzieży płotu” – donosi portal informacyjny. No dobrze, jeden ze sprawców się przyznał, a co drugim? Zaprzeczał? Nie przyznawał się? Twierdził, że tylko przechodził kierując swe kroki do kościoła? Nic o nim nie wiadomo. Wiadomo za to, że „sprawców zdarzenia przewieziono na I komisariat policji, gdzie zostali przekazani do dyspozycji oficera dyżurnego”. No tak, dobrze, ale nadal nie dowiedziałem się jak ich losem zadysponował oficer dyżurny? Co się z nimi stało? Same zagadki. Psia kostka, zawsze tak jest, że takie notki rodzą więcej pytań niże odpowiedzi.

dziennik pesymistyczny

Statystyczne znikniecie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Choć już siódmy miesiąc spada wskaźnik bezrobocia, liczba osób, które podjęły pracę, jest mniejsza niż przed rokiem – przeczytałem na stronach gazety, której przyznaje, najczęściej nie czytam gdyż zajmuje się ona dziedzinami życia społecznego, które interesują mnie tylko w stopniu minimalnym czyli polityką, ekonomią lub gospodarką. W tej prasowej notatce nie to mnie zainteresowało, że już siódmy miesiąc wskaźnik bezrobocia sobie spada, ale to, że mimo tego iż statystycznie coraz mniej jest w naszym kraju ludzi bez pracy to jednak osób, które podjęły prace nie jest wcale więcej. To jakieś wielkie statystyczne znikniecie? Zapewne jest kilku znawców tematu, ekonomistów czy innych speców od gospodarki, którzy z łatwością wyjaśnią, dlaczego zniknęło tylu bezrobotnych, którzy nie pojawili się w statystykach jako pracujący, ale ja znalazłem własne wyjaśnienie. Nie musiałem długo szukać, bo w tej samej gazecie odkryłem notkę informującą o lawinowo rosnącej liczbie samobójstw w Polsce. Autor informował o tym, że samobójców mamy już niemal dwa razy więcej, niż ofiar wypadków drogowych. W samobójstwach tracą życie głównie mężczyźni, którzy już wcześniej coś stracili. Na przykład pracę, pozycję, pieniądze. Nie trzeba dużo oby skojarzyć fakty i wysnuć tezę, że ta zaginiona liczba obywateli, która zniknęła ze statystach bezrobotnych, a nie pojawiła się, jako statystyczni pracujący – po prostu nie żyje.

Według badań naukowców „polskich, zagranicznych i amerykańskich” najczęściej odchodzą z tego świata osoby które straciły pracę. Czyli znów pojawia się idealne dopasowanie. Stracili pracę, byli bezrobotni, przestali być bezrobotni, bo nie żyją. Nie podjęli pracy, bo odeszli z tego łez padołu. W naszym nowym kraju szczęśliwości, który od dwudziestu pięciu lat jest miejscem, w którym nowym bogiem stał się pieniądz, kariera i pozycja w społeczeństwie, coraz więcej osób nie wytrzymuje pogoni za szczęściem.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała statystyki dotyczące liczby samobójstw na świecie. Według danych tej instytucji, co roku życie odbiera sobie osiemset tysięcy osób – czyli co czterdzieści sekund ktoś popełnia samobójstwo. W wielu europejskich krajach to już najpowszechniej występująca choroba. Podobnie jest w Polsce, choć tu władza zdaje się kompletnie nie dostrzegać problemu. Fala samobójstw przybrała już rozmiary epidemii, ale tak jakby prawie nikt tego nie zauważał. Do tego dochodzą nerwice, lęki, depresja, wypalenie zawodowe, ale to nadal często nie są tak do końca w mniemaniu wielu urzędników „prawdziwe” choroby. Prawie dwadzieścia trzy procent Polaków może cierpieć na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne – jak wynika danych Komisji Europejskiej, ale spróbujcie pójść na chorobowe z powodu wypalenia zawodowego. Życzę powodzenia w przekonaniu na przykład urzędników ZUS-u, że jesteście naprawdę chorzy i należą się Wam gwarantowane prawem świadczenia.

