Yearly Archives

36 Articles

dziennik pesymistyczny

Bozia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Otacza mnie bylejakość. Byle jak, byle coś, byle mieć, byle zarobić, nakupić, nażreć się, napłodzić i narodzić bachorów, kupić jeszcze większy samochód, jeszcze większy dom, bogacić się, posiadać więcej niż inni. Nie myśleć za wiele, bo i po co. Nie interesować się. Nie dociekać. Nie modlić się, Biblii nie czytać, ale do kościoła, co niedziela iść, bo trzeba przecież pokazać się. Niech ludzie wiedzą, że to Polak i Katolik jak należy w dzień Boży i większe święta w kościele jest i komunie przyjmuje. On wierzy, on pacierze klepie, on krzyż w domu i w robocie na ścianie wiesza, on na samochodzie rybkę ma naklejoną, bo o Polak i Katolik. Obrazek Maryi, Papieża portret, krzyżyk złoty w szufladzie i gromnica od chrztu. Becik i kamyczek z Jasnej Góry. Jest też Biblia i kropidło, bo jak ksiądz po kolędzie chodzić będzie to jakże tak, bez Biblii? Nie uchodzi. Ale czytać tego nie czytał, bo i po co? Ksiądz w kościele czyta i wystarczy. On księdzem nie jest, to po co ma czytać? On nie lubi ateistów, bo one w Boga nie wierzą. On, Polak i Katolik wierzy, i nigdy się nad swą wiarą nie zastanawia. Dziadziunio wierzyli, ociec wierzył i on wierzy i dzieciaki wierzyć uczy. Tradycja.  On katolik, ale przecież postępowy. Przecie rozwód dla ludzi, seks przedmałżeński dla ludzi. On katolik, ale swoje wie, bo on Polak i Katolik i jak ksiądz bzdury gada, to on wie swoje i nikt go nie przekona.  To przecie jego własna wiara.

Tu jest ich miliony w Bozie wierzących. Tu większość przytłaczająca, ich prawa, tradycje i obyczaje. Ale już tylko czterdzieści siedem procent z nich wierzy w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. A w cuda dokonywane przez Jana Pawła II wierzy trzydzieści pięć procent. Bo Polak i Katolik jest racjonalny.  On swoje wie i w swoje tylko wierzy. Według sondażu przeprowadzonego przez TNS dla „Gazety Wyborczej” w Boga wierzy osiemdziesiąt jeden procent Polaków. Za to w trzecią osobę Trójcy Świętej, czyli Ducha Świętego czterdzieści procent Polaków. Polak i Katolik równie sceptycznie podchodzi do zagadnienia nieśmiertelności duszy (39 proc.), sprawiedliwego sądu po śmierci (39 proc.), a także niepokalanym poczęciu Maryi (38 proc.). W niebo wierzy 38 procent, ale w anioły już 35 procent. Podobnie jest z piekłem, w które wierzy 31 procent, ale w samego diabła już tylko 28 procent z Polaków Katolików. W czyściec zaś wierzy, co trzeci.

Dla Polaka i Katolika dogmaty deklarowanej wiary to kwestia jego widzimisię. On wierzy w to, co tam chce, a reszta go nie interesuje. Można w tych badań wywnioskować, że polski katolicyzm nie jest jeden dla wszystkich. To nie religia z wyznawcami, to raczej kółko dyskusyjne. Ile Polaków Katolików tyle wersji wiary. Nie żeby wynikało to z głębokich przemyśleń, bo raczej takie dostosowanie wiary to indywidualnych potrzeb. W najważniejsze dogmaty wiary chrześcijańskiej wierzy stosunkowo niedużo Polaków. Bo i po co? Jeśli życie wiodą byle jakie to i wiara ich byle jaka.  I niech Bozia im wybaczy.

dziennik pesymistyczny

Nie pseudo, lecz kibice

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kilkudziesięciu chuliganów identyfikujących się z klubami piłkarskimi z Chorzowa oraz z Katowic zatrzymała policja tuż przed rozpoczęciem uroczystości upamiętniających trzydziestą drugą rocznicę pacyfikacji kopalni Wujek. – Pseudokibice dążyli do konfrontacji, jednak udało się temu zapobiec – przekonywała mnie dźwięcznym głosikiem panienka z telewizyjnego okienka.

Nie tak dawno, bo kilka dni temu ponownie budziły mnie niestety tak dobrze mi znane ze słyszenia, głośne nocne okrzyki wychwalające potęgę i niezwyciężoność lokalnego klubu piłki nożnej. – Eeee!, ooooooleeeee! Eeeeejjjjjjaaaaa! Mistrzem jest…. Eeeeejjjjjjjaaaaa, ooooooleeeeee! Mistrzem jest… w miejscu kropek należałoby wstawić nazwę drużyny, ale nie chciałbym promować chuliganów – używając nomenklatury panienki z telewizji. Darły się po północy wniebogłosy męskie głosy.  Potem wyśpiewali jeszcze kilka zwrotek o tym, jak to bardzo nienawidzą jakiejś tam drużyny, której nazwy nie zapamiętałem, i pamiętać nie chce.  Bo bardziej wnerwiło mnie to wycie przechodzące w zawodzenie. Oczywiście jak to miłośnicy piłki nożnej mają w zwyczaju, poinformowali oni też przy okazji wszystkich wokół głośnym krzykiem z użyciem słów ogólnie uważanych za obelżywe o swoim stosunku do służb mundurowych. Następnie w prostych żołnierskich słowach wyrazili ci miłośnicy piłki kopanej nadzieję, że panowie w mundurach „zawsze i wszędzie” będą narażeni na wielkie niebezpieczeństwo, gdy nie będą pilnować swoich tyłów – że się tak wyrażę.

