Tag Archives

113 Articles

dziennik pesymistyczny

Jak się nazywasz, czyli 115 dowodów na 47 nazwisk

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdy obywatel naszej pięknej rzeczpospolitej wie jak ważny jest w jego życiu dowód osobisty. Dla przeciętnego człowieka życie w polskich strukturach państwowych i społecznych bez tej plastikowej karty identyfikującej byłoby zupełnie niemożliwe. Są takie kraje, gdzie osobisty dowód tożsamości wydawany przez uprawnione organy władzy jest nieznany, ale to zapewne stan przejściowy w ich nieudolnych cywilizacjach. Ten nienaturalny dla biurokracji stan bezdowodowy zapewne niedługo się u nich zmieni na ten właściwy. Ci zacofani innostrancy bez dowodu przyłączą się do nas oświeconych i posiadających osobisty, potwierdzony państwowo, dowód na własne istnienie.

Bo przecież nie ma życia bez osobistego dowodu. Każdy, kto próbował odebrać list polecony na poczcie, zareklamować towar w sklepie, udał się na badania lekarskie, każdy musiał się urzędnikowi pocztowemu, pani w sklepie czy recepcjoniście w przychodni wylegitymować dokumentem tożsamości. Bez tego kawałka plastiku ze zdjęciem nikt by mi tak na słowo nie uwierzył, że ja to ja, a nie ktoś zupełnie inny.

Powiem nawet więcej, to dowód osobisty określa, kim jesteśmy. Nie tylko możemy się w każdej chwili z tego dokumentu państwowego dowiedzieć dokładnie gdzie mieszkamy (pod warunkiem, że mieszkamy tam gdzie jesteśmy zameldowani), możemy się szybko upewnić ile mamy wzrostu, jaki mamy kolor oczu oraz kiedy przyszliśmy na ten świat. Szybko i sprawnie możemy sobie przypomnieć, pod jakim numerem identyfikacyjnym zostaliśmy zapisami w państwowych ewidencjach. Bez problemu i w każdej wybranej przez nas chwili możemy sprawdzić naszą narodowość, oraz do jakiego państwa jesteśmy przypisani. I co najważniejsze, z dowodu osobistego możemy się oczywiście dowiedzieć jakie nam nadano oficjalne imię i nazwisko.

Wydaje wam się, że każdy już o dziecka wie jak się nazywa i nie jest mu do tego potrzebny dowód tożsamości? Otóż nie jest tak do końca, o czym przekonali się świętokrzyscy policjanci, którzy zatrzymali czterdziestojednoletniego mężczyznę z miasta Gdynia. Jak donoszą media, osobnik ten, posiadał piętnaście dowodów osobistych na czterdzieści siedem nazwisk. Gdy funkcjonariusze zapytali go o jego imię i nazwisko, biedaczyna nie potrafił powiedzieć jak się nazywa. No poplątało się chłopinie z nadmiaru osobistych dowodów tożsamości. No jak miał się zorientować jak ma na imię czy nazwisko, jak miał tak wiele dowodów na swoją tożsamość. To przecież absolutnie niewykonalne. Czterdzieści siedem imion i nazwisk do wyboru. Przy czym każdy, choć podrobiony, to jednak prawie państwowy dowód twierdzi, co innego. Czterdzieści siedem różnych numerów identyfikacyjnych, czterdzieści siedem wersji wzrostów i koloru oczu. Prawdziwy koszmar. Na znalezionych u zatrzymanego przez policję dokumentach był wizerunek czterdziestojednolatka, lecz różne dane. – No, jak żyć! – chciałoby się zawołać za klasykiem. Zastanawia mnie, dlaczego miał ten pan sto piętnaście dowodów osobistych, ale tylko na czterdzieści siedem nazwisk i imion? Czyżby miał też wersje z powtarzającymi się nazwiskami lub imionami, ale innymi danymi dotyczącymi na przykład miejsca zamieszkania czy daty urodzenia? To jeszcze bardziej komplikowałoby życie mężczyzny z miasta Gdyni, ale też tłumaczyło jego dezorientację co do właściwego nazwiska czy imienia.

W tym miejscu chciałbym zaapelować do moich współobywateli. Kochani, starajcie się posiadać jeden dowód. Nie kombinujcie. Jeden dowód na jedno imię i nazwisko w zupełności wam wystarczy. Posiadanie większej liczby dowodów może was tak zamroczyć, że stracicie zupełnie kontakt z rzeczywistością. Taka mnogość dokumentów osobistych spowoduje u was kompletą dezorientację co do waszych danych personalnych. A może nawet osobowość mnogą? Nie idźcie za przykładem przestępcy z Gdyni. Jeden dowód zapewni wam zawsze wiedzę, kim jesteście i jak macie na imię. Tylko posiadając jeden dowód osobisty, zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia i nocy, w każdych okolicznościach, nawet pytani przez świętokrzyskich funkcjonariuszy, będziecie mogli szybko i sprawnie, bez zaskoczenia powiedzieć jak się nazywacie.