Jak widać w naszym domu wolności, tej świątyni nowego ładu społecznego o dwudziestopięcioletniej tradycji nie ma miejsca dla osób słabszych, nieprzystosowanych czy zwyczajnie chorych. To kraj sukcesu, gdzie chorzy na depresje czy nerwicę psują pozytywny wizerunek ludziom sukcesu. Bo przecież statystycznie jest coraz lepiej, a tych, co już nie ma… no, po prostu nie ma. Zniknęli ze statystyki, ze spisu mieszkańców, wyborców czy bezrobotnych. Zostali wykreślani z listy podatników i świadczeniobiorców. Może to taka lekko sterowana przez bierność władzy selekcja naturalna? Kto wie, ważne że statystycznie żyje nam się lepiej.

Dane statystyczne za newser.com.

dziennik pesymistyczny

Nasi okupanci

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Od wczesnego lat młodzieńczych, od dzieciństwa prawie, miałem taką wdrukowaną w podświadomość niechęć do wszelkiej władzy. A już szczególną – miałem i mam – fobie na punkcie tych co mnie pouczają. Nie lubię, no wprost mnie trzęsie, jak ktoś mnie szkoli jak mam żyć narzucając mi swoje zasady moralne. Ale oczywiście ironia jest podstawą mojej egzystencji na tym łez padole. Zrządzeniem losu lub za sprawą siły wyższej urodziłem się, wychowałem i żyje w miejscu gdzie prawie każdy każdego poucza jak ma żyć. Do mistrzostwa w nauczaniu i nawracaniu na siłę doszli w kraju nadwiślańskim ludzie, którzy sami siebie zwą katolikami. Oni nie ograniczają się do życia według zasad własnej religii, oni muszą pouczać innych bo… bo inaczej się uduszą.

– Nie damy nigdy przyzwolenia na promowanie tak zwanych związków partnerskich. Nie godzimy się na stosowanie niemoralnej metody poczęcia dziecka, zwanej metodą in vitro – powiedział nie tak dawno pewien dziadyga. Cóż – pomyślałem – niech sobie chłopina żyje jak chce. Co prawda nie zauważyłem, żeby żył w związku rodzinnym jak sam nakazuje i naucza, tak po bożemu, z kobietą i z nią dorobił się gromadki dzieci, ale co tam, niech dziadkowi będzie. On nigdy nie da pozwolenia na związki partnerskie, choć sam od lat żyje wśród mężczyzn i nie wiadomo tak do końca jakie oni tam mają ze sobą związki, ale to jego sprawa nie moja. Pewnie nie partnerskie, tylko takie bardziej feudalne te ich związki, ale jak kto woli, niech sobie żyje jak chce. Ale okazuje się, że pan w śmiesznej czapce to mnie nie da pozwolenia, żeby sobie żył w konkubinacie. Co do siebie to on tam nie będzie stosował swoich zasad. On mnie chroni przed grzechem.

Starowinka, choć nie wiem czy kiedykolwiek ciurlał – jak mawiał pewien Szyszkownik – i pewnie (ale kto to może tak naprawdę wiedzieć) nie dorobił się potomka w zbożny sposób teraz postanowił umoralnić innych. Wpadł na pomysł żeby wyznać, że nie godzić się na „stosowanie niemoralnej metody poczęcia dziecka, zwanej metodą in vitro”. No i co? No i nic w zasadzie, bo przecież nikt staruszkowi nie każe od razu stosować takiej metody rozmnażania się. Niech sobie tam po staremu robi, co tam robi lub nie robi. Przecież go nikt siłą nie zmusza do metody in vitro. Ale po co się na siłę zabiera za nawracania tych, co dalecy są od jego poczucia moralności?

Takie słowa katolickich udzielnych władców tak naprawdę nie powinny mnie nic obchodzić. Przecież staruszek coś tam powiedział to swoich poddanych w wierze, oni do słów kapłana się zastosowali i od tego dnia nie dają przyzwolenia na związki partnerskie i nie korzystają z poczęcia dziecka metodą in vitro. Chcą tak żyć, wybrali taka drogę, proszę bardzo, niech sobie żyją jak chcą. I po sprawie. Ale nie, nie w Polsce, nie katolicy, oni nie odgraniczają się do stosowania zasad własnej wiary do samych siebie. Oni muszą pouczać innych. Na siłę wpajać, pouczać, zakazywać, nakazywać i karać. Bo przecież świat by przestał istnieć gdyby ktoś żył inaczej niż oni. Jak psy ogrodnika – same nie zeżrą, a innym nie dadzą.