Przerwali mi sen. Ale i tak miałem wrażenie, że jawa jest przedłużeniem nocnego koszmaru, w którym uciekałem przed kibicami, którzy chcieli mi ręcznie zaszczepić miłość do swojej ukochanej drużyny. – Trzecia trzydzieści jeden – wymamrotałem do siebie. A za ciemnym oknem echo niosło radosny śpiew wychwalający drużynę piłki kopanej. – Czy im się zawsze musi to uwielbienie objawiać w nocy, jak ludzie śpią – gadałem sam do siebie?  Choć w zasadzie powinienem być im wdzięczny za to przebudzenie, bo wyrwali mnie z łap tych, którzy właśnie zabierali się do przekonywania mnie o wyższości drużyny „R” nad drużyną „B”. Zwlokłem się z łóżka i stojąc w oknie obserwowałem jak środkiem jezdni szło (choć to zdecydowanie na wyrost określenie) kilku młodzieńców w barwnych szalikach. Maszerowali wytrwale, choć niepewnie, wzajemnie się podtrzymując i widać było, że śpiew ich męczył, bo jak tylko zaczynali swoje wycie natychmiast rozkładali ręce na boki, jakby udawali samolot, czynili to pewnie by zachować równowagę zachwianą przez popisy wokalne. – Oj, zmęczeni – powiedziałem, bo widać było, że kroczenie sprawia im wyraźną trudność, choć nie hamuje ich zapędów wokalnych. – Nie, no zadzwonię – postanowiłem. Wzbierała we mnie chęć poinformowania służb mundurowych. – Przy okazji zobaczę, jak oni spełniają swoje seksualne groźby wobec policjantów – pomyślałem, choć bez większej nadziei na odwagę ze strony nocnych śpiewaków, co to ukochali tak bardzo lokalny klub piłki kopanej, że zapragnęli o tym poinformować wszystkich w okolicy. Tymczasem kibice w jakiś chyba nadprzyrodzony sposób przedefilowawszy pod moimi oknami, skręcili za róg ulicy i przez to ich skowyt przestał być tak dotkliwy.

Zrezygnowałem z obywatelskiego donosu do służb i poszedłem spać. I pewnie bym zapomniał o tym nocnym incydencie, gdybym znów nie zobaczył i nie usłyszał o pseudo – kibicach. – Trzeba to w końcu wyraźnie powiedzieć. Tak zwani pseudo – kibice nie istnieją. Przedrostek „pseudo” to wymysł służący mydleniu oczu; udawaniu, że sport nie ma nic wspólnego z przemocą i barbarzyństwem. Prawda jest taka, że tak zwani pseudo – kibice są właściwie prawdziwymi kibicami – tymi, którzy odsłaniają najgłębszą prawdę o sportowych rywalizacjach; ukazują ich podszewkę – powiedziała pewna Marta i ja się z szanowną Panią Martą zgadzam. Może starczy już tego mydlenia oczu. Czy wyobrażacie sobie jakiekolwiek inne środowisko kryminogenne, które jest tak pobłażliwie przez wszystkich traktowane? Nie, bo tylko sport i kibicowanie jest traktowane inaczej niż wszystko inne. Jest w jakiś zadziwiający lub może niezadziwiający sposób po za normalnym i tradycyjnym zachowanie prawa i jego przedstawicieli.

– We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on, bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlaczego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciw sobie, (…), dlatego zawsze wszystkie rządy są za sportem i przeciw kulturze – powiedział już dawno ale nadal jak najbardziej prawdziwie Thomas Bernhard. Bo w naszej epoce nie jest inaczej, jest bardzo tak samo.

dziennik pesymistyczny

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Krzyż w sali obrad Sejmu pozostanie. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił apelację posłów, którzy domagali się jego usunięcia, bo narusza ich dobra osobiste. Mnie ten symbol niczego nie narusza, co najwyżej mnie nie wzrusza. Krzyż w sejmie przypomina mi gdzie żyje. Jakie jest moje państwo Jakie jest to społeczeństwo, w którego towarzystwie przyszło mi wędrować ku wieczności na tym łez padole.

Z taką pewną dozą irytacji, ale jednak z zaciekawienia słuchałem jak kolejny państwowy sędzia uzasadnia obecność krzyża w polskim sejmie. Pani sędzina raz niczym Poncjusz Piłat umywa ręce od jasnych wyroków mówiąc, że przedmiotem rozstrzygnięcia sądu nie było rozstrzyganie politycznego czy światopoglądowego sporu dotyczącego legalności lub bezprawności umieszczania krzyża w Sejmie. A następnie spokojnie dodaje, że eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych. To iście Salomonowy wyrok. Nie wydaję wyroku w sprawie legalności, ale jednocześnie wskazuje, że wszystko jest w porządku.

Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy styczniowy wyrok sądu okręgowego. Pamiętam, że dużo się w nim mówiło o „zakotwiczeniu w zwyczaju”. Teraz też występujący w imieniu strony pozwanej radca Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa wnosił o utrzymanie w mocy zaskarżonego wyroku wskazując na znaczenie zwyczaju w prawie cywilnym i że krzyż w sali Sejmu wisi od szesnaście lat. Po raz kolejny sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale widocznie już wtedy kierowali się uwzględnieniem „zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” – cytując sędzinę sądu Apelacyjnego.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia Sądu Okręgowego zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmu w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Czy to jest dopiero początek zmian uzasadnionych „zakotwiczeniem w tradycji”? Może czas na weryfikacje innych praw i zasad? Po pierwsze: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną. A przecież pogoń za pieniądzem (który stał się już bogiem) od ponad dwudziestu lat jak nic jest zakotwiczona w naszej tradycji.  Po trzecie: Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Co jest naszym zwyczajem i tradycją można zobaczyć w każdą niedziele w najbliższym centrum handlowym. Po siódme: Nie kradnij. A tu z „uwzględnienie zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” na całego. Po ósme: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. A tu mimo, że „eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych” hulaj dusza. To tylko przykłady, ale pozostałe przykazania też udowadniają zdecydowany dysharmonię miedzy naszym zwyczajem „zakotwiczonym w tradycji” a prawem, nawet boskim. A co dopiero cywilnym. Bo widocznie „tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”.

dziennik pesymistyczny

Niewolnictwo

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mówisz, że jesteś wolny. Mówisz, że to wolny kraj, że teraz jesteśmy we własnym domu. Powtarzasz sobie i innym, że jesteś niepodległy, niezależny, że wszystko teraz zależy od Ciebie. Możesz wszystko. Masz ogrom możliwości. Czy na pewno? Wskazujesz na konstytucje. Na jej zapisy. Na prawa obywatela. Prawa Europejczyka. Prawa człowieka. Na całe listę praw.

Jakich praw? Urodziłeś się z miażdżącym długiem. Od dzieciństwa jesteś dłużnikiem. Nie z własnej woli, ale z przymusu społecznego stałeś się obywatelem państwa z długiem publicznym. Codziennie coraz bardziej się zadłużasz. Czym dłużej żyjesz tym bardziej stajesz się dłużnikiem korporacji czy państwa i jego instytucji. Patrzałeś na rodziców pozbawionych nadziei. Bo nawet jak kupili niezależności lub władze to i tak winni byli w zamian choćby tylko posłuszeństwo. Jeśli okazali się nieprzystosowani to ich jedynym prawem była i jest praca aż do śmierci.   Zawsze pracujesz i zawsze pozostajesz dłużnikiem. Nigdy nie spłacisz swojego długu, bo zawsze komuś coś będziesz winny. Masz prawa, które wspierają tylko twoje obowiązki. Jesteś zamknięty w szczelnym świecie zakazów i nakazów.

Nigdy się nie uwolnisz. To nigdy się nie stanie, ponieważ wszystko, czego potrzebujesz Oni dostarczają. Certyfikują. Upoważniają. Redagują. Twoje schronienie, Twój dom, Twoje mieszkanie tylko częściowo jest Twoja własnością. Ile z tego należy do banków? Poprzez kredyty, zastawy, hipoteki. Ile płacisz wolnością za poczucie zwodniczego bezpieczeństwa? Godzisz się na pewne formy cenzury i inwigilacji w imię bezpieczeństwa obywatela.  Ile płacisz za iluzje ratowania twojego życia i zdrowie? To korporacje dostarczają twoje jedzenie. Posiadają patenty na leki. Dostarczają ci propagandowej informacji. Kto dostarcza twoja wodę? Ile za nią jesteś winny? Jak długo za nią będziesz jeszcze zdolny zapłacić? Jaka korporacja zapewnia ci prąd? Kto sprzedał Ci ubranie? Zastanawiałeś się, dlaczego prawie wszystko działa tylko około dwóch lat? Byś musiał kupić nowy? Uzależniłeś się od pieniędzy. Od zarabiania i wydawania. Pieniądz stał się Bogiem. Wyprał Cię z moralności. Mówisz: „w idealnym świecie wszystkie opcje byłyby za darmo. Niestety rzeczywistość jest inna…” Twierdzisz że „jak życie skopie ci za przeproszeniem d*pę i nie będziesz miał co do garnka wstawić to rozpłaczesz się i tyle po twoim różańcu.. bo pieniądze z nieba nie spadną, a te historyjki o tym jak św Paweł, srebrniki czy o tym jak łódka się kołysała nie maja odniesienia w dzisiejszym świecie”. Czyli rzeczywistość nie zależy już od Ciebie? Nie możesz ją zmieniać, gdy nie jest idealna? Nie ma też już wiary? Nie ma nadziei? Jest chciwość.

Ciebie już nie ma. Nie istniejesz sam dla siebie. Nie jesteś już wolny, choć zapewne jeszcze o tym nie wiesz i istnieje duża szansa że nigdy się o tym nie dowiesz. Nie jesteś niezależny. Nie podejmujesz samodzielnych decyzji. Po za tymi, które zmuszą Cię do oddalenia się od systemu, czyli życia na jego krawędzi. Czym bardziej kontestujesz zastany porządek świata, tym bardziej on wypycha Cię poza społeczeństwo. „Jednostka zerem, jednostka niczym”. Przez dwadzieścia pięć lat dokonano tylu reform, tylu zmian, ale jednostka nadal jest zerem, jest niczym. Politycy się zmieniają, ale układ trwa. Władza jest celem samym w sobie. Pieniądz jest bogiem. Zarabianie jest celem. Władza i pieniądze nie mają poglądów politycznych. Są bezpartyjne. Pieniądz i władza nie maja kolorów klubowych. Nie mają wyznania. Nie mają narodowości.  Wszelkie systemowe rewolucja dawały i dają nadal tylko zmianę ciemiężyciela.