dziennik pesymistyczny

Bezmyślenie osobnicze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Cały czas myślę i to jest moje największe przekleństwo. Bo gdybym nie myślał lub myślał mniej, choć trochę, to może łatwiej bym się dopasowywał, uspołeczniał. Bez myślenia byłbym szczęśliwszy, pracowitszy, bardziej uporządkowany. Nie zastanawiałbym się, dlaczego co rano muszę wstać do pracy. Bo praca byłaby dla mnie czymś najzupełniej naturalnym. Żył bym spokojniej bez ciągłej potrzeby dociekań. Czy jakbym ograniczył narkotyczną wręcz potrzebę myślenia nie zadawałbym sobie tak społecznie bezsensownych pytań jak: dlaczego? Po co? Wykonywałbym polecenia i czułbym się szczęśliwszy. Stałbym się cennym członkiem społeczeństwa. Co dnia stawałbym przy maszynie. Siadał przy biurku. Stawałbym na stanowisku. Służyłbym pomocą. Skrzętnie bym pracował i zarabiał. Tak po prostu. Bez myślenia łatwiej by mi było znaleźć prace. Byłbym bardziej atrakcyjny dla wolnym rynku. Byłoby na mnie zapotrzebowanie. Stałbym się  społecznie kompatybilny. Byłym lepiej opłacany. Adekwatny. Taki swój. Masz. Kumpel. Byłbym wypłacalny. Miałbym zdolność kredytową. Byłbym wiarygodny dla banków. Gdybym tylko mniej myślał. Choć ociupinkę. Mniej analizował. Gdybym nie szukał dziury w całym. Byłbym szczęśliwszy. Bardziej lubiany. Miałbym więcej kolegów, no bo z pracy. Miałbym więcej przyjaciół, bo by mnie było stać na przyjaźnie. Miałbym lepszą opinie w środowisku.  Miałbym większy dom. Większe mieszkanie. Może nawet w wieku sześćdziesięciu trzech lat spłaciłbym w końcu hipotekę?  Mógłbym pracować wydajniej. Dosłownie wszędzie. Robić wszystko co się ode mnie by wymagało. Mógłbym bez problemów wyjechać za pracą. Żyć bez lęku. Bez nadmiernego myślenia byłoby łatwiej i sprawniej. Wydajniej.

Gdybym nie myślał tak wiele, mniej bym się denerwował. Wiadomości telewizyjne, nagłówki w gazetach napawałyby mnie tylko optymizmem. Zwiększałyby moją potrzebę bardziej wytężonej pracy dla dobra nas wszystkich. Gdybym tak, choć na chwile przestał się zastanawiać, dlaczego jest tak jak jest, a nie jest inaczej, byłbym o wiele szczęśliwszy. Gdybym nie czytał, nie oglądał, nie bawił się, nie przyglądał się, nie rozmyślał w nadmiarze… gdybym zwyczajnie nie chciał wszystkiego zrozumieć, świat tak bardzo by mnie nie przerażał. Lepiej bym sypiał gdybym w nocy nie myślał o dniu następnym. Może nie brałbym leków? Może byłbym bardziej realny. Mniej oddalony. Teraźniejszy. Nie denerwował się. Jakżeż ja byłbym spokojny bez nadmiernego myślenia. Może nawet byłbym bardziej wolny, bo przecież nawet nie zastanawiałbym się nad zniewoleniem. Ale chyba najważniejsze, że byłbym bardziej przystosowany do tego świata. Nie chciałbym nic zmieniać. Nie stawałbym niewygodnych pytań. Wiedziałbym przecież, że nic nie zmienię. Gdyby się tak dało nie myśleć. Wyłączyć pokrętłem, aż do kliknięcia oznaczającego koniec myślenie.  Jeśli nie wyłączyć całkowicie, to przynajmniej przyciszyć, stłumić myślenie.

Nie zagrażałbym sobie i innym, gdybym mniej myślał. Nie poszukiwałbym praw. Bo bym znał prawdy tak z boskiego nadania. Nie dociekałbym, nie pragnąłbym, bo wiedziałbym, że jest jak jest. Byłbym bardziej propaństwowy, prospołeczny, patriotyczny, bo przecież za pewnik bym przyjmował prawa i obowiązki. Gdybym nie myślał tak wiele, to pewnie doszedłbym do czegoś. Stałbym się posiadaczem. Miałbym i byłoby mnie stać. Byłbym wzorowym obywatelem każdego państwa. Czasem chce tego, chciałbym przestać być inny. Być zwyczajny. Szary. Uporządkowany.  Porachowany. Usystematyzowany. Może nawet bez natręctwa myślenia stałbym się lepszym, bo bym zapewniał i zaspokajał.  A to wszystko bym miał gdybym tak nadmiernie, tak pazernie nie starał się zrozumieć. Pojąc. Ogarnąć. Jakbym przestał myśleć, choć na czas jakiś. Do czasu aż bym się dorobił. Zapewnił sobie byt. Obrósł materialnie. Pewnie przed to moje wciąż myślenie, przez ten potok całego dociekania mam poczucie nierealności. W zasadzie, tak teoretycznie to wszystko wokół mnie nic, a nic mnie to obchodzi. No, może przynajmniej niewiele. Praktycznie jednak cały czas o tym myślę i to mnie osamotnia. Gdybym mniej myślał to byłbym szczęśliwszy?

dziennik pesymistyczny

Czas idiotów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

O jakże okrutne musi być bóstwo, które umieściło moją marną egzystencję, w tym kraju politycznych dziamdziaczy! Dlaczego już od urodzenia jestem skazany na słuchanie tych nawiedzonych politycznych głuptaków? Wiecznych wojowników o lepsze jutro, które dziwnym zrządzeniem losu zawsze jest przewidywane za kilka lat. Mam już serdecznie dość tych samych twarzy w zmiennych konfiguracjach. Od rana do wieczora, od poniedziałku do niedzieli, od stycznia do grudnia, rok po roku wysłuchuję rządzących, i tych, którzy aktualnie nie są u koryta. Słucham tego ich dziamdziania, tych zapewnień, pouczeń, wzajemnych oskarżeń. Tego nawiedzonego marudzenia. Mówienia o prawdzie, porządku, tragedii. I te zawsze cudowne recepty na świetlaną przyszłość. Śmierć, prezydent RP, pan premier, i ministrowie, senat i sejm, budżet i bezrobocie. Te mordy, gęby miniaste i nadęte, państwowo wypasione, politycznie umaszczone. Te ich „Zwyciężymy, jesteśmy silni. Tam gdzie jest wiara jest zwycięstwo”.

