499
Moje oczy nie widzą tego, co pragnę zobaczyć. Ciało nie czuje tego, do czego się wyrywa. Usta nie mówią, bo im ktoś nie pozwala. Dłonie nie dotykają, bo nie mogą dotykać. Sam wśród tak wielu. Sam w swojej samotności. Przegrany. Poniżony. Schorowany. Beznadziejny. Bezsensowny. Stoję i patrzę na swoje odbicie w lustrze. Oto Ja! Kiedyś tak dumny z tego mojego Ja. Teraz już bardziej niepewny swojego „Ja”. Teraz coraz bardzo obcy sobie. Czy to nadal Ja? Czy już nie „Ja”? Ale wiem, że istnieje. Jestem tu nadal. Choć przemijam coraz szybciej i szybciej, to jednak nadal coś odczuwam. Jestem tu! Czegoś pragnę. Coś kocham choć beznadziejnie. Puki żyje, to przeżywam. Odczuwam. Cierpię. Chce! Łaknę! Potrzebuje! Puki życia, puki oddychania… zawsze będzie we mnie pragnienie. I choć bym cały był już zbudowany z przemijania, to i tak nieprzestane kochać i potrzebować kochania.
Jestem taki sobie bliski, a taki jednak w sobie daleki. Samotny, pusty, sflaczały, słaby. Sam bez miłości upragnionej. Sam bez kochania. Beznamiętny. Bezużyteczny. Taki niczyj. Teraz gdy się zatrzymałem przyglądam się sobie. Oto moje oczy, co już nie zobaczą. Oto moje usta, które nie poczują. Oto moje dłonie, które nie dotkną. Oto moje ramiona, w których już nie zamknę. I chociaż będę widział, czuł i dotykał, to już nie tak jak bym tego chciał. Tak jak tego pragnę. Oto ja – tak bardzo niepotrzebny. Oto moja męskość tak bezużyteczna. Oto jestem. Taki beznadziejny. Oto moja samotność. Oto moje ciało. Oto ja – tak bardzo nieważny. Moje przeznaczenie. Moja rozpacz. Moja niepewność.
Wdepnąłem w śmiertelność jak w kałuże na chodniku. Nasiąkam jest brudem. Spada na mnie kroplami jak deszczem. Czuje chłód tej ostateczności. Zimno wieczności wpływa we mnie. Wilgoć niebytu przenika mnie do dreszczy. Nasiąkam mim. Wdycham je. Napełniam nim płuca. Przenikam niebytem. Upływam. Znikam. Rozpływam się w samotności. Przestaje istnieć. Taki niezauważalny. Nieobecny. Samotny wśród ludzi i samotny bez nich. Coraz bardziej nieistniejący. Niezauważalny. Nietolerancyjny. Nieinteresujący. Taki za bardzo i nie bardzo. Za mało i za dużo. Taki nie w sam raz. Taki za bardzo pusty i za bardzo pełny. Taki nierokujący. Niezarabiający. Niewypłacalny. Niedążący. Bezcelowy. Nieprzystający. Za bardzo wątpiący. Za mało chory i za bardzo schorowany. Za głupi i za mądry. Niezauważalny. Obcy. Nie ten.
Żyje sobie obok. Istnieje z dnia na dzień. Trwam. Jestem powtarzalny. Jestem niezaskakujący. Jestem nie rozrywkowy. Niezabawowy. Nietaneczny. Nietowarzyski. Nierodzinny. Nieprzysiadalny. Ale za to nadmiernie kochający. Za dużo pijący. Za bardzo przytulający. Irytujący. Za bardzo potrzebujący. Nierealistyczny. Za bardzo chcący. Za bardzo proszący. Za mało dający i za dużo biorący. Za bardzo potrzebujący. Za bardzo domowy. Rutynowy. Powtarzalny. Niezaskakujący. Udomowiony. Wciąż kochający.
„Ile wiary fałszywej tyle męki komicznej tyle śmiesznej tęsknoty tyle miłości próżnej”