Coraz więcej jest wokół mnie osób, które za wszelką cenę i na wszelkie sposoby pragną mnie uszczęśliwić na siłę. Fundamentaliści katoliccy dyktują mi, co jest sztuką a co nią nie jest. Mówią mi z kim mam wziąć ślub, w jaki sposób i gdzie to zrobić. Staruszkowie i mężczyźni, którzy nigdy nie mieli swoich dzieci pouczają mnie jak mam się ich dorobić. To jakiś obłęd. Czy ja im mówię, co mają czynić? Nie! To dlaczego mnie jakiś dziadek poucza. Po co rzymscy katolicy narzucają mi swój zabobonny ogląd świata. Oni wiedzą lepiej ode mnie, co mam oglądać, co czytać, czego słuchać? W myśl własnych przekonań zmieniają moje życie. Nakazują mi, co mam jeść i kiedy mam czegoś nie jeść, kiedy mam robić zakupy a kiedy mam tego nie robić. Postępują w myśl zasady – parafrazując słowa Szyszkownika Kilkujadka – my was będziemy tak długo kochać, aż wy nas wreszcie pokochacie.

– Gdziekolwiek wyłoni się paląca kwestia, w której ludzie głowią się i radzą, co czynić, aby na świecie było trochę lżej i trochę jaśniej, natychmiast wysuwa się złowroga czarna ręka i rozlega się grzmiący głos: „Nie pozwalamy! Nie wolno wam nic zmienić, nic poprawić. Wszystko musi zostać po dawnemu; niczego tknąć nie pozwolimy z gmachu ciemnoty i ucisku. Ktokolwiek chciałby ulżyć doli człowieka na ziemi, sprzeciwia się prawu Boga, sprzeciwia się woli bożej”- pisał w latach trzydziestych ubiegłego wieku Tadeusz Boy-Żeleński w książce „Nasi okupanci”. No i nic się nie zmieniło.

dziennik pesymistyczny

Bajzel z przyczyn formalnych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Wg posiadanych informacji od inwestora tj. Wodociągów Miejskich oraz MZDiK inwestycja nie jest zakończona z przyczyn formalnych i nie można wskazać dokładnej daty wykonania prac porządkowych przez wykonawcę – przeczytałem (choć sam nie wierzyłem w to co czytam) w mailu od Komendant Straży Miejskiej. Wygląda na to, że szef strażników miejskich sugeruje mi żebym przyzwyczaił się do bajzlu, jaki panuje przy jednej z głównych ulic mojego miasta, bo on nic nie może zrobić z przyczyn formalnych. Teoretycznie to ja spodziewałem się takiego obrotu sprawy, bo niczego dobrego nie można się spodziewać po urzędnikach. Praktycznie to mnie to jednak niemiłosiernie wkurwiło.

Ponad rok temu wstecz, ale naprawdę nie wiem dokładnie kiedy, bo początek tej miejskiej inwestycji zniknął gdzieś o pomroce dziejów, miejskie spółki rozpoczęły wymianę kanalizacji pod i przy jednej z głównych ulic mojego miasta. Jak to często bywa ktoś w padł na pomysł, że ziemię z wykopów oraz inne odpady pobudowlane nie będą wywożone gdzieś daleko od budowy, bo lepiej je składować na wolnej działce obok budowy. I tak oto za zgodą anonimowego urzędnika wyrosły przed moimi oknami góry. Zwały ziemi, piachu, kawałków betonu, płyt chodnikowych, bruk z jezdni oraz kopczyki skamieniałego asfaltu. Po prostu sterty śmieci. Gdy robotnicy zniknęli z okolicy postanowiłem sprawą składowiska odpadów zainteresować straż miejską. Naiwnie myślałem, że przecież instytucja powołana do pilnowania ładu i porządku w mieście wesprze moje starania o likwidacje gór śmieci i ziemi z przed moich okien i przywrócenia na tym terenie zieleni. Napisałem więc list i nawet dostałem odpowiedź, którą pozwolę sobie zacytować.

W odpowiedzi na Pana e-maila z dn. 19.02.14 r. dotyczącego składowania materiałów budowlanych na terenie zlokalizowanym przy ulicy (…) informuję, że zezwolenie na powstanie składowiska zostało wydane przez inwestora budowy sieci kanalizacyjnej tj. Urząd Miejski (…) Wykonawca po wykonaniu prac tj.: planowane zakończenie kwiecień 2014r. jest zobligowany do przywróceniu ww. terenu do stanu pierwotnego. Podpisał sam Komendant Straży Miejskiej.

Poczekałem do połowy maja i gdy nic się nie wydarzyło. Góry ziemi i śmieci pobudowlanych trwały niezmienione, postanowiłem jeszcze raz napisać do komendanta.  – W odpowiedzi na Pana e-maila z dn. 13.05.2014 r. dotyczącego składowania materiałów budowlanych na terenie zlokalizowanym przy (…) informuje, że termin wykonania prac został przedłużony do końca czerwca 2014 r. – usuwanie usterek – napisał do mnie komendant.

Jak już na zwałowiskach wyrosły dwumetrowe chwasty oraz małe drzewka postanowiłem przypomnieć strażnikom o sprawie. I ponownie napisałem list. – W odpowiedzi na Pana e-maila z dn. 10.07.2014 r. dotyczącego składowania materiałów budowlanych na terenie zlokalizowanym przy ulicy (…) informuję, że wg posiadanych informacji od inwestora tj. Wodociągów Miejskich oraz MZDiK inwestycja nie jest zakończona z przyczyn formalnych i nie można wskazać dokładnej daty wykonania prac porządkowych przez wykonawcę – napisał tym razem szef strażników porządku w moim mieście.

Teraz mogę zapomnieć o sprawie. Nie mam co pisać do komendanta, bo to jak pisać na Berdyczów. Nie da się ustalić, kiedy oni tą inwestycje skończą, więc nie można określić dokładnie terminu zakończenia prac porządkowych. Czy równie dobrze może taki stan rzeczy trwać rok jak i dziesięć lat czy dwadzieścia. I nikt tu nie dostanie mandatu, bo przecież inwestycja trwa, nie jest zakończona ze względów formalnych i tak trwać może sobie latami. A góry śmieci niech porastają chwastami.

Jaki ja czasem jestem naiwny.   Sam się sobie dziwie, że po tylu latach życia, po tylu latach doświadczeń z władzą jeszcze prostodusznie wierze rządzącym. Przecież powinienem wiedzieć, że jeśli inwestorem są miejskie spółki czyli Wodociągów Miejskich oraz Miejski Zakład Dróg i Komunikacji, to instytucja miejska jaką jest Straż Miejska nie zrobi krzywy magistrackim firmom, bo to przecież jedna wielka rodzina. –  Kruk krukowi oka nie wykole – mówi mądrość ludowa i w tu się doskonale sprawdza. Nie ma co się skarżyć do straży miejskiej na innych miejskich urzędników lub magistrackie firmy, to bezcelowe, nikt z nich nigdy nie dostanie za swoje błędy nawet mandatu, bo zawsze znajdzie się kilka „względów formalnych”. A że „nie można wskazać dokładnej daty wykonania prac porządkowych przez wykonawcę” więc nie pozostaje mi nic innego jak przyzwyczaić się do bajzlu za oknem.

dziennik pesymistyczny

Kasa napędzana prądem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Duży może więcej- to hasło sprawdza się doskonale jako ilustracja bezczelności którą wykazała się pewna wielka korporacja. Pewna starsza pani płaciła do niedawna za prąd około stu złotych miesięcznie. Pewnego dnia dostała fakturę na ponad 11 tysięcy złotych za energię zużytą przez trzy miesiące. Kobieta jest osobą samotną, żyje bardzo skromnie, nie ma dzieci. Dlatego bardzo zdziwił ją ten nagły skok w należności za teoretycznie zużyty przez nią prąd.

– Moja emerytura to 715 zł. To musi na wszystko wystarczyć. Wegetuje człowiek. Jak zimą mrozy są, to nawet wyłączam lodówkę i trzymam rzeczy na ganku, tam mi zamarzną i poleżą. Na czym mogę, to oszczędzam – opowiada pani Janina reporterom TVN Uwaga.