Mam dość tych ubranych w barwy narodowe ciamkaczy, głosicieli własnych praw, tych idiotów w komisjach i na trybunach. Tego ustawicznego potoku świętych praw absolutnych płynących ze stron, z każdego możliwego medium. Mam dość wypasionych świń w garniturach zapewniających mnie z wysokości urzędów i trybun, że ich prawda jest najważniejsza z najważniejszych.

Pokraki polityczne, pogrobowcy w wiecznej żałobie po dawnych bohaterach, krzyżowcy wierzący, że Polska Chrystusem narodów. Lewica jak prawica, prawica jak lewica. Tłumy z flagami, krzyże, krzyże i tragedie, wieczne tragedie. Groby, znicze, kwiaty, Jarosław, Jarosław, symbole walki. Marsze, i flagi, i ich patriotyzm ciągle atakowany, te wieczne, odwieczne sztandary narodowe. Czas wzajemnej adoracji. Korowód pasibrzuchów oderwanych od rzeczywistości. Ich usta wypchane frazesami o narodzie, kraju, ojczyźnie, państwie. Twarze zadowolone lub wiecznie niezadowolone, zacietrzewione, czerwone ze złości, uśmiechnięte lub wiecznie umęczone. Platforma w ruchach prawa i sprawiedliwa, w sojuszach lewicowa i demokratycznie ludowa, bo polska jest najważniejsza. Bo za miliony cierpią katusze.

Tłumaczą nam, że mamy żyć dokładnie według ich wizji świata. Dla nich nie jest ważne jak chcę przeżyć własne życie, oni doskonale wiedzą co dla mnie będzie najlepsze.  Pasibrzuchy  sejmowe zanurzone w  fotele. Pluskwy i karaluchy. Wieczni opozycjoniści. I ci wiecznie u władzy. Puchate panie i wymuskani panowie. Wszystkowiedzący. Upajający się bezsensowną paplaniną. I słowa, słowa, słowa. Tylko słowa. Coraz więcej słów. By Polska była silna, dumna i suwerenna. Zawsze przekonani, że dożyją w niedługim czasie Polski, w której będą stawały pomniki. Bo pomniki to ich pasja. Bo ich patriotyzm przecież nie jest pusty. Oni mają przekonania, oni są przekonani, oni przekonują, oni krzyczą, że mają święte prawo walczyć o prawdę i mają obowiązek tej walki. Wódz, nad wodzem flagi, przed wodzem tłumy. Na imię mu Legion, bo jest ich wielu. Krzyczą: „Chcemy prawdy” by Polska trwała. I trwać ma, bo są w Polsce miliony patriotów, którzy nie dadzą się zmanipulować. Póki oni żyją, to Polska nie umarła. Owacje. Marsze z pochodniami. Słowa. Słowa. Transparenty. „Zemsta, zemsta, zemsta na wroga, Z Bogiem, a choćby mimo Boga”.

dziennik pesymistyczny

476

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Mój dom to moje więzienie. Mój umysł to strażnik. Moje mieszkanie to moja cela. Moje myśli to granice mojego istnienia. Cztery kroki do okna, trzy kroki do ściany. Pięć do kuchni. Cztery do łazienki.  Mapa doczesności. Dzień i noc. O trzeciej trzydzieści jeden, światłość i przytomność myśli wpatruje się we mnie z ciemności. Czekam na świt. Moje szczęście i miłość o poranku wychodzi z domu. Za szybki pocałunek w progu. Oczekiwanie. Udręczenia. Rozpacz. Samotność. A przede wszystkim strach.  I chwile, gdy miłość i szczęście wracają. Te kilka godzin aż do strachliwego, płytkiego snu o poczuciu własnej wartości  to moja wolność. Ulubione słowa, rozmowa, obecność. Wlewam w siebie alkoholowe zapomnienie. Trwanie.

Tam za oknem, przesuwają się jak na zwolnionym filmie dni, tygodnie, miesiące. A ja uwięziony przez moje myśli tkwię na poddaszu mojej egzystencji. Czasem świat do mnie puka groźnie w drzwi, by listownie w urzędowy sposób przypomnieć o swoim istnieniu. I te dni są najgorsze, bo czuję wtedy, że nawet we własnym więzieniu nie jestem  bezpieczny. Z ciemności i bólu, i strachu nocy, wyłania się strach dnia. Słyszę jak za drzwiami, jak za oknem szurają buciorami problemy. Słyszę kroki na schodach i ściszam się w sobie. Zapadam w nieistnienie. Udaję martwego i nieobecnego. Przystosowałem się do życia w strachu. Mimikra.

