Smutny koniec pozytywnego planowania
Czasem już tak jest, że nim jeszcze odtworzysz oczy zaraz po przebudzeniu to już wiesz, że będziesz miał tego dnia przejebane. Ale tego poranka nic na to nie wskazywało. Co więcej, wydawało się, że to będzie dobry dzień czyniący przerwę w paśmie dni, o których nie warto nawet wspominać, tak były fatalne.
Ten poranek naprawdę zapowiadał się dobrze. Ludzie wielkiej budowy, którzy budzili mnie, co rano o siódmej przez ostatni miesiąc, czyniąc rwetes swoimi machinami dziś widocznie postanowili odpocząć od wielkich czynów i za oknem panowała nienaturalna błoga cisza. Podobnie sąsiedzi i ich rozwrzeszczane bachory zachowywały się podejrzanie cicho, co wywołało u mnie drobny niepokój, bo przecież to mogła być cisza przed burzą.
Leżałem tak spokojnie w łóżku otulony ciepłą kołderką i myślałem o tym, że to bardzo dziwne być tak szczęśliwym o poranku. Ale szybko powróciłem do równowagi przypominając sobie, że to pewnie tylko taka podpucha ze strony losu, który mami mnie chwilowym szczęściem żeby zaraz przywalić mi w łepetynę jakimś kłopotem czy nieszczęściem. Na razie jednak rozkoszowałem się spokojem. Tak mnie to szczęście o poranku oszołomiło, że włączyłem dawno nieużywane pozytywne myślenie i postanowiłem zaplanować swój dzień, czego z zasady nie robię.
Pierwszym etapem misternego planu szczęśliwego dnia Pawełka było przygotowanie śniadanie, które zamierzałem spożyć w łóżku gapiąc się na zmianę a to w telewizor a to w ekranem komputera. Po porannej porcji kalorii przełykanej razem z solidną porcją informacji z kraju i ze świata w planach miałem orzeźwiająca a zarazem kojącą kąpiel.
Gdy już stałem pod ciepłym strumieniem wody myślałem o tym, że to dziś przypada mój najspokojniejszy z tych najspokojniejszych dni, w których nic, absolutnie nic, nie jest w stanie zniszczyć mojego spokoju. Przecież po to miedzy innymi wspieram swoją rozchwiana psyche farmakologicznie żeby być najbardziej spokojnym człowiekiem na obszarze centralnej Polski i okolic. Po to się tak poświęcam, żeby mieć prawo do jednego spokojnego dnia. Przynajmniej tak o tym wtedy myślałem.
W tym zamyśleniu o spokoju i szczęściu sięgnąłem po szampon. Plastikowa butelka wydała z siebie tylko rozpaczliwe pohukiwania i tyle. Nic, pusto, nic już nie zostało. Nawet jednej mini kropli. Powoli popadałem w rozpacz. Po przeczytaniu tych słów pewnie jest wielu takich, co pomyślało, że już całkiem mi odbiło, bo rozpaczam z powodu pustej butelki po szamponie. Wiem, jaki jestem i że ma skłonności do lamentów z każdej choćby najmniejszej przyczyny, ale tym razem proszę o odrobinę wyrozumiałości, bo moja rozpacz jest w pewien sposób uzasadniona.
Gdy przed ponad sześciu miesiącami moja ukochana postanowiła zostawić mnie, dla innego i z wielu jeszcze innych powodów, w naszym opuszczonym domu niewiele zostało z jej rzeczy osobistych. Właściwie to prawie nic nie zostawiła. Zostały sprzęty, książki, meble i takie tam inne, ale nie zostało nic, co by przypominało, że jeszcze do niedawna mieszkała tu kobieta.
Został szampon. Pewnie zwyczajnie o nim zapomniała. Pełna butelka szamponu do włosów marki, jakiej pełno w drogeriach. Ale dla mnie był czymś, co utrzymywało związek z tą, której już ze mną nie było. A teraz i to się skończyło. No i po spokojnym cudownym dniu. Skończyło się rumakowanie – cytując klasyka. Znów mnie dopadła melancholia, czyli było, jak co dzień a miało być tak pięknie.
No, tak to już ze mną jest. Nawet jak z samego rana ustalę azymut i wyznaczę cel to i tak na koniec dnia okazuje się, że jestem w czarnej dupie a nie tam gdzie prowadziła obrana na dziś życiowa mapa drogowa. Nic nie potrafię zaplanować, bo i tak wiem, że w jakiś dziwny i nieprzewidziany sposób wydarzy się coś, co moje plany wywróci do góry nogami.
