Nieszczęście awizowane

Obublikował pavvel dnia

Przyszedł dziś rano. A prawdę powiedziawszy to go przynieśli, a ścisłej to go przyniósł posłaniec instytucji, która ma do mnie sprawę. Patrzę właśnie na niego jak leży sobie w przydzielonej dla mnie przegródce w skrzynce na listy. O proszę, jaki dumny! Jaki oparty o sześć lub dziesięć instytucji! Jaki praworządny w swej urzędowej formie i treści! Jaki cały polecony! Taki do odbioru za okazaniem dowodu i za własnoręcznym poświadczeniem przekazania na moje ręce.

Leży tak sobie i się do mnie szczerzy w tym maszynowo literowym uśmiechu pogardy wypisanym na tej złowieszczo bladej twarzokartce. Jest. Dotarło. Spoczywa sobie wyluzowane i spokojne. Leży tam sobie, przyniesione przez listonosza to awizo, ta zapowiedz zbliżającego się nieszczęścia. Źródło moich trosk. To zawiadomienie o mającym mnie dopaść przeznaczeniu i jego nieuchronności.

Teraz będę musiał wyjąć je ze skrzynki na listy i z nim udać się na pocztę. To ciekawe, że choć byłem w domu to listonosz nie pofatygował się do mojego mieszkania i nie wręczył osobiście listu poleconego. Ja wiem, że istniała tradycja zabijania posłańca przynoszącego złe wieści, ale obecnie to chyba nie jest powszechna praktyka.  I tak nie mam co narzekać. Awizo w skrzynce na listy to przecież takie odroczenie wyroku. Zostało zawieszone to  nieuniknione na tydzień, bo przecież to powtórne zawiadomienie, choć przecież tego pierwotnego nigdy nie dostałem. Zostało siedem dni spokoju z tylko lekko wypływającym na wierzch poczuciem zbliżającego się dnia, gdy posiądę wiedzę o nieszczęściu, które jak wiadomo zawsze zapowiada taki list polecony odebrany za osobistym potwierdzeniem odbioru.

Już go miałem zabrać ze sobą chowając do portfela, ale zrezygnowałem, bo przecież wiedziałbym, że on tam jest przy mnie i to by mnie wnerwiało przeokropnie. A tak, jak tam został w skrzynce na listy, to niech tam siedzi i odsiedzi wyrok przemyślawszy sobie w samotności to, co mi zrobił tym, że się pojawił.  Jakie spustoszenie w mojej spokojności ducha narobił.

A jaki już byłem wyciszony. Już nawet mogłem od czasu do czasu wychynąć z mojego poddasza na słoneczko. Wyjść na ulice. Pospacerować bez palpitacji serca.  Już nawet stres odpuścił i schował się w zakamarkach pomyślunku na tyle, że stał się prawie niedostrzegalny. Już nawet odnosiłem czasem takie wrażenie, że mnie świat i jego instytucje zostawiły w spokoju i nie będą mnie chciały ukarać za nieposłuszeństwo wobec norm społecznych. Już nawet doszło do tego, że spokojnie zasypiałem i spokojnie się budziłem. Ale przecież gdzieś tam głęboko w sobie miałem tą pewność, że to wszystko nie jest na stałe. Że przyjdzie dzień, gdy on przyjdzie i wszystko znów się rozpadnie i zacznie drżeć w stresie i rozpaczy.

Jak przepuszczałem tak się stało. Przylazł na listonosza nogach i teraz leży tam i awizuje. No i nie pozostaje nic innego jak udać się i list od instytucji odebrać. A do tego czasu zmuszony jestem myśleć o nim, katując się niepewnością. Tak, wiem, mogę iść już jutro i nie czekają tygodnia odebrać list. Ale czy ktoś, kto spodziewa się złych wieści chce ich od razu? Czy odroczenie nie jest lepsze? Zawsze przecież może wydarzyć się cud, coś niespodziewanego, coś, co wszystko zmieni i może tym razem zmieni na lepsze. Dlatego niech ono, to awizo cholerne, tam sobie jeszcze poleży w zamknięciu i poczeka.