Kobieta nie zapłaciła rachunku, bo ten nagły skok zużycia prądu wydał jej się podejrzany. Złożyła reklamację. Zgodnie z przepisami dostawca energii zabrał licznik do ekspertyzy i wymienił na nowy. Przeprowadził kontrole spisując wszystkie elektryczne urządzenia, jakie kobieta miała w domu.

Licznik starszej pani został zbadany przez dostawcę energii. Zgodnie z przepisami dokonują tego pracownicy korporacji dostarczającej prąd, więc firmy zainteresowanej tym żeby kontrolowane urządzenie okazało się sprawne, co uzasadniłoby wystawienie tak gigantycznego rachunku. Potem miernik sprawdził producent licznika, czyli firma, która także zainteresowana jest tym żeby urządzenie okazało się sprawne. Jak się można było spodziewać obie ekspertyzy wykazały, że jest licznik jest sprawny.

Zainstalowany u starszej pani nowy licznik przywrócił stare wskazania zużycia prądu. W tym samym okresie podobny problem z licznikiem miał też sąsiad kobiety. Ale to nie miało znaczenia dla dostawcy energii elektrycznej, która nadal żąda horrendalnej sumy za rzekomo zużyty prąd. Przecież oni wystawili rachunek na podstawie wskazań własnego licznika. Potem sami go sprawdzili i wyszło im, że wszystko jest dobrze. Nie ma to jak być sędzią we własnej sprawie.

Korporacja, gdy zorientowała się, że sprawę próby wyłudzenia pieniędzy od starszej pani za rzekome zużycie prądu nagłośni telewizja postanowiła umorzyć kobiecie połowę sumy rachunku.  Postraszyli przy okazji w stosownym piśmie, że jeśli pani nie zapłaci, to jej sprawa trafi do sądu. Zakład energetyczny nadal utrzymuje, że wyliczenia opłaty za prąd są poprawne.

Kilka lat temu miałem podobny problem z tym samym dostawcą prądu. Po wymianie licznika moje opłaty za energie wzrosły czterokrotnie. Zgłosiłem problem korporacji.  Przyszedł pan i spisał licznik, potem przyjechali technicy, zdemontowali licznik i zabrali. Po pewnym czasie dostałem pismo, że oni tam wszystko sprawdzili i wszystko jest dobrze, więc musze zapłacić zawyżony rachunek. Odwołałem się i chciałem ponownego sprawdzenia licznika najlepiej przez niezależnych ekspertów. Odpisali, że i owszem, można to zrobić, ale na mój koszt, czyli za ponad 1000 zł. Co miałem zrobić zapłaciłem rachunek, choć wiedziałem, że to wyłudzenie, bo przecież, jaką miałbym gwarancje, że do niezależnego eksperta pojedzie mój licznik? Jak widać przez lata nic się nie zmienia. Duży może więcej. Korporacja, bogata firma ma gwarantowane przez państwo inne prawa niż zwykły obywatel. Takie państwo prawa gdzie co chwila przypominają ci, że  nie warto iść pod prąd.

dziennik pesymistyczny

Przy obiedzie za miliony cierpię katusze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Trzeba coś zrobić! Do cholery! Przecież tak być nie może! Nie można być biernym! Trzeba coś zrobić! Trzeba ratować człowieka! Nie można pozwolić żeby znów tak cierpiał! Co prawda mam w głębokim poważaniu cały ten cyrk nazywany wyborami parlamentarnymi, ale tym razem może jednak zagłosuje przeciw, tak z czystej empatii. Niech się chłopina nie męczy dla narodu. Po co człowieka męczyć?

– Nie lubię mówić o takich rzeczach, ale kiedy byłem premierem, jadłem wyjątkowo wręcz ohydne (…) obiady w kancelarii premiera. Chociaż twarz mi wykręcało, to jadłem – wyznał na konferencji prasowej w Sejmie były premier Jarosław K.

– Koniaków żeśmy wypili przez ten cały czas może, z moim udziałem, jedną butelkę. Czasem wicepremierów zapraszałem, bo musiałem ich do czegoś przekonać. To jest wszystko. Cygar w ogóle nie palę – kontynuował swe wyznania doktor, prezes Prawych i Sprawiedliwych.

