Obublikował pavvel dnia

Poniedziałek. Wracając do norki z kolegialnej hulanki postanowiłem zahaczyć o kebabownie. Wlazłem tam, stoję samotnie przy ladzie i zastanawiam się nad wyborem, bo jak to mam w zwyczaju nie mogę się zdecydować. – Słucham! – huknęła na mnie pani od kebabów. Zdecydowanie była tam za karę i całym swoim jestestwem chciała to ogłosić urbi et orbi. Patrzyła na mnie tak jakbym jej wymordował siekierą cała rodzinę.   – Słucham! Co pan chciał? – ryknęła tak, że aż cały się skuliłem. Chciałem zażartować, że przecież nie kilogram wkrętów do drewna chciałbym, ale z jej miny jasno wynikało, że nie jest dziś skora do żartów.

– Kebaba – odezwałem się nieśmiało

– Jakiego!?

– W tortilli.

– Duży czy mały!?

– Duży, jeśli można. Tego za jedenaście – wydukałem cichutko.

– Jakie mięso!?

– Wołowina

– Sosy, jakie!?

– Ostry poproszę

– Jedenaście złotych! Niech usiądzie i poczeka! Zawołam – rozkazała a ja potulnie wykonałem polecenie.

– Duży, wołowina, ostry, odbierać!

Podbiegłem i odebrałem. W drzwiach ośmieliłem się rzucić tylko: przepraszam, i już mnie nie było. Ale i tak dosięgła mnie jej zemsta za to, że pozwoliłem sobie zakłócić jest spokój. Całą noc kebab walczył z moim organizmem chcąc się za wszelką cenę ze mnie wydostać. Co ja jej takiego zrobiłem? – myślałem bliski zejścia z tego świata.  Przecież chciałem tylko coś zjeść. Naprawdę nie chciałem jej przeszkadzać.