 Jestem zamknięty w domu, do którego swym wielkim przekrwionym okiem zagląda, co pewien czas świat. Słyszę jego okrutne i złowrogie sapanie. Czuję jak przez ściany mojej celi przenika jego kwaśny oddech. On ciągle coś ode mnie chce. Wymusza działanie. Poucza mnie. Ten On. Ten ukształtowany w wielkość urzędniczej masy On. Utuczony na posadach i etatach. Przystrojony w ustawy, wyroki, nakazy, rozporządzenia, przepisy – wielki On. Społeczny, polityczny, państwowy kolos ulepiony w masy pieniędzy. Wykuty z monet, podparty papierem, stalowo twardy wsparty na cokole własnych „praw i obowiązków” ciągle oczekuje ode mnie działania na swoją korzyść. Podporządkowania się jego woli. Asymilacji.

Golem ulepiony z gliny i błota setek tysięcy interesów. Społeczna bestia o stu obliczach, strasząca mnie karami za czyny, które popełniłem przez brak współdziałania. Słyszę pieści, które całymi dniami uderzają w ściany mojego domu przypominając mi o istnieniu świata za murem. – Nie możesz istnieć bez nas! – wołają golemy. Nie możesz być inny. Przystosuj się! Dokonaj czegoś! Bądź ambitny. Zarabiaj. Płać. Opłacaj! Kupuj. Sprzedawaj. Żyj społecznie. – Jednostka zerem, jednostka niczym – mimowolnie powtarzam sobie mantrę z dawnych czasów, która tak doskonale zaadaptowała się do współczesności. – O nie! Krzyczę, choć tylko ja to słyszę.  Wiem, że moje rebelianckie przekonania nie pozwolą mi się podporządkować. Czy istnieje tylko droga w górę?

– Jesteśmy tym, czym się tworzymy, odpowiedzialność! – słyszę telefoniczne dobre rady od wszelkiego wujostwa.  Tak, ukształtował mnie mój umysł. Wykuły mnie uparte dłuta moich własnych myśli. Jestem, jaki jestem. Czuję to, co czuję. Działam tak jak działam. Jestem uwięziony w ucieczce od problemów. Nie ocali mnie doustnie zaaplikowana tabletka szczęścia, bo musiałbym za nią zapłacić lub przynajmniej zdobyć pozwolenia na jej posiadanie. Uzdrowienie jest płatne i przypisane do porządku świata panującego za oknem mojego więzienia. Czasem za bardzo samotny. Bez zawiedzionych przyjaźni i bez żalu. Istnieje we mnie dumie jedna nadzieja uparta, gdy już wszystko wydaje się stracone i przegrane. Ta myśl przebijająca się uparcie przez inne. To ja mam rację!

dziennik pesymistyczny

Kto nie skacze, jest pedałem…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Wieczorem zasiadłem z moją konkubiną do tradycyjnie leniwej kolacji przed telewizorem. Oglądam sobie najnowsze  fakty oraz wiadomości spokojnie, bez emocji, aż tu nagle na ekranie pojawiają się młodzi -chłopcy narodowcy śmigający w górę i w dół radośnie skandując hasło informujące o tym, że: kto nie skacze jest pedałem.

Natychmiast się zerwałem, bo przecież nie chciałem być homo, a przez to „nie skakanie” jak nic mogłem się stać pedałem. A w najlepszym wypadku za pedała mogłem być uznany. A ja tak do mężczyzn to raczej obrzydliwy jestem, więc co robić skakałem jak kangurek. I tak sobie kicałem przez kilka minut. A że jestem już nie najmłodszy i brzuszek jest już największym moim mięśniem, to nie dałem rady. Gdy padałem ze zmęczenia starałem się za wszelką cenę lec tak, żeby moja tylna część ciała była raczej jak najbliżej przy podłodze. Bo może jak bym ją wystawił do słoneczka to może bym prowokował? Gdy tak leżałem dysząc, olśniło mnie, że jak nie skaczę, to już pewnie jak nic jestem tym być nie chciałem i resztkami sił starałem się doczołgać do kanapy.

A na nic też moje skakanie, do którego tak bardzo namawiają mnie chłopcy-narodowcy. Przecież ja nawet nie mam prawa skakać! Bo jak przecież jak skacze to nadal w związku partnerskim jestem. Całe moje skakanie na chwałę idei narodowych psu w… przepraszam, nie skuteczne jest. I tak ciągle żyje w napięciu. Bo to przecież, nie pierwszy raz słyszę to najsłynniejsze zawołanie polskich narodowców: „Kto nie skacze, jest pedałem”.  Środowiska narodowe stawiają ogromne wyzwanie przed Polakami. Przed młodymi i starymi. Tymi co wysportowani i tymi co się zapuścili w tężyźnie fizycznej. Bo przecież nie każdy jest predysponowany do ciągłego podskakiwania w celu udowodnienia że się nie jest tym pedałem. Babcia staruszka nie skacze. Pan policjant nie skacze. I ten ksiądz też nie skacze. I Pan kierowca, i pan piekarz, lekarz, i nauczyciel i sprzedawczyni w warzywniaku. I dziecko maleńkie nie skacze, bo chodzić jeszcze nie umie. A wszyscy przecież, jak chcą narodowi młodzieńcy, powinni skakać, bo jak nie to przecież pedalstwo im grozi.

