Pięć minut

Obublikował pavvel dnia

Jak się po raz kolejny okazało tyle właśnie czasu potrzeba, aby mnie dogłębnie zdiagnozować. Pięć minut. Zawsze myślałem, że jestem bardzo skomplikowaną jednostką. A tu proszę, wystarczyło pięć minut i już po wszystkim. Czyli widocznie jestem prostszy w konstrukcji niż o sobie sądziłem. Tak mam z lekarzami. Moje u nich wizyty nie trwają nigdy dłużej niż pięć minut. Ja tu się rozwijam w fabularnie w opowieściach o moich licznych boleściach ciała i duszy, aby już po chwili usłyszeć, że wystarczy, że już wszystko wiadomo.  Nic człowiekowi nie dadzą powiedzieć. No, prawie nic, bo ile można się wywnętrzyć w pięć minut.

Ale nie tylko doktorzy obdarzają mnie uwaga tak na chwile. Podobnie mam z innymi ludźmi. Tacy cywile też nie zwracają na mnie uwagi dłużej niż na pięć minut. Coś muszę w sobie mieć, że przeważnie nie potrafię skupić na sobie uwagi moich przyjaciół, znajomych, ale także zupełnie mi obcych ludzi na dłużej, niż pięć minut. Podejrzewam, że po prostu zanudziłem wszystkim moimi rozterkami i nikt już nie chce mnie słuchać dłużej. No cóż, jest jak jest. Choć przecież żal, bo chciałoby się czasem wygadać i chciałbym żeby ktoś słuchał ze zrozumieniem tego, co ja do niego mówię tak dłużej niż kilka minut.

I tak oto moje życie sprowadziło się do pięciominutowych epizodów. Takich sesji, w których mam zaszczyt wchodzić w interakcje z innymi osobami. Ale nigdy dłużej niż na pięć minut. Odnoszę wrażenie, że jakbym nie daj bóg popadł w konflikt z prawem to mój proces nie byłby tak skomplikowany jak u Franza Kafki. Zapewne trwałby nie więcej niż pięć minut.

Dostarczyliby mnie na sale sądową. Prokurator bez nadmiernej zwłoki zdążyłby mnie oskarżyć. Mój ewentualny obrońca wygłosiłby błyskawiczną, choć płomienną mowę. Sędzia zaś skazałby mnie w trymiga z całą surowością wymiaru sprawiedliwości i wszystko to nie potrwałoby więcej niż kilka minut. Tak do pięciu minut. Bo przecież – jak widać to po wielu przykładach z mojego życia – mojej skromnej osobie nie trzeba poświęcać więcej niż pięć minut.

Podobno pierwsze wrażenie robi się raz i wystarczy na to kilka sekund. Odniosłem wrażenie, że zrobiłem dobre wrażenie na szanownej komisji rekrutacyjnej reprezentującej mojego potencjalnego przyszłego pracodawcę. Ale gdy tylko rozpocząłem opowiadać o swojej pracy zawodowej to już po chwili mi przerwano. – Dziękujemy, to już wystarczy – usłyszałem. Nie wytrzymałem i dodałem bezczