Standardy bez sensu, bez zrozumienia

Obublikował pavvel dnia

– O nie! Znów tu jestem – to pierwsza reakcja o poranku. No i się zaczyna. W śnie jest obecna. Ale tak inaczej. W realności dnia jej nieobecność jest nie do zniesienia. Nie wiem, dlaczego tak mam. Przecież nic w zasadzie się nie zdarzyło złego. Ale ta myśl, że już więcej może wcale się nie zdarzyć jest wielce dołująca.  

Przebudzenie. Otwieram oczy. To nie noc. W pokoju jakby jaśniej. Otacza mnie szarość, więc wygląda to bardziej na poranek. Mieszkam w centrum sporego miasta, zatem tu nigdy nie jest ciemno. Trudno się tak zorientować bez pomocy techniki.

Nadchodzi koniec tych kilku godzin, gdy w mieście jest prawe cicho i prawie spokojnie. Teraz można sięgnąć po telefon i sprawdzić godzinę. Uświadomić sobie jaka jest pora dnia lub nocy.  Poznać  ile teoretycznie zostało do kolejnego snu. A przy okazji: nie napisała, żadnej wiadomości.

Jest tylko w myślach. Tam jest ostatnio stale obecna. Za dnia, wciąż to kolejne z uporczywie powtarzalnych nadziei, że coś się jednak zmieni. Tu i teraz to początek czekania na następny czuły moment. Na chwile zapomnienia z nieważne już z której strony i z jakich powodów. Czekanie z nadzieją na godziny, w których dane mi będzie poczuć, że mogę być dla kogoś. A ktoś dla mnie.

Zastanawiam się jak to ze mną jest. To przybiera już formę standardu w moim życiu. Normą już jest że czym bardziej idzie tu końcowi więzi, to tym bardziej jestem w ich oczach cudowny i niesamowity.  Czułem, tak coś czułem, że to i tym razem nie może być nic dobrego w sensie dłuższego. Jestem widocznie toksyczny. Zatruwam to czymś?

Ale przecież, co innego przeczuwać, a co innego działać z nadzieją, że jednak wyjdę tym razem po za swój standard. Wszystkie lub prawie wszystkie tak bardzo mnie lubią, pożądają, kochają nawet, że aż muszą to wszystko jak najszybciej zakończyć. I do tego robią to dla mojego dobra. Dla swojego dobra też, to oczywiste. Ale przede wszystkim dla mojego ma być z tym koniec. Nie jestem w stanie zrozumieć tej logiki. Jeśli to w najmniejszym nawet stopniu jest logiczne, to ja tego nie ogarniam. Nie mogę tego pojąć. Ale nie neguje że dla nich to jak najbardziej ścisłe.

Nic mi się nie chce. Tylko bym leżał. I tak czekał na sen.  Na znak jakiś. Wiadomość. Na obecność. Na to. Na tamto też. Na cokolwiek. Mam nadzieje, że dzień szybko minie i znów pojawi się sen. Najgorsze ze muszę jednak wstać. To konieczność o której nie pozwalają mi zapomnieć. Trzeba, muszę wykonać tysiące nikomu pewnie niepotrzebnych czynności. A może potrzebnych potrzebnych? Inaczej by mnie przecież nie nękano. Jeszcze chwile poleżę. Zaraz wstanę. To wszystko jest bez sensu.