Więc hop, hop jak zajączek, choć oczy już na wierzchu, jęzor do pasa wisi… i tchu brak. I nagle mój wzrok padł znów na telewizor i co widzie – paradę polityków, spotkania, narady wystąpienia rządowych i opozycyjnych od tych prawych i sprawiedliwych aż do platformiastych, i tych narodowych i tych lewicowych, i co … i nic! nikt nie skacze! A więc stało się! Ich też dopadło, nie skaczą! Pewnie też są homo!  I tak skaczę i skaczę i skaczę… Bo ta myśl natrętną, że jak przestane skakać to w myśl narodowego hasła stanę się natychmiast pedałem.

 

 

dziennik pesymistyczny

Notatka ze stanu świadomości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Strach jest we mnie. Jest moim przyjacielem, a w zasadzie to źle powiedziane, on po prostu jest ze mną od zawsze. Nienawidzę go, ale chyba Go już zaakceptowałem. Jest jak zło, które jak mi się powszechnie wmawia, czasem jednak bywa konieczne. – Taki jest świat – słyszę zewsząd. Nic nie mogę na to poradzić. To znaczy teoretycznie mogę, ale mimo wszystko nie jest to takie proste. Strach jest we mnie obecny od zawsze, a teraz jest Go coraz więcej. Czy boje się czegoś konkretnego? Nie to raczej taki irracjonalny strach o wszystko a jednocześnie o nic. Nie ma konkretnej sprawy, konkretnej rzeczy, zdarzenie, działania które Go pobudza. Jest tylko narastające wielkie i obezwładniające uczucie, że coś nie jest do końca tak jak być powinno. Wrasta we mnie takie obezwładniające przeczucie zagrożenia. Napełnia i wypełnia mnie całego. Od stóp do czubek głowy. Jest we mnie. Jest jakby odrębnym bytem a jednocześnie przecież jest mną stale. Coś we mnie stale wibruje. Coś nie pozwala mi się skupić. Trudno pracować w strachu. Trudno też nie pracować, bo jego obecność staje się jeszcze bardziej nieznośna. Dłonie, moje palce, całe ciało wypełnia ciągłe drżenie.

Ranki są wybawieniem z nocy. Noc jest wybawieniem z dnia. Czas jest płynny a ja w nim jestem jakby zanurzony. Czas mnie nie dotyczy, choć jestem zadziwiająca świadomy jego upływu. Od ranka czekam na wieczór. Czas miedzy zachodem słońca i ciemną nocą jest dla mnie treścią dnia. Strach mnie nie opuszcza nawet na chwile. Jest ze mną zawsze, ale czasami jakby przyczajony, ukryty. I choć noc może przynieść nowe koszmary to jednak dni są straszniejsze. Dni, w których w samotności swojego pokoju na poddaszu walczę z materią pracy. Obrabiam ją, wałkuje, te same tematy, te same telefony, pisanie, odpowiedzi, listy, telefony, spotkania, których nie chce, ale przecież musze wykonać, spełnić. Pracuje, ale jest to jak walka. Walczę, nawet odnoszę sukcesy, ale bez euforii zwycięstwa. Jest dobrze, bo nie myślę o moim wrogu czy przyjacielu. Zapominam w nawale spraw i obowiązków. Choć przecież wiem, że to właśnie, co robię, jak żyje i z czego żyje jest powodem strachu.

Strachu o dzień następny, o płatności, o zamówienia, o zakupy, opłaty, zapłaty, przelewy. Jestem sam, choć nie jest mi źle z samotnością pracy to czasem tęsknie za zgiełkiem dużych firm z dziesiątkami kolegów i koleżanek. – Jesteś własnym szefem – słyszę od innych i sam sobie to powtarzam, ale przecież to samostanowienie to jednak ciężar. Nie, nie narzekam, bo ktoś mi bardzo bliski powiedział, że ciągle narzekam, więc się od tego powstrzymuje.  Staram się, nic nie mówić i czasem tak jak teraz tylko coś napisze. Taki wentyl bezpieczeństwa. Gdy balon strachu i wiecznego zagrożenia wypełni mnie po brzegi, to ta pisanina zapewnia mi spokój i wytchnienie.

Lubię powroty do domu, lubię spacerować po sklepach bez celu, a w zasadzie z celem, choć niejasnym. Lubię wracać do domu.  Popołudnia są wytchnieniem. Choć nie mogę się pozbyć świadomości, że przecież jutro też będzie dzień.  A dzień oznacza zagrożenie, strach. Nie bardzo jestem pewny czy dobrze rozpoznaje mój stan. Czy to wieczne podniecenie zagrożeniem, niepewność jest, może być w zasadzie nazwana strachem? Przecież to takie wielkie słowo. A mój specyficzny, bardzo indywidualny stan jest taki bardzo mój, że trudno mi się czasem pogodzić z nazywaniem Go zwyczajnie strachem. Ale przecież jakoś chce Go nazwać. Nie oczekuje pomocy, bo wiem, że pomoc mogę sobie tylko ja sam. Nie szukam zrozumienia, bo sam tego dziwnego stanu nie rozumiem. To tylko zapis, notatka ze stanu świadomości…

dziennik pesymistyczny

Parkowe Polaków rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Idę sobie z rana przez park do urzędu.  A tam w pięknych okolicznościach przyrody, przy betonowym stoliku, który zasadniczo do ping-ponga służy, panowie w kilku, oraz panie w mniejszości, wódeczkę sobie popijają. Nie powiem, że nie pozazdrościłem… Na stole szklaneczki, kolorowe napoje orzeźwiające i gazowane oraz adekwatna  zakąska. A pod stołem buteleczki wódki, jedne pełne inne puste, jak to w czasie imprezowania.  Ja w swej skromnej osobie cichcem chodnikiem do tego urzędu, a przy stoliku biesiadnym towarzystwo głośno i radośnie myśli wymienia swobodnie. A że pewnie już po jednym, i po drugim, a może i po trzecim kieliszeczku panie i panowie to i głośno rozważają istotne problemy naszego świata.

