Specjalista w reżyserowaniu nieszczęścia
Mam jakiś dziwaczny talent do tego żeby spierdolić sobie życie. Jak już tylko coś w życiu dziwnym trafem idzie w miarę dobrze to Pawełek od razu musi to coś spierdolić. Z moim aktywnym udziałem lub bez niego. Nie ma siły, zawsze coś musi się wydarzyć złego. To jest jakiś wewnętrzny przymus, którego nie ogarniam umysłem. Coś, co dzieje się mimo mojej woli powstrzymania tego, co nieuchronnie przecież nastąpi.
Jak tylko nadludzkim wysiłkiem poukładam sobie w miarę swoje życie. Jak już usiądę na laurach u przyznam z rzadka u mnie widywanym optymizmem, że jest dobrze. To od razu już następnego dnia coś się spieprzy na potęgę. Nie, źle mówię, jak już właściwie po tym moim chwilowym optymistycznym akcencie czuje, że grubo przesadziłem i że to jest widomy znak tego, że coś w najbliższej przyszłości wydarzy się złego. No tak już mam. Jestem specjalistą w reżyserowaniu nieszczęścia.
Możliwe, że sam do tego doprowadzam, bo przecież jest coś takiego jak samospełniająca się przepowiednia. Przyznacie, że jest to możliwe. Dlatego od pewnego czasu stosuje inną zasadzę. Staram się nie myśleć pozytywnie nawet, jeśli sam to czuje, że się poprawiło i jest dobrze. Próbuje oszukiwać w tym względzie sam siebie. Staram się za nic nie chwalić samego siebie i za nic nie przyznawać się, że jest dobrze nawet, gdy obiektywnie jest dobrze. Tak żeby nie zapeszyć. Ale nawet to nie działa! Bo to jest tak jakby ktoś wyczuwał mój podstęp. Bo przecież gdzieś tam w wewnątrz duszy przyznałem, że jest dobrze tylko na zewnątrz tego nie pokazałem. I już po chwili coś się pierdoli tak, że… no, że nie mam do tego porównania.
Dodatkowo mam tak, że do wielu nieszczęść, które mnie spotykają sam doprowadzam. To tak jakbym sam miał takie życzenie żeby coś się spierdoliło. A przecież tak nie mam, bo i po co miałbym mieć. Dla przykładu miałem coś zrobić bardzo ważnego dla mnie i dla kilku jeszcze osób z mojego otoczenia. Wiedziałem, że jak tego nie zrobię to zawali się wiele spraw ważnych i że utrudnię życie sobie oraz innym. Miałem na to miesiąc. I co? I w pierwszym tygodniu uznałem, że nic nie muszę z tym robić, bo jest zajebiście dużo czasu na wykonanie zadania, więc w tym tygodniu mogę, a wręcz powinienem, odpuścić i mieć wolne. W drugim tygodniu uznałem podobnie jak w pierwszym. W trzecim byłem już lekko zaniepokojony zbliżającym się terminem, ale to tyle, na co mnie było stać w tym temacie. Teraz został jeden dzień na wykonanie zadania i wiem już dobrze, że nic z tego nie będzie, choć się staram, choć robię wszystko, co w mojej mocy to i tak nie zrobię tego, co miałem zrobić a odkładałem na ostatnią chwile. I tak jest właśnie ze mną.
Podobno uczeni psychologowie określili taki model działania lub w zasadzie nie działanie jako prokrastynacje. Jest to zaburzenie polegające na chorobliwym odkładaniu do później, tego co powinniśmy zrobić dziś. I tak jest właśnie u mnie. Nic nie potrafię już zrobić o razu, zawsze znajdę powód lub dziesiątki powodów żeby coś odłożyć na później. I najgorsze w tym jest to że ja dobrze wiem że robię źle. Codziennie o tym myślę, analizuje to, liczę dni które zostały do ostatecznego terminu, denerwuje się tym że zostało ich tak niewiele, zamartwiam się, nie śpię z tego powodu po nocach. Mimo to nie jestem w stanie zabrać się do pracy w sensownym terminie. Jakbym coś mnie zblokowało. Staram się wykonać zadanie wtedy gdy jest już na to za późno. Coś ze mną jest nie tak. Jakbym miał licencje na spierdolenie sobie życia.