Ratujmy chłopa! Przecież on gotów dla nas, dla narodu poświecić się i znów zostać premierem, który znów będzie musiał jadać „wyjątkowo wręcz ohydne”. Przecież nie można na to pozwolić. Są pewne granice. Jak ja mógłbym spać spokojnie wiedząc o tym, że gdzieś tam w stołówce kancelarii premiera Jarosław K. zjada z obrzydzeniem obiad aż twarz mu wykręca z cierpienia.

 – Za miliony kocham i cierpię katusze – pisał poeta. Ja wiem, że on jest gotów do poświeceń. Ale przecież nie można pozwolić na to żeby ten wybitny syn wielkiego narodu, polski polityk, doktor nauk prawnych, działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórca i prezes partii politycznych Porozumienie Centrum oraz Prawo i Sprawiedliwość, senator I kadencji, poseł na Sejm I, III, IV, V, VI i VII kadencji, były prezes Rady Ministrów, były kandydat na urząd Prezydenta RP tak cierpiał za miliony. W przenośni i dosłownie, żeby cierpiał za miliony. Bo to ani się chudzina koniaczku nie napije, ani cygarka nie zapali, a obiadki musi jeść ohydne. No jak tak można człowieka skazywać na takie cierpienie? Przecież to nieludzkie.

Dlatego apeluje do Was Polacy! Narodzie! Trzeba nam czynić co w naszej mocy, aby zapobiec nieszczęściu które może spaść na tego starszego, schorowanego jegomościa. Nie można przecież pozwolić, aby ten zasłużony mąż stanu znów się tak dla nas poświęcał. Ja wiem, że on tak z czystości serca wziąłby na siebie ten krzyż, ale przecież My naród chrześcijański nie może na to pozwolić.  On pewnie tak nas, dla narodu, tak kocha, że gotów za nas cierpieć katusze. Ale wykażmy się miłosierdziem. Polacy, nie pozwólmy aby ten starszy pan tak się dla nas męczył. Niech on znów nie musi jeść „wyjątkowo wręcz ohydne (…)  obiady w kancelarii premiera”. Niech mu ponownie twarzy nie wykręca z obrzydzenia podczas konsumpcji. Są przecież jakieś granice poświecenia.

dziennik pesymistyczny

25 czerwca (dawniej 1 maja)

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W jego domu przez lata była przechowywana z czcią należną relikwiom dawno już niemodna nadpalona marynarka. Typowa dla męskiej mody w peerelowskich latach siedemdziesiątych. Szerokie klapy, naszywane kieszenie a wszystko to z taniego materiału w zielono niebieską kratę. Zawsze, gdy otwierał pudło z tą odzieżową świętością, ogarniał go ten sam przerażający specyficzny zapach spalenizny. Dotykał z zaciekawienie oraz ciągłym niedowierzaniem naznaczonych ogniem dziur w ojcowskiej marynarce. Po raz kolejny brał w dłonie strzępy nadpalonego materiału. Przypatrywał się plamom sadzy, tynku, ceglanego pyły, błota oraz zakrzepłej krwi.  Chciał zapamiętać… i pamiętał.

W jego rodzinnym domu zawsze było pełno książek. Były wszędzie. Stały na regałach i na podłodze. W biblioteczce i popakowane w pudła. Na szafie, na biurku i pod biurkiem.  Od dzieciństwa był namawiany do czytania, więc całą domową bibliotekę znał na pamięć. Na jednej z półek, wśród kilkuset stojących tam książek, było kilkanaście tomów zupełnie różniących się od pozostałych. One właśnie najbardziej go interesowały ze względu na swą odmienność. Odróżniały się od całego księgozbioru zapachem i wyglądem. Były to książki na wpół spalone. Z nadpalonymi okładkami. Ze zniszczonymi przez ogień brzegami i rogami. Stały tam, bo książek nie można wyrzucać. Dobrze pamiętał zapach spalonego papieru. Dotykał nadwątlonych gorącem stron. Ostrożnie przekładał rozpadające się pożółkłe kartki. Czytał to, co nie strawił ogień. Te książki były dla niego bardzo ważne. Nie ze względu na treść, którą zawierały, ale też, dlatego, że ktoś mu nieznany chciał te książki spalić. Nie mógł zrozumieć jak można palić książki. Nie rozumiał, czym wtedy był rozwścieczony, otępiały chwilowym zwycięstwem nad tyranami, żądny zemsty tłum.