– Takiego jak ten nasz papież był, to już nigdy przenigdy nie będzie – słyszę, bo od chodnika do stolika tylko kilka kroków. – Tak, ten, co abdykował, Niemiec znaczy się, to ja, ci powiem, powiem ci, ja to go szanuje, sza – nu – je! – głos męski. – Szacun mu się należy – drugi głos męski, młodszy. – Ciekawe, kogo teraz wybiorą? – głos damski dociekający sedna. – Byle nie czarnego! – zaniepokojony i chyba ironiczny głos męski. I tyle, i więcej nie słyszałem, bo mnie do tego urzędu spieszno było.

Jak już swoje problemy z szacunkiem i uniżeniem wielkim przedłożyłem najwyższemu, postanowiłem wracać również przez park. Czyli znów obok stolika gdzie impreza. Przez tę godzinkę, którą zmitrężyłem w urzędzie impreza znacznie się rozwinęła sądząc tylko po głośniejszych rozmowach oraz po przewadze pustych opakowań szklanych nad pełnymi.  – Te żydy to wszędzie są – słyszę od stolika głos męski. – A ten to myślisz, że nie żyd? – zapytanie padło. – Mówię ci no żyd, żyd jak nic – zapewniał kolejny dyskutant. – Powiedzieć ci, no powiem ci, w Watykanie to też żydów pełno – stwierdził młody sądząc z głosu. Czyli dyskusja typowa dla statystycznych Polaków trunkujących.

Nic się u nas nie zmienia. Czas sobie płynie leniwie. Flaszeczki, za flaszeczkami. Jedni produkują inni wypijają. Jedni Polacy się rodzą inni umierają. W parkach, na ławkach, w domach, przy stołach, też tych do ping-ponga, rodacy rozmawiają o polskich sprawach i problemach.  Ale od lat niezmiennie o tym samym. Bo to Polska właśnie.

dziennik pesymistyczny

Zabawne to FOMO

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy tylko się przebudzę. Gdy tylko otworzę oczy. Gdy tylko zaloguję się w rzeczywistości, pierwsze co robię to sięgam po telefon, który już dawno przestał być tylko telefonem. Sprawdzam wiadomości na facebooku. Kontroluję, co nowego na wszystkich prowadzonych przeze mnie blogach i stronach.  Zaglądam do poczty. Przeglądam aplikacje informujące mnie, co nowego w prasie, radiu i telewizji. Artykuły, kilka maili, wpis na twitterze.  I już pora na poranne ablucje, tam nie jestem „on-line”. Ale śniadanie już w towarzystwie tabletu. Tam znów portale społecznościowe. Czytam i piszę. Poczta. Maile. Informacje. Telewizja śniadaniowa lub informacyjna. W samochodzie radio. Cały dzień w pracy przed komputerem. A jak nie przez cały, to na pewno przez większość dnia.  Jeśli nie wpatruję się w ekran to przecież i tak jestem zawsze w „zasięgu”. Jestem jak pies Pawłowa. Mam reakcje bezwarunkowe. Przechodzi mnie dreszcz, gdy słyszę pikanie telefonu. Podekscytowanie. Natychmiast dopada mnie nieodparta pokusa sprawdzenia przychodzącej wiadomości. Muszę być przez cały czas na bieżąco. W kontakcie. Informacja jest tak samo ważna dla mnie jak jedzenie, picie czy oddychanie. Nałogowo pragnę najnowszych wiadomości. Konsumuję informacje i je tworzę dla innych pożeraczy.

Tak, wiem, jestem uzależniony. Wiem, to nic nowego. Nic odkrywczego. Ale dzięki naukowcom (zapewne amerykańskim) teraz przynajmniej wiem/wiemy jak nazwać takie uzależnienia.  Zjawisko, pod którego jestem przemożnym wpływem, ma już swoją fachową nazwę. Dzięki Bogu za naukowców i za ich nieustającą chęć nazywania wszystkiego, chęć do nadawania wszystkim naszym fobiom nazwy. FOMO (termin ten pochodzi oczywiście z języka angielskiego: fear of missing out), bo o tym tu mowa to lęk przed tym, że coś nas omija. Zjawisko FOMO dotyczy nie tylko strefy prywatnej, ale też zawodowej. Mam bezustanną potrzebę sięgania po smatfona, co kilka minut. Bez względu na to, co robię, gdzie jestem, zawsze, co kilka chwil na ekranie telefonu sprawdzam wiadomości z sieci społecznościowych, maile, esemesy. Brak dostępu do sieci wywołuje u mnie klasyczne objawy odstawienia. Czyli jestem FOMO. Po prostu muszę, nie mogę się powstrzymać. Kiedyś wyczytałem w internecie, że wibracje ekranu nowoczesnych telefonów mogą wywoływać poprzez ich dotykanie reakcje podobne do euforii. Teraz, dzięki naukowcom, wiem, że mam kolejne przyjemne uzależnienie. A że kolekcjonuję takie stany, to wiedza ta jest dla mnie nawet przyjemna.

Na wakacjach, w kinie, w restauracji, w knajpie, w parku na ławce, nawet w pracy, nad morzem i górach, w autobusie, samochodzie, pociągu, wszędzie gdzie się da sprawdzam wiadomości i maile, co kilka minut. Wiem, że w esemesie mogę użyć stu sześćdziesięciu znaków, a wiadomość na twitterze to tylko sto czterdzieści znaków. Żyję sobie po części wirtualnie. Myśli wyrażam określoną liczbą znaków.  Chętnie uległem pladze nowoczesnej technologii. Zmieniła ona moje życie. Nie mam jak na razie o to pretensji. Raczej obserwuję z zainteresowaniem moje zachowania w tym nałogu, niż się go boję. Tworzę spokojnie wiadomości w nadmiarze prawie tak dużym, jak je czytam. Podobno psycholodzy zachowanie FOMO traktują, jako lęk przed przeoczeniem jakiegoś wydarzenia lub istotnej informacji, która może mieć wpływ na moje życie. No i ja się właśnie z przyjemnym dreszczykiem emocji boję, że „coś” przegapię. Ciekawi mnie to moje FOMO. Mam tak, że nie bardzo lubię społeczeństwo. Ludzie, w sensie społeczeństwo, bardziej odpowiadają mi w wersji elektronicznej. Mój brak przystosowania do życia w cywilizacji idealnie rekompensuję sobie w internecie. Zabawnym skutkiem ubocznym, i raczej nieszkodliwym dla mnie, jest coś, co teraz nazwano FOMO. To na tyle.  Jadę na zakupy. Ale zabieram telefon. Muszę być przecież na bieżąco. Jestem FOMO. Zabawne to FOMO.

dziennik pesymistyczny

Pozbawiony słodkiego życia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Społeczeństwo nie może fundować słodkiego życia nietrwałym, jałowym związkom osób, z których społeczeństwo nie ma żadnego pożytku, tylko ze względu na łączącą ich więź seksualną – grzmiała z mównicy sejmowej posłanka prawych i sprawiedliwych pani Krystyna P. Jako mężczyzna żyjący już ponad dziesięć lat w wolnym związku z kobietą, poczułem się zdecydowanie dotknięty wypowiedzią posłanki. Przez te mijające właśnie dwie dekady nowej Polski nie doświadczyłem szczególnie „słodkiego życia” fundowanego mi przez społeczeństwo czy państwo, jako instytucję. Nie przypuszczam też, żeby przepisy nowej ustawy o związkach partnerskich w jakiś szczególny sposób mnie, oraz mojej życiowej partnerce takie „słodkie życie” zafundowały.

Nie chcę szczególnych przywilejów. Po prostu chciałbym, żeby moja dziewczyna mogła się dowiedzieć o moje zdrowie gdy, nie daj Boże, znajdę się w szpitalu. Chciałbym, żeby mogła po mnie zwyczajnie dziedziczyć, gdyby przytrafiło mi się coś złego. Chcę prostych, zwykłych praw. Nic szczególnego. Chciałbym takich praw, jakie mają związki zalegalizowane przez kościół czy przez państwo. Chciałbym praw, które przysługują małżeństwom, bo dlaczego by nie? Jesteśmy gorsi, bo nie „uświęciliśmy” naszego związku obrzędem w świątyni? Bo nie przysięgaliśmy przed urzędnikiem państwowym? Nie chcę przywilejów, lecz równych praw! A pani posłanka Krystyna P. mi ich odmawia.

Obraźliwa jest też dla mnie sugestia pani poseł, jakoby mój związek z partnerką jest takim, z którego „społeczeństwo nie ma żadnego pożytku”. Nie wnikałbym w to, jaki pożytek jest z samotnego życia pani poseł, ale ta pani mnie sprowokowała, więc sobie pozwoliłem.  Tyle lat, chcąc nie chcąc, płaciłem podatki na utrzymanie tego państwa i w miarę możliwości spełniałem moje powinności wobec społeczeństwa. Jestem przekonany, że kto, jak kto, ale pani poseł Krystyna P. nie powinna oceniać czy moje życie w związku z moją dziewczyną przynosi „korzyści” społeczeństwu. Jest to w najwyższym stopniu bezprawne, a jeśli nie bezprawne, to przynajmniej niesprawiedliwe.

Nie wiem też, dlaczego niezamężna i bezdzietna pani poseł Krystyna P. mówi  o „nie – trwałym, jałowym związkom”. Nie znam tej pani, więc nie wiem, co spowodowało, że jej życie jak rozumiem zostało pozbawione nawet tego jałowego związku. Chciałbym tylko podkreślić, że mój związek partnerski przetrwał zdecydowanie dłużej, niż związek uświęcony przez urząd i duchowieństwo, więc nie widzę tu żadnej nietrwałości. A pozostajemy w nim nie TYLKO ze względu na łączącą nas „więź seksualną”. Ale chyba, pani poseł, jako niezamężna i pewnie nieżyjąca w związku partnerskim (wnioskuję ze słów pani poseł) nie bardzo rozumie te zagadnienia.

– Zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z naturą. Pozwalają obnosić w przestrzeni publicznej skłonności seksualne, czym naruszają poczucie estetyki i moralności większości Polaków – raczyła wyjaśnić Polakom posłanka prawych i sprawiedliwych. Pani poseł Krystyna P. mnie uraziła, więc czuję się, choć trochę usprawiedliwiony w tym co zrobię.  Odważę się ocenić fizyczną powłokę tej parlamentarzystki. Jeśli posłanka Krystyna P.,  pozwala sobie na ocenianie, co „jest sprzeczne z naturą” a co nie jest,  to i ja mogę pooceniać. Nie chcę, ale muszę – jak mawiał klasyk.  Jako heteroseksualnemu mężczyźnie zdarza mi się, że oceniać piękno i nie piękno kobiet. Chyba to nie jest „sprzeczne z naturą” a wręcz naturalne, prawda?  Widywałem podobizny tej pani wiele razy, w telewizji, na zdjęciach w gazetach czy w internecie.  I jakbym miał ocenić, tak jak pani poseł ocenia innych, to zmuszony byłbym stwierdzić, że to, co widzę zdecydowanie narusza moje „poczucie estetyki”.  Co ja poradzę? Tak jest zapewne, dlatego, że słodko sobie żyję, a społeczeństwo nie ma ze mnie „żadnego pożytku”.

Ps. Krystyna P., bo imię i nazwisko byłoby reklamą, a nie chciałbym reklamować…

 

dziennik pesymistyczny

Nieobecny do odwołania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zauważyliście, że dziś coraz trudniej być nieobecnym. Kiedyś wystarczyło na drzwiach biura zawiesić kartkę z napisem „zamknięte do odwołania” i każdy to rozumiał. No, co najwyżej w pilnej sprawie wysyłano telegram.  Ktoś zadzwonił.  Ale prawie każdy, z małymi wyjątkami,  dawniej rozumiał, że jesteś nieobecny po tym jak przeczytał kartę „zamknięte do odwołania”. A nawet jak nie zrozumiał to dość trudno było porozmawiać z zamkniętymi drzwiami lub dodzwonić się na twój telefon stacjonarny, który pozostał w zamkniętym przecież biurze.  Jak chciałeś żeby Cię nie było, to Cię nie było.

A teraz to zawsze jesteś. I choć starasz się jak możesz, żeby choć przez chwilę Cię czasem nie było, to i tak musisz być. Bo nikt nie zrozumie, że tak po prostu możesz być nieobecny.  I choć fizycznie nie ma Cię z biurze, a na drzwiach jak za dawnych lat wisi pozostawiona przez Ciebie kartka „zamknięte do odwołania”, to nikt tego nie zrozumie. Jaki jest pierwszy odruch osoby, która stojąc przed zamkniętymi drzwiami twojego biura dowiedziała się z kartki, że nie będzie cię do odwołania?  Osobnik ten w pierwszym odruchu sięga po telefon i do ciebie dzwoni. Bo przecież telefon powinno się mieć włączony. Możesz nie odebrać, to prawda. Ale przecież to nikogo nie powstrzyma. Jak telefon jest w „zasięgu”, to przecież można dzwonić dowolną liczbę razy. Znam kogoś, kto tak właśnie zniknął na tydzień. Po dwóch dniach miał dwadzieścia jeden nieodebranych połączeń. A po tygodniu sto dwadzieścia trzy. Próby połączeń z powtarzających się numerów. Bo przecież jak nawet Cię nie ma, to telefon odebrać, jest twoim obowiązkiem wobec społeczeństwa. – Dlaczego pan nie odbiera telefonu? – zadają mi często pytanie osoby, które do mnie się nie dodzwoniły. – Bo nie miałem ochoty – odpowiadam i często  zostaję uznany za impertynenta.  A ja przecież tak po prostu nie miałem ochoty rozmawiać. Mogłem wyłączyć telefon. Ale przecież dziś telefon to coś więcej niż kiedyś. Dlatego pozostaje włączony.

Jak się nie dodzwonią to pewnie napiszą. Bo przecież, co jak co, ale wiadomość tekstową to już musisz przyjąć. Jak kiedyś nie było mnie przez tydzień, to dostałem ponad dwieście wiadomości. W tym informacje od operatora telekomunikacyjnego, że ktoś do mnie dzwonił. Jak nie wiadomość na telefon to pewnie mailem Cię będą ścigać, byś nie mógł się poczuć wolny i nieobecny. Tak się porobiło, że nie odbieranie telefonu, nie odpowiadanie na „smsy” czy nie odpisywanie na maile to straszny afront wobec społeczeństwa. Czy ustawienie informacji zwrotnej w poczcie elektronicznej o tym, że jesteś nieobecny w biurze do odwołania coś pomaga? Nie, i tak piszą po kilka razy. Bo przecież pewnie i tak to przeczytasz, choć Cię nie ma jak sam o tym poinformowałeś. A jak nadal nie masz ochoty na łączność ze społeczeństwem, to tym, którzy za wszelką cenę chcą się z tobą skontaktować pozostaje broń ostateczna. Uwielbiana przez wszelkie urzędy i instytucje państwowe. List polecony we wszelkich jego odmianach. Przed tym nic cię nie uchroni. List polecony nie odebrany przez dwa tygodnie z poczty jest uznawany za dostarczony. Czyli nawet jak nie chcesz, to kontakt masz zapewniony.  „Na drzwiach wieszamy kartkę, nie wracamy aż we czwartek” – przypomniałem sobie słowa poety i naprawdę chciałbym czasami nie być w kontakcie przez wiele dni.