To wszystko wrzuca Cię głębiej w otchłań niewolnictwa.

dziennik pesymistyczny

499

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Moje oczy nie widzą tego, co pragnę zobaczyć. Ciało nie czuje tego, do czego się wyrywa. Usta nie mówią, bo im ktoś nie pozwala. Dłonie nie dotykają, bo nie mogą dotykać. Sam wśród tak wielu. Sam w swojej samotności. Przegrany. Poniżony. Schorowany. Beznadziejny. Bezsensowny. Stoję i patrzę na swoje odbicie w lustrze. Oto Ja! Kiedyś tak dumny z tego mojego Ja. Teraz już bardziej niepewny swojego „Ja”. Teraz coraz bardzo obcy sobie. Czy to nadal Ja? Czy już nie „Ja”? Ale wiem, że istnieje. Jestem tu nadal. Choć przemijam coraz szybciej i szybciej, to jednak nadal coś odczuwam. Jestem tu! Czegoś pragnę. Coś kocham choć beznadziejnie. Puki żyje, to przeżywam. Odczuwam. Cierpię. Chce! Łaknę! Potrzebuje! Puki życia, puki oddychania… zawsze będzie we mnie pragnienie. I choć bym cały był już zbudowany z przemijania, to i tak nieprzestane kochać i potrzebować kochania.

Jestem taki sobie bliski, a taki jednak w sobie daleki. Samotny, pusty, sflaczały, słaby. Sam bez miłości upragnionej.  Sam bez kochania. Beznamiętny. Bezużyteczny. Taki niczyj. Teraz gdy się zatrzymałem przyglądam się sobie. Oto moje oczy, co już nie zobaczą. Oto moje usta, które nie poczują. Oto moje dłonie, które nie dotkną. Oto moje ramiona, w których już nie zamknę. I chociaż będę widział, czuł i dotykał, to już nie tak jak bym tego chciał.  Tak jak tego pragnę. Oto ja – tak bardzo niepotrzebny. Oto moja męskość tak bezużyteczna. Oto jestem. Taki beznadziejny. Oto moja samotność. Oto moje ciało. Oto ja – tak bardzo nieważny. Moje przeznaczenie. Moja rozpacz. Moja niepewność.

Wdepnąłem w śmiertelność jak w kałuże na chodniku. Nasiąkam jest brudem. Spada na mnie kroplami jak deszczem. Czuje chłód tej ostateczności. Zimno wieczności wpływa we mnie. Wilgoć niebytu przenika mnie do dreszczy. Nasiąkam mim. Wdycham je. Napełniam nim płuca. Przenikam niebytem. Upływam. Znikam. Rozpływam się w samotności. Przestaje istnieć. Taki niezauważalny. Nieobecny. Samotny wśród ludzi i samotny bez nich. Coraz bardziej nieistniejący. Niezauważalny. Nietolerancyjny. Nieinteresujący. Taki za bardzo i nie bardzo. Za mało i za dużo. Taki nie w sam raz. Taki za bardzo pusty i za bardzo pełny. Taki nierokujący. Niezarabiający. Niewypłacalny.  Niedążący. Bezcelowy. Nieprzystający. Za bardzo wątpiący.  Za mało chory i za bardzo schorowany. Za głupi i za mądry. Niezauważalny. Obcy. Nie ten.

Żyje sobie obok. Istnieje z dnia na dzień. Trwam. Jestem powtarzalny. Jestem niezaskakujący. Jestem nie rozrywkowy. Niezabawowy. Nietaneczny. Nietowarzyski. Nierodzinny. Nieprzysiadalny. Ale za to nadmiernie kochający. Za dużo pijący. Za bardzo przytulający. Irytujący. Za bardzo potrzebujący. Nierealistyczny. Za bardzo chcący. Za bardzo proszący. Za mało dający i za dużo biorący. Za bardzo potrzebujący. Za bardzo domowy. Rutynowy. Powtarzalny. Niezaskakujący. Udomowiony. Wciąż kochający.

„Ile wiary fałszywej tyle męki komicznej tyle śmiesznej tęsknoty tyle miłości próżnej”

dziennik pesymistyczny

Nic nie stracił na pobycie w więzieniu, bo był bez zameldowania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie straciła na pobycie w więzieniu – tak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna argumentuje swoją odmowę odszkodowania i zadośćuczynienie za błąd sędziego, przez który niewinny człowiek przesiedział w więzieniu sto trzydzieści cztery dni.

Widziałem już wiele urzędniczej bezczelności, wręcz buty, szyderstwa i zwyczajnej głupoty. Ale tak rażącego przykładu pokazującego czym dla tego państwa i dla jego urzędników jest zwykły śmiertelnik, dawno nie wiedziałem.  Słowa przedstawicieli prokuratorii generalnej nie można potraktować inaczej jak przyznanie, że w Polsce istnieją obywatele drugiej kategorii. Jesteś biedny, nie masz pracy, nie masz domu a w szczególności zameldowania to jesteś nikim. Nawet jak posiedzisz w więzieniu to nic Ci się nie stanie. Najlepszym miejscem dla biedaka jest więzienie?

Najwyraźniej takie jest przekonanie państwowych prawników. Mężczyzna został zabrany z ulicy przez państwowych policjantów. Zanim się zorientował, co się stało, był już w państwowym więzieniu. Twierdzi, że nie wyjaśniono mu z jakiego powodu się tam znalazł. Następnie dowiedział się, że znalazł się tam, bo odwieszono mu wcześniejszy wyrok. Przesiedział w zamknięciu sto trzydzieści cztery dni. Po wyjściu z więzienia dowiedział się, że spędził w nim pół roku przez uchybienie sędziego, który działał zbyt rutynowo. Pomylono go z kimś innym. I nikt nie zauważał, że zgadzało się tylko nazwisko. Inny był rocznik, inne imię, inne też było miejsce zamieszkania.

Błąd jeszcze mogę – choć z wysiłkiem – to jednak zrozumieć. Wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy do tego prawo. Ale nie mogę pojąc, jakim prawem tego człowieka teraz państwo jeszcze dodatkowo poniża. Przesiedział przez pomyłkę w więzieniu sto trzydzieści cztery dni. To bezsporny fakt. Nie należy się chyba dziwić, że teraz za pomyłkę urzędników oczekuje od państwa odszkodowania i wypłaty zadośćuczynienie. Jednak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna nie ma jednak zamiaru zapłacić. Prawnicy państwowi postanowili powalczyć, licząc zapewne, że jak ktoś jest biedny to zapewne nie stać go na dobrego obrońcę.  Adwokatka mężczyzny otrzymała list, iż jej klient, jako osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie stracił na pobycie w więzieniu. Zapewne powinien być szczęśliwy, że państwo polskie, choć przez pomyłkę to jednak tak bardzo się nim zajęło zapewniając mu wikt i opierunek. Odwieźli go do więzienia państwowi policjanci i przebywał w państwowym więzieniu, powinien być wdzięczny za opiekę.  Właśnie jest ta niebywała buta urzędniczą. Ta bezczelność i szyderstwo.

Pokrzywdzony człowiek twierdzi, że „potraktowano go jak śmiecia”. I ma całkowita słuszność. Jak można twierdzić, że pobyt w więzieniu jest rzeczą obojętną? To chore! Jak nie zwyczajnie głupie. Mężczyzna wystąpił o odszkodowanie i zadośćuczynienie w wysokości trzystu tysięcy złotych. Sprawę rozstrzygnie sąd. Mam nadzieje, że tym razem sędzia się nie pomyli, i że nie będzie działał rutynowo.

dziennik pesymistyczny

Chwila dla debila – nowe pokolenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– W nowej Polsce będzie potrzeba uczciwych ministrów, wojewodów, prawników… działaczy PZPN. Jeśli ktoś z Was ma kłopoty z prawem, służba dla nowej Polski będzie oczyszczeniem – mówi na wiecu kończącym „Marsz Niepodległości” rzecznik Organizacji Narodowo – Radykalnej Marian Kowalski. Niezorientowanych w meandrach zaplecza politycznego skrajnej prawicy informuje, że PZPN to nic innego jak Polski Związek Piłki Nożnej. Już widzę oczami wyobraźni jak „idzie nowe pokolenie”(zgodnie z hasłem marszu) tych uczciwych ministrów, wojewodów, prawników… działaczy PZPN. Nawet nie musze wysilać wyobraźni, bo przecież widziałem i czytałem o tym jak narodowcy podczas pochodu zaatakowani dwa squaty, spalili co najmniej dwa samochody, instalację artystyczną w formie tęczy na pl. Zbawiciela oraz zaatakowali kamieniami, racami i butelkami ambasadę rosyjską. Idzie nowe pokolenie? A może idzie stara, sprawdzona już niestety, brunatna zaraza? Może u nas zaczyna się właśnie to, co miało miejsce Niemczech w latach trzydziestych? Wąsy przywódców nie takie same, ale ideologia i zachowanie bardzo podobne.

Zdaniem posła prawych i sprawiedliwych Joachima Brudzińskiego część odpowiedzialności za zamieszki w Warszawie ponosi premier Donald Tusk. Ja wiem, że w oczach pisowców premier ponosi odpowiedzialność prawie za wszystko, co złego dzieje się w Polsce, na świecie i w pobliskich galaktykach. Jednak tym razem, choć naprawdę niechętnie to czynie, to jednak muszę się z panem posłem zgodzić. Skrajna prawica wychodowana została przez znudzonych biznesmenów z Australii czy z Ameryki przy cichym przyzwoleniu państwowych służb specjalnych.  Miała służyć zapewne, jako przeciwwaga dla lewicy. Tylko, że jak zwykle ktoś czegoś nie przewidział, coś ktoś przeoczył, czegoś nie dopilnował i brunatna siła zerwała się ze smyczy służ samodzielnie dążąc do siłowego przejęcia władzy.

W podstawówce do mojej klasy uczęszczał uczeń, który uwielbiał rozrabiać. Nauczycielka po wielu próbach spacyfikowania łobuza w końcu dała za wygraną zawierając z młodym krnąbrnym wychowankiem swoisty układ: on miał trzy minuty na początku lekcji na to żeby się wyszaleć a potem przez czterdzieści trzy minuty miał siedzieć spokojnie. Nazywaliśmy to chwilą dla debila. Podobny układ mieliśmy w Polsce. Przez jeden dzień, jedenastego listopada, władza zezwala na „chwile dla debila”, gdzie narodowa skrajna prawica odprawia swoje harce demolując miasto, paląc, bijąc i kopiąc, kogo popadnie, by potem przez rok narodowcy trwali w letargu. W mojej podstawówce taki układ trwał krótko, bo rozrabiaka przeciągam chwile o kolejne minuty. Podobny koniec układu obserwujemy teraz w Polsce. Chwila na wyładowanie agresji przeciągnęła się z czasie. Ile to razy w tym roku prawicowe bojówki uniemożliwiły lub zakłócały wykłady na uniwersytetach? Ile razy wszywały burdy? Chwila przestała być tylko chwilą.