Pamiętał jednak opowieść dorosłych. Był jeszcze dzieckiem, gdy pierwszy raz usłyszał o budynku w płomieniach. Ukryty za drzwiami swojego pokoju wsłuchiwał się w opowieści o tłumie, który z wściekłości na rządzących podpalał samochody, autobusy i biurowce. Niszczył i okradał sklepy. Słyszał o wściekłym tłumie żądnym krwi ciemiężycieli.  O ludziach upojonym słuszną chęcią zemsty. Słyszał jak dorośli szeptem opowiadali o płonącym budynku. Od dzieciństwa dobrze wiedział, że gdy tłum demolował biurowiec, nie było w nim już ludzi władzy. Możni tamtych czasów już dawno opuścili gmach.

Zostali tam tylko robotnicy i zwyczajni urzędnicy. Ludzie tam pracujący, dalecy od polityki. Ich nikt nie ewakuował, bo nikomu na nich nie zależało.  Byli tam już przeważnie tylko ci, którzy zatrudnili się tam nie dla stanowisk, ale dla lepszego życia. Ale tłum nie wiedział lub nie chciał tego wiedzieć. Chciał odwetu. Chciał słusznej zemsty. Chciał palić, niszczyć i rabować.  Kamienie i butelki z benzyną. Płomienie. Demolka. Ogień na korytarzach i w gabinetach. Chaos. Meble wyrzucane przez okna na ulice. Portrety wodzów w ogień. Książki, papiery, dokumenty, biurka, ławki, krzesła, fotele – wszystko w ogień. Dywany na trawnikach, a na nich mściciele robotniczej rewolty. Wokół ich zamykał się pierścień zwartych oddziałów. A na podwórku biurowca trwała zabawa harcowników rewolucji

Z tamtej oficyny gdzie pracował nie było przejścia do głównego holu. Trzeba było wyjść na podwórze.  Należało zejść po kilku schodach. Przejść przez dziedziniec. Było zaledwie kilkanaście metrów do następnych schodów. Potem już tylko w górę do następnych drzwi i było się w głównym holu biurowca. Zwyczajnego dnia tak blisko, a teraz, w tym piekle, tak daleko. Budynek stał przecież w płomieniach. Dym nie dawał oddychać. Była już tylko jedna nadzieja. Jedna droga do życia. Trzeba było wyjść na zewnątrz a na dziedzińcu stał wrogi tłum. Nie było czasu na tłumaczenie, kim się jest. Zresztą i tak nikt by go nie słuchał. Hordy mścicieli wylegiwały się na dywanach wyniesionych z gabinetów władców, ale nadal chciał zemsty. Tłum chciały odwetu za lata nędzy. Tu płomienie, a tam oszalały tłum. Nie było wyboru. Chciało się żyć.

W płonącej marynarce, z tlącymi się włosami, biegł te kilkadziesiąt metrów po życie. Kohorty mścicieli wyły. Słyszał świst kamieni. Butelki rozbijały się o bruk pod jego nogami. Gonili go z pałkami w dłoniach. – Mamy cię skurwysynu! Już nie żyjesz!– słyszał ryk oszalałego tłumu. Jeszcze kilka metrów. Parę schodów. Ale czy zauważą? Czy otworzą bronione przed tłumem drzwi? Zobaczyli. Ktoś otworzył. Jeszcze metr. Nawet nie poczuł uderzenia kamieniem w głowę. Wpadł w otwarte drzwi. Zamknęły się za nim. Już bezpieczny usłyszał jeszcze głuchy łoskot uderzeń kamieni.  Ktoś zdusił na nim płomienie. Udało się. Żył.

Historia to nie fakty, to tylko wersja zwycięzców.  Teraz jest tylko jedna wersja wydarzeń. Wielu dla świętego spokoju woli nie pamiętać, że było rożnie. Historia nigdy nie jest czarno – biała. Przeważnie jest szara. Jeśli się było tylko trybikiem w maszynerii historii, to twoja relacja z tych wydarzeń nie jest ważna. Liczy się szerszy kontekst. Liczy się słuszny protest robotniczy. Nikt nie chce pamiętać przypadkowych ofiar. Ważna jest oficjalna wersja. Ważne jest, że „tu się zaczęło”. Jest jedna prawda historyczna. Polityka historyczna państwa. Ważna jest sława bohaterów. Ważne są pomniki.

