Wpasowywanie
Z kawałków innego, dawnego życia buduje sobie nowe. Ze strzępków wspomnień, z mebli dziwnie niepasujących do nowego miejsca. Ze stosów książek, worków z rzeczami, kartonów pełnych drobiazgów zabranych z domu do nowego domu, który jak na razie jest tylko miejscem, w którym mieszkam.
Buduje sobie nowe życie w nowym miejscu. Czy będzie to moje miejsce? Tego jeszcze nie wiem. Jak na razie to sklejam, zbijam, skręcam, dopasowuje to wszystko, co się rozpadło po drodze i buduje z tego coś nowego. Staram się cały wpasować w nowe ramy. W nowe miejsce. W nowy czas. Jak na razie idzie to bardzo opornie, co nie znaczy, że się nie staram.
Zdecydowanie jestem jednostką aspołeczną. Wielu może to poświadczyć i ja sam bardzo lubię tak o sobie myśleć. Zawsze taki byłem. Trudno wchodzę w relacje z innym człowiekiem. Nie przepadam za ludzkim towarzystwem. Czasem tęsknie do człowieka, ale najczęściej jednak wybieram samotność, jeśli jest taka możliwość. Dotyczy to wszelkich relacji międzyludzkich, także tych romantycznych. W ich przypadku to już tak zwyczajnie nie chce mi się. Pewnie się zraziłem. Nie, żeby tam wcale, czasami coś mnie tam porywa chwilowym uczuciem. Ale po chwili uniesień przychodzi otrzeźwienie i refleksja i już wiem, że nie chce. Nie, bo nie. Bo – jak sobie i otoczeniu tłumacze – to już nie dla mnie.
Niełatwo się zaprzyjaźniam. Przyzwyczajenie się do nowej osoby zajmuje mi bardzo wiele czasu. O wiele więcej niż innym. Nie jestem łatwy we współżyciu. Nie jestem duszą towarzystwa. Długo się przekonuje do nowo poznanych i do nowych miejsc. Fakt, miewam przyjaciół, nawet kilku. Ale to raczej wyjątki potwierdzające regułę. Reasumując, odnoszę wrażenie, że nie pasuje chyba do żadnej relacji międzyludzkiej. Nie pasuje do społeczeństwa. Nie mogę się w nim odnaleźć.
Teraz w nowym miejscu, przestawienie się z trybu samotnej egzystencji na tryb współlokatora nie jest dla mnie łatwe. Ale powoli, po troszeczku, wolniutko zaczynam się przyzwyczajać do tego, że przez większość dnia nie jestem sam. Zaskoczeniem dla mnie jest to, że czasem wręcz sprawia mi to przyjemność, że jeśli najdzie mnie ochota to, mam się, do kogo odezwać. Dlatego nie marudzę w nadmiarze na nowe okoliczności i na nowe miejsce. Jest jak jest. Nie mogło być już inaczej, więc wybrałem to, co powinno być przynajmniej w teorii bardziej korzystne dla mnie. Dlatego postaram się dopasować.
Teraz jestem poddawany na własne poniekąd życzenie intensywnej socjalizacji. Zobaczymy, dokąd mnie to zaprowadzi. Chyba, że wcześniej wykończy mnie ten samorozwój. Jak na razie czuje się dziwnie. Ale może to tylko przeziębienie?