Nazywamy ich narodowcami, prawicą, skrajna prawicą, faszystami, ale to sugeruje, że w tych zamaskowanych kibolskimi barwami łbach kolebie się jakaś ideologia, jakaś idea. To duże nadużycie. Przecież przeciętny uczestnik tych zadym nie kojarzy nawet co to jest Bóg,  co to Honor, i co to Ojczyzna. Ich łączy jedno pragnienie, niszczenia wszystkiego co inne, co nie pasuje. W imię debilnego hasełka: “Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”.  – Spłonęła dziś tęcza. Nie pochwalam, ale spłonął symbol zarazy – mówił Robert Winnicki z Młodzieży Wszechpolskiej nawiązując do podpalenia tęczy na pl. Zbawiciela. Krzysztof Bosak z tej samej organizacji przekonywał słuchaczy, że „nie ma pojęcia”, kto podpalał, ale przypomniał, że pierwotnie miała to być instalacja czasowa i trzeba ja jak najszybciej usunąć. Jeśli to ma być nowe pokolenie, to zdecydowanie ten ich marsz trzeba powstrzymać. Bo jak pisał Edmund Burke: dla triumfu zła wystarczy tylko, aby dobrzy ludzie nic nie robili.

dziennik pesymistyczny

Agresywnie i wulgarnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Pewien poseł twierdził, że został pobity przez policjantów. Na początku zareagowałem standardowo. Skazałem zaocznie parlamentarzystę na wieczne potępienie za to że był pijany, że się awanturował i po prostu pasował do tego co myślę o wszelkiej maści politykach. Jednak jak usłyszałem w telewizji jak rzecznik komendy stołecznej policji przekonywał, że poseł zachowywał się „agresywnie i wulgarnie, chciał wydawać policjantom polecenia” to uświadomiłem sobie, że ja takie oskarżenia słyszę od mundurowych wręcz standardowo.

Kilka lat temu widziałem w telewizji reportaż o zwykłym obywatelu z miasta Łodzi, który sfotografował źle zaparkowany samochód straży miejskiej. I tym właśnie wzbudził gniew mundurowych, którzy w stosunku do delikwenta użyli środków przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej oraz kajdanek.  Następnie doprowadzili mężczyznę do najbliższego komisariatu policji gdzie spędził kilka godzin. I tam właśnie usłyszałem znajome słowa, które są jak mi się wydaje stałym już i standardowym oskarżeniem wobec osób, które popadły w konflikt z urzędnikiem w mundurze.  Wystarczy złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza, aby w odpowiedzi na postawione mu zarzuty zostać oskarżonym między innymi o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza w mundurze. Łatwo zgadnąć, komu uwierzy sąd, gdy już przed nim staniemy i słowa mundurowego będą przeciwko naszym słowom. Wielokrotnie słyszałem o takich przypadkach. Wystarczyła krótka sonda wśród moich znajomych, aby potwierdzić, że nawet niewinnie wyglądającym i grzecznym z natury osobom zdarzyły się oskarżenia o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza.

– Użyto gazu, przewrócono mnie, kopano mnie w głowę, klęczano na mnie, skuto mnie kajdankami, bito mnie i wielokrotnie polewano jakimś żrącym środkiem, ponieważ piecze mnie całe ciało. Byłem kopany w krocze, w plecy i po nogach. Dosyć szybko przestałem widzieć cokolwiek – mówił na konferencji prasowej poseł. Nie dziwi mnie też, że po takich oskarżeniach policji o brutalność ta natychmiast oświadczyła ustami rzecznika, że polityk był agresywny i wulgarny. To standard.

Może nawet uwierzyłbym, że ten pan z miasta Łodzi, ten parlamentarzysta, moja koleżanka, kilku moich znajomych, to jacyś zakamuflowani cholerycy, co to jak tylko zobaczą funkcjonariusza, to od razu zaczynają go lżyć i obrażać. Uwierzyłbym gdyby nie to, że sam stałem się kilka lat temu przedmiotem takich oskarżeń ze strony mundurowych.

Jestem niesłychanie spokojnym człowiekiem. Od razu dodam, że podczas zajścia które opisze, nikogo nie obrażałem słownie, a wręcz przeciwnie, byłem wyjątkowo małomówny, spokojny i zrównoważony. Ale do rzeczy. Zdarzyło mi się kiedyś zatrzymać samochód w miejscu gdzie obowiązywał zakaz parkowania. Nie chciałem tam zostawać długo. Tylko tyle czasu, ile potrzeba na otworzenie bagażnika i wystawienie tego, co się w nim znajdowało na ulicę. Nie zdążyłem jeszcze wyłączyć silnika, a już pukał w okno mojego samochodu funkcjonariusz z propozycją ukarania mnie mandatem za parkowanie w strefie, w której jego zdaniem nie powinienem tego robić. Nie dyskutowałem. Nie marudziłem. Spokojnie zgodnie z prawem odmówiłem przyjęcia mandatu, bo mieliśmy ze mundurowym inne zdanie na temat różnic między zatrzymaniem i postojem pojazdu. A że nie chciało mi się dyskutować, więc uznałem, że sąd jest najwłaściwszym miejscem do rozstrzygnięcia, który z nas dwóch ma rację.

I tak się stało. Spotkaliśmy się przed obliczem sądu z panem mundurowym i tam dowiedziałem się z ust funkcjonariusza, że podczas gdy on pełen skromności i wymogów służby starał się wręczyć mi mandat, ja podniesionym głosem używałem w stosunku do niego słów wulgarnych, ogólnie uważanych za obelżywe, czym go uraziłem do żywego. Byłem po prostu agresywny i wulgarny. Zdziwiłem się, bo albo miałem pomroczność jasną, albo po prostu mundurowy kłamał, że byłem taki, jakim nigdy nie bywam. Na pytanie wysokiego trybunału czy tak było zaprzeczyłem i przywołałem na świadka osobę, która podróżowała wtedy ze mną samochodem. I tu jakby to moje szkalowanie munduru znikło zupełnie. Bo ani funkcjonariusz już więcej do kwestii słów wulgarnych nie powracał, ani sąd jakoś nie drążył tematu mojej wmawianej mi przez niego obelżywości i agresywności.

Czyli jeśli chcesz mieć stuprocentową pewność, że nie obrażasz słowem munduru, staraj się drogi czytelniku mieć świadka starć słownych z funkcjonariuszem lub takie spotkanie w jakiś inny sposób rejestrować. Bo nieważne, że nie obrażałeś słowem, ani nawet czynem policjanta. Jak nie masz świadków na swą niewinność to możesz być prawie pewien oskarżeń o agresywność oraz używanie słów wulgarnych i obraźliwych. I nie ważne czyś zwykły spokojny obywatel – szarak czy parlamentarzysta w stanie upojenia, zawsze masz szanse stać się w policyjnej ocenie „ agresywnym i wulgarnym”.

dziennik pesymistyczny

Follow me… z pytaniami do byłego prezesa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W pewnym mieście powiatowym magistrat postanowił wybudować lotnisko. W tym celu, w pierwszej kolejności, powołano spółkę miejską, która miała tą inwestycje prowadzić. Oczywistą oczywistością – że pozwolę sobie na cytat z klasyka tak bliskiego sercom i umysłom władz miasta- było również powołanie wszelkich władz spółki wraz z radą nadzorczą. Gdy budowa była jeszcze w powijakach, miejska spółka Port Lotniczy fundnęła sobie służbowe auto za ponad osiemdziesiąt tysięcy złotych. Minęło kilka lat i tak przy okazji informacji rzecznika spółki o kolejnym przesunięciu terminu otwarcia terminala przyszła mi do głowy szalona myśl, aby zapytać o dalsze losy samochodu zakupionego przez Port Lotniczy pod koniec 2009 roku

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zapytałem pana rzecznika o to, co stało się z autem toyotą verso tzw. „Follow me”.  Bardzo chciałem wiedzieć, czy nadal służy na lotnisku? Czy przez ten cały czas, od roku 2010, było wykorzystywany zgodnie ze swoim przeznaczeniem? (jako pojazd tzw. „Follow me”). Bo przecież pamiętałem, że przed laty wiceprezydent miasta, który był także szefem rady nadzorczej spółki Port Lotniczy, wyjaśniał, że verso to samochód wielofunkcyjny, i że będzie też służył do prowadzenia „cywilnych samolotów po lotniskowych nawierzchniach tzw. Follow me z systemem łączności i światłami błyskowymi” a pojazd będzie prowadzony „tylko przez specjalnie przeszkolone i uprawnione osoby do poruszania się po czynnym lotnisku”.

Wysłałem maila z pytaniem do rzecznika i dostałem odpowiedz: (…) uprzejmie informuję, że Port Lotniczy (…) nadal użytkuje samochód Toyota Verso. Jest on wykorzystywany przez pracowników spółki, wykonujących obowiązki służbowe. Natomiast w kwestii przeznaczenia tego pojazdu, jako narzędzia pracy Koordynatora Ruchu Lotniczego Naziemnego (potocznie follow me), pytanie proszę skierować do byłego prezesa PL (…), który zakupił wspomniany pojazd w roku 2009.

Wynika z tego, że auto nigdy nie było i pewnie nie będzie wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem, na jakie powoływano się w chwili zakupu. Jednak mnie szczególnie dziwi to, że mam się ze swoimi pytaniami zwrócić do byłego prezesa Portu Lotniczego, jak radzi rzecznik. Czyli do osoby prywatnej. To nie spółka jest winna, to ten były prezes? Teraz jest nowy i nie odpowiada za poczynania poprzednika? Nie ma ciągłości władzy? Nie ma prezesa i nie ma problemu? Nikt nie jest winny?

Szalenie wygodne, choć niestety nie nowatorskie rozwiązanie. Mam nadzieję, że nie zostanie zastosowane po otwarciu lotniska, gdy, nie daj Boże, port lotniczy zacznie przynosić straty i trzeba będzie znaleźć winnych i zmienić zarząd i prezesa. Bardzo bym nie chciał wtedy usłyszeć od rzecznika (oby nie nowego), że pytania o błędy i wypaczenia proszę „skierować do byłego prezesa”. Tradycją stało się u naszej władzy wszelakiej to, że za błędy odpowiadają zawsze ci, których aktualnie nie ma u władzy.

dziennik pesymistyczny

Zabawy zabawnych ludzi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W moim mieście zawyły syreny ogłaszające alarm na wypadek ataku z powietrza. Tak było kilka dni temu. Byłem spokojny i zrelaksowany, bo wiedziałem dobrze, że to tylko ćwiczenia. Od tego czasu dręczy mnie jednak pytanie: czy jak już dowiedziałbym się (z tego wycia syren), że lecą na moją głowę bomby to, co miałbym ze sobą zrobić? Gdzie się schronić? Gdzie szukać pomocy?

