Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Dziś jest ważniejsze od jutra

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Jest mnie za mało. Rozpuszczam się w idealnie krystalicznej wodzie, która daje życie, jest życiem, ale przecież także je odbiera.  Rozdrabniam się już nie na dni, ale na godziny, a na minuty. Sprawiają mi radość dobrze przeżyte chwile, nie jak dawniej całe tygodnie czy lata.  Rozpływam się w czasie, w rzeczywistości, w bycie dna codziennego. Żyje teraz, w tej jednej chwili. Dziś jest ważniejsze od jutra. Nie planuje, bo nie chce rozmieszać Boga. Jestem. Trwam. Egzystuje. Tu i teraz. W sensie czy bezsensie doczesności, codzienności. W szarej mgle bólu i strachu. Codziennie nasłuchuje kroków na schodach. Czy już idą po mnie? Czy to już dzisiaj? Czy trzeba zakończyć? Odnajduje spokój przy wyłączonym telefonie i zasłoniętych oknach.  W pustce, w półmroku, w zamknięciu. Odizolowany od świata cieszę się ulotnymi chwilami spokoju. Jakie to szczęście, że to jeszcze nie dzisiaj. Staram się wtłoczyć w umysł bezpieczeństwo, choć przecież wiem, że to niemożliwe.

Nadzieje wlewam kieliszkami z gardło i rozkoszuje się jej ciepłem rozchodzącym się po całym ciele. A jeśli niedostane swojej dawki płynnego optymizmu?  Lato, jesień, zima, wiosna, lato, kolejna jesień odliczam sezony, w których jeszcze się udało zachować stabilność. Istnieć. Być. Trwać. Przeciekałem, udało się. Przeszłość, choć jednostajna napawa mnie dumą z samego tylko faktu, że przecież była. Że znów się udało! Chciałbym zobaczyć zimę, mam nadzieje na kolejne lato. To nie są plany, to tylko takie marzenia.

Moje życie to tylko chwila jawy miedzy dwoma snami. A nawet sny są coraz krótsze, coraz bardziej niepewne, zajęczo strachliwe, płytkie, samotne. Zasypiam z nadzieją, lecz wybudzam się po kilku godzinach już bez niej. Czekam świtu w strachu. W panicznym lęku przed dniem. Żeby mniej myśleć uciekam w fikcje książek, w nierealną dla mnie rzeczywistość gazet, bezmiar i chaos internetu. Filmy, muzyka. Czytam i oglądam, byle tylko stłumić strach i niepewność. Byle dalej. Byle uciec.  Byle, choć na chwile zapomnieć. Byle tylko nie rozmyślać. Nie pamiętać. Byle mniej myśleć. Żyć tym, co na ekranie, co w gazecie, co na stronach książek. Wygłuszyć emocje. Zastąpić je czymś innym. Stworzyć hybrydę fikcji z samym sobą. Odrealnić się.

Przyglądam się sobie w lustrze pytając czy to wciąż jestem ja? Czy ten, kogo widzę nadal istnieje? Czy klasyczne filozoficzne twierdzenie – myślę, więc jestem – dotyczy też mnie? Czy może wyzerowałem licznik i teraz mniej jestem, bo dużo myślałem? Patrzę w brodatą twarz w lustrze i zastanawiam się, kogo mi przypomina. Jestem moim ojcem? Moim innym przodkiem? Jestem kolejny z pokolenia bez przyszłości? Z zagubionym celem? Nabieram pewności, że dobrze zrobiłem wytrwawszy w postanowieniu, że będę ostatni.  Może moje geny nie pasują do tego świata pospiechu, pazerności, pogoni za pieniądzem. Świata kłamstwa, głupoty, strachu o byt, kredytów, pożyczek, podatków, urzędników, polityków. Nie pasuje do niewolnictwa nowej ekonomii. Za mało jestem liberalny. Za mało uległy. Niedostosowany. Nierokujący. Nie wypłacalny. A społeczny. A polityczny.

Przesuwam dłonie po łysej skórze mojej czaszki. Wplatam palce w włosy brody. Oglądam z ciekawością naukowca moja twarz. Moją a przecież tak bardzo nie moją. Derealizacja. Nie mogę w to uwierzyć, że przecież jeszcze tak nie dawno w tym samym lustrze widziałem ogoloną buźkę faceta w białej koszuli pod krawatem, w ciemnym garniturze ze znaczkiem korporacji w klapie marynarki. To takie dalekie, że aż nierealne. Uciekłem od tego. Wydostałem się z labiryntu. Odszczurzyłem się. Ale teraz moja ucieczka okazała się daremna. Bo od wszechobecności władców systemu wyzysku można uciec tylko w głąb siebie. Uciec można tylko wewnętrznie. Machina państwa wygrywa. Choć jestem wolny, to tylko na tyle na ile mi ona pozwala. Męka mnie swoimi istnieniem. Przenika przez ściany mojego schronienia trując mnie ciągłym upominaniem się o daninę. Pisma urzędowe, rachunki, upomnienia. Nie ma ucieczki od wszechobecności ich uporządkowania. Pozostaje czekać. Trwać. Istnieć. Choćby jeszcze nawet minutę, choćby tylko godzinę, chwile… Walczyć tym moim istnieniem. Pozostawanie w miejscu to też forma ucieczki. Forma walki.  Bo dziś jest ważniejsze od jutra.