Boleści zejścia
Rankiem dnia następnego jest najgorzej. Nie dlatego że się piło, bo się nie piło. Ale dlatego że każde odstawienie jest trudne. A odstawienie od niej najtrudniejsze. Ja się w zasadzie nie uzależniam, pomijając tylko jedno. Ten poranek jest kolejnym dniem po odstawieniu a mnie nadal trzyma jak trzymało. Zasłużyłem nadmiernym zażywaniem i teraz mam to czego mogłem się spodziewać. Choć jestem trzeźwy to mam syndrom dnia wczorajszego.
Przebudziłem się, bo boli. Otwieram oczy, bo boli. Wszystko mnie boli. Każda komórka ciała. Dżizusie nazareński królu żydowski! Za co ja tak cierpię? To znaczy ja dobrze wiem dlaczego, ale to pytanie pomaga. Jest jak placebo. Ogólnie wierze, że wiara czyni cuda tak jak placebo. Dlatego głęboko wierze, że jak będę wzywał pana, to jakoś to samo wzywanie już, choć przecież nadaremno, to jednak da mi ulgę w cierpieniu.
Teraz trzeba się zmusić i wstań z łóżka. To nie łatwe jak brak sił do życia, a w głowie ciągle siedzi ona. – Jest kurewsko daleko od ok – lekko parafrazując Marsellusa Wallaca. Prawie czołgam się do łazienki by wziąć prysznic. Po wypełznięciu z mojej norki zimno przedpokoju trochę mnie ożywia. Jest łazienka. Teraz czas na pływanie pod prysznicem. Ma to ożywić moje ciało i mój umysł. Wcale nie pomaga. Tylko wyzwala gonitwę myśl.
Stoję pod ciepłym strumieniem wody i myślę o tym, że pić się chce. Muszę dużo pić, by nawodnić organizm. A że to kaczorek nie po alkoholowy to już przed oczami wyobraźni maszerują litry tego, co trzeba by wlać w siebie żeby zapomnieć i nie myśleć.
Podobno na takiego katzenjammera jaki mnie gnębi najlepszy jest klin. Ale jak ja biedny tak szybko znajdę odpowiedniego klina? Przy całej mej wybredności nie będzie to łatwe. W tym momencie przypomniałem sobie tajny czarny notes mojego znajomego, w którym było sporo numerów telefonów i innych kontaktów do tych, co dałyby szybko zapomnienie i spowodowałyby chwilowe szczęście. To takich, co zadziałałyby na zasadzie klina właśnie. Oczywiście trzeba w takim klinowaniu zachować umiar, bo szybko to co miało uleczyć może stać się sprawca kolejnego nieszczęścia.
Wyłażę spod prysznica świeży i pachnący i zastanawiam się nad tym żeby się jednak przełamać i coś zjeść. A takich sytuacjach zejścia po nich zazwyczaj mam tak, że nic nie mogę przełknąć. Sam nie wiem, co mam zjeść? Na co mam ochotę jak na nic nie mam ochoty. W lodówce klasycznie mam malowanie. Może jajko? Akurat jest. Dobrze mi zrobi jajecznica? Pewnie tak. Jeśli dam radę zjeść. Trzeba zrobić herbatę. Tak, ciepły napój zawsze pomoże na takie sytuacje, w których jesteś szybko odstawiony od tej, do której żywiłeś ciepłe przecież uczucia.
Pamiętam żeby być w takich sytuacjach nagłej i bolesnej abstynencji ostrożny z lekami. Łatwo je w tym stanie przedawkować. Człowiek jest zmęczony wcześniejszymi szaleństwami, może źle na nie zareagować, i nieszczęście gotowe. Nie mam sensu. Lepiej nie stosować chemii zamiast tego, co odstawiamy. Nic to nie daje, a tylko pogłębia stan przygnębienia.
Może by tak zebrać się w sobie i iść na spacer? Taka myśl się we mnie wykluła. Ale po co? Zgasiłem ja w zarodku. Nie ma sensu. Świat jest taki nieprzyjazny. Jeszcze kogoś spotkam i ten zapyta jak się czuje i trzeba będzie odpowiedzieć a to przecież już samo w sobie jest straszne.
Straszne są takie zejścia po niej. Boli jak jasna cholera. I nie można sobie z tym tak po prostu poradzić. Tak to już jest, że można być odporny na wszelkie oczywiste uzależnienia, ale zawsze znajdzie się coś takiego, co cię uzależni. I po odstawieniu cierpisz. A nagłe zerwanie z nałogiem prowadzi do nawrotów.