Między godziną dziesiątą a dziesiątą piętnaście uruchomione zostały syreny alarmowe. Był to test systemu wykrywania i ostrzegania na wypadek zagrożenia terrorystycznego z powietrza, przeprowadzony w ramach ćwiczenia RENEGADE-KAPER 13/II ( swoją drogą, ciekawe, kto wymyśla te dziwaczne angielskojęzyczne kryptonimy). Organizatorem tego wycia było dowództwo operacyjne sił zbrojnych. Czyli bardzo poważna organizacja państwowa.

– Syreny tworzą system ostrzegania i alarmowania ludności – jak mnie wtedy obszernie informowały media. Jednak nikt nie poinformował mnie, co ja mam zrobić jak już zostanę ostrzeżony i zaalarmowany. Wiadomo, to Polska, czyli na początek powinienem paść na kolana i się pomodlić, ale tak na poważnie to naprawdę chyba nikt z szarych obywateli nie wie gdzie ma się schronić na wypadek zagrożenia.

Ze szkolnych lekcji przysposobienia obronnego pamiętam, że jak wybuchnie bomba atomowa to mam się położyć „na brzuchu nogami w stronę wybuchu”. Ale mam nadzieje, że od czasu mojej nauki w podstawówce coś tam się w tym temacie zmieniło. Choć jednocześnie znając mentalność naszych urzędników oraz działanie państwowego systemu moja nadzieja na zmiany jest maleńka. Syreny ostrzegania włącza się w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia, więc jeśli takowe zagrożenie występuje choćby teoretycznie to chyba zasadne jest pytanie: co dalej? A odpowiedzi: nie ma.

To były tylko ćwiczenia, ale gdy tak słuchałem wyjących syren zrodziło się we mnie pytanie: gdzie ja miałbym się udać? Gdzie schronić w wypadku prawdziwego ataku terrorystycznego? Pierwsza myśl: udać do schronu. Ale to nie takie łatwe. Najbliższy, o jakim wiem, raczej z wrodzonego wścibstwa niż rzetelnej informacji, znajduje się kilka ulic od mojego mieszkania.  Wiem, że tam musi być, bo widziałem na trawniku miedzy blokami jego wietrznie. Ale gdzie ten schron dokładnie jest? Tego chyba nie wie nikt. No może kilku urzędników i mieszkańcy bloku coś na ten temat wiedzą, ale czy się tą wiedzą chętnie podzielą w razie zagrożenia?

Z tego, co ustaliłem, ”metodami operacyjnymi” – jak mawiał mój znajomy, w moim mieście znajduje się około pięćdziesięciu schronów. W większości nieprzystosowanych do natychmiastowego schronienia się tam ludności cywilnej w razie ataku terrorystycznego. Schrony są rozmieszczone w zdecydowanej większości w centrum miasta. Prawie wszystkie ze schronień na wypadek ataku z powietrza powstała latach „ zimnej wojny”, i nigdy nie były remontowane ani wyposażane w nowoczesny sprzęt ratunkowy. Mieszczą się w budynkach bloków mieszkaniowych. Kilka można znaleźć także w dawnej strefie zakładów zbrojeniowych, gdzie teraz kwitnie nowy biznes wszelkiego rodzaju. Mała, więc jest szansa by nowi właściciele zadbali o schrony mieszczące się w budynkach, które teraz są ich własnością. Duże schrony znajduje się w podziemiach kilku szkół. I to tyle. Tak mniej więcej na około dwa tysiące osób. I to wszystko. Nie przypominam sobie abym słyszał kiedykolwiek o powstaniu nowego schronu na osiedlach mieszkaniowych wybudowanych współcześnie, a mieszka tak przecież po kilkaset tysięcy ludzi. W całym mieście kilka set tysięcy.

Syreny zawyły. Organizatorzy ćwiczeń RENEGADE-KAPER 13/II są zadowoleni. Tylko ja nadal nie wiem, co mam zrobić. Z internetu dowiedziałem się, że „w momencie ogłoszenia alarmu. Powinniśmy np. ubrać się, zabrać dokumenty, wyłączyć wszystkie urządzenia elektroniczne i gazowe, zawiadomić sąsiadów, udać się do najbliższego schronu lub ukrycia”. A potem pewnie sforsować drzwi na klatkę schodową, do piwnicy, i te do schrony zamknięte na głucho… i już jestem w pomieszczeniu z lat pięćdziesiątych z muzealnymi przedmiotami wyposażenia. Jeśli mam szczęście.

Takie ćwiczenia jak  RENEGADE-KAPER 13/II to kompletna fikcja. Zabawy zabawnych ludzi. Jak wiele działań państwowych są tylko wyciem na pokaz. Może, choć raz warto by było zrobić ćwiczenia gdzie nie tylko powiadomi się ludzi o zagrożeniu terrorystycznym, ale też pokaże jak się przed nim realnie zabezpieczyć i gdzie schronić.