Problem jednak w tym, że on na swoje nieszczęście nadal pamięta tamtą nadpaloną marynarkę. Pamięta spalone książki. Chyba jest jednym z ostatnich, który chce tak to pamiętać. Historie napisano już, bowiem na nowo. Teraz fakty są zupełne inne.  Równiejsze. Jednokolorowe. Ładniejsze. Pomnikowa. Bohaterskie.

dziennik pesymistyczny

Musisz być kimś?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Atrakcyjna praca, rodzina, zajebisty płaski telewizor, pralka, samochód, kino domowe, zagraniczne wakacje, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i dietetyczne żarcie, ładne mieszkania, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, przyzwoite  garnitury, teleturnieje, niezdrowe żarcie, dzieci, spacery, etat, dwa etaty, karta kredytowa, golf, harley po czterdziestce, czysty wóz, pełna szafa ubrań. Święta z rodziną, fundusz emerytalny, prywatne ubezpieczenie zdrowotne, niski cholesterol, opiekę dentystyczną, zwolnienie podatkowe, w niedziele do kościoła, w każdy poniedziałek do pracy. Do emerytury spłacać kredyt na mieszkanie. Wybrać karierę. Wybrać rodzinę.

Musisz być najlepszy, najdoskonalszym pracownikiem, doskonałym przedsiębiorcą, biznesmenem. Zarabiać. Mieć . Posiadać. Pokazać się. Zaharować się, aby mieć dla siebie, dla dzieci. Dla kilkorga dzieci, bo tak kościół naucza. A przecież religijność jest teraz w modzie. Jest bardzo trendy. Być zdeklarowanym katolikiem. Działać w partii. Może dostrzegą. Może wybiorą. Ulokować się wysoko w strukturach władzy. Elitarne wyznaniowe szkoły. Z poczuciem wyższości i pogardą odróżnić się od bezideowej, ateistycznej hołoty.  Być konserwatystką. Być narodowcem.

Być prawicowcem. I pracować. Pracować. Ale nie tak osiem godzin i do domu. Przynajmniej ze dwanaście. Dla dzieci. Dla przyszłych pokoleń. Zarobić na wakacje.  Na święta. Bo trzeba mieć pieniądze na długi weekend. Po dwunastu godzinach w biurze czas do domu. Ale trzeba zabrać pracę do domu. Siedzimy do późna w nocy. Trzeba być operatywnym, dyspozycyjnym. Trzeba zadowolić właściciela. Niedospany, ale pracowity. Jeśli nie zrobiłem wszystkiego przez pięć dni, to nadgonię przez weekend. Dam rade.

Nowe meble do nowego mieszkania, nowy samochody na dogodne raty. Dwadzieścia pięć lat wolności. Dziecko w katolickiej szkole. Trzeba zapłacić czesne. Studia za granicą. Niech ma dziecko szanse. Za młodu przecież uczęszczał na angielski i niemiecki, grał na fortepianie, uprawiał karate, śpiewał w chórze. Szkoda by to się zmarnowało.  Może będzie lepiej zarabiał? Najlepsza, bo najdroższa uczelnia. Na to wszystko trzeba zarobić. Trzeba dogonić zachód. Być Europejczykiem. Klękajcie narody, Polacy to najdłużej pracująca nacja w Europie. To dopiero sukces.  Radujmy się mamy to samo co na Zachodzie depresje, psychozę, samobójstwa oraz brutalny rynek pracy. Czy wybrać takie życie? Wybrać pracę aż do śmierci, bo nikt nie dożyje przecież emerytury. Wybrać mobbing, brak ochrony socjalnej, pobieżne relacje z innymi ludźmi, osamotnienie, bezrobocie, emigracje zarobkowa, pogoń za pieniędzmi.

Zastanawiam się w niedzielny ranek, kim oni, kim ja, do cholery, jestem? Po co tu jestem? Jaki sens ma moje istnienie? Czy jestem tylko pracą? Czym jestem bez pracy? Czy dla tego państwa jestem tylko płatnikiem podatków? Dlaczego miałbym chcieć tak żyć? Istnieć tak bez sensu. Dla pieniędzy. „Ja nie przegram, bo ja nie gram, bo nie mam żadnej ambicji”.  Ja nie przystaje do ogólnie przyjętych norm. „Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju”.