Rajzefiber
Muszę stąd uciec jak najszybciej. No tak już mam, że muszę, i już. Choć to nie oznacza ocalenia to w obecnej sytuacji wydaje się to jedynym sensownym wyjściem. Wszystko wokół mnie tak nagle bardzo przyspieszyło, że to co dotychczas było dla mnie tylko zwykłą fatalistyczną codziennością, teraz nabrało znamion totalnej katastrofy. Zawsze, gdy było źle, gdy wpadałem w kłopoty, to pierwszą moją reakcją była i jest chęć ucieczki od zmartwień. Dlatego to chyba nic dziwnego, że i tym razem robię to co zazwyczaj w takich razach, czyli chce uciec jak najszybciej i jak najdalej.
Moje życie nabrało zawrotnego tempa. Podobno zawsze tak jest przed daleka podrożą. Mój powoli porządkujący się świat na nowo uległ zupełnemu rozpadowi. Ponownie odwiedziło mnie i zamieszkało ze mną nieszczęście. Czy mogłem się tego spodziewać? Oczywiście, że mogłem! Nawet nie powinno mnie to zbytnio zdziwić już choćby ze względu na moje naturalne skłonności do pesymizmu. A jednak byłem tym nowoprzybyłym nieszczęściem zaskoczony i to bardzo. Przyzwyczaiłem się do tej mojej małej stabilizacji. Przestałem już się bać i może właśnie, dlatego tak bardzo zabolało mnie to, że wszystko w kilka minut definitywnie się skończyło.
Nie chce ponownie słuchać o tym, że wszystko będzie dobrze. Nie będzie. Już w to nie wierze. Poza tym ja już nie mam odwagi ani powodu zaczynać wszystkiego od początku. Dla mnie jest zdecydowanie za późno na ponowny start. Teraz muszę się jak najszybciej gdzieś wycofać i zapaść w letarg gdzieś daleko choćby na wewnętrznej emigracji.
Mogłem przypuszczać, że tak to się właśnie skończy. Zawsze tak w moim życiu jest, że gdy na krótką chwile odpuszczę strach, założę kaganiec na moja paranoje, i zacznę myśleć o tym, że może istnieje dla mnie jakaś przyszłość, wtedy właśnie wypełza z zza rogu nieszczęście i swym zmaterializowanym istnieniem powala mnie na ziemie jednym ciosem. Tak było dotychczas i tak stało się i teraz.
Mam coraz mniej czasu. Mam takie poczucie jakbym wybierał się w bardzo daleka podróż. Wyjazd był zaplanowany na jutro rano, a ja jeszcze nie jestem do końca spakowany, choć przecież jest już wieczór. A wydawało się, że mam jeszcze tak dużo czasu. A tu proszę, wystarczyło jedno wydarzenie i wszystko szalenie przyspieszyło. Czas, który miałem na życie jeszcze kilka dni temu był dla mnie wiecznością. Teraz skurczył się do dni, tygodni w najlepszym razie do miesiąca. Wszystko dzieje się zdecydowanie szybciej niżbym tego bym chciał i czego bym oczekiwał.
Jestem teraz wiecznie spóźniony. Tak mało zastało czasu na wszystko. A tyle jeszcze chciałem zrobić przez podróżą. Przecież ja jeszcze nie wszystko powiedziałem. Nie wszystko zrobiłem. Nie wszystko napisałem. Nie spotkałem się z tymi, z którymi chciałbym się spotkać. Nie wszystko jeszcze przeczytałem a przecież książek ze sobą zabrać nie mogę. Nie wszystko przemyślałem, a są tu takie miejsca gdzie najlepiej się myśli. Jest jeszcze wiele temu podobnych „nie wszystko”. Nie zrobiłem i już pewnie nie zrobię wielu rzeczy a czas mnie goni. W moim życiu panuje teraz bardzo duży pospiech.
Jestem już zmęczony tym, że Cię tu ze mną nie ma. Brakuje tej pewności, że „jakoś to będzie”, którą miałem tylko jak Ty byłaś przy mnie. Jestem dodatkowo bardzo zmęczony codziennością i powtarzającą się związaną z tym koniecznością. Pracą, opłatami, pismami, odpowiedziami na pisma, spotkaniami, decyzjami i brakiem decyzji, tymi wszystkimi urzędnikami, lekarzami, prawnikami, opłatami. Tym załatwianie, oznajmieniem, obiecywaniem … tym wiecznym poczuciem zagrożenia. Codziennie ocalam ten mój prywatny świat i coraz bardziej to mnie męczy. Jestem tym znużony. Muszę jak najszybciej stąd wyjechać. Muszę odpocząć. Musze zapomnieć. Chce nad morze.
Choć na tym świecie są sprawy, rzeczy i ludzie od których nie można uciec, nawet jeśli odejdzie się od nich bardzo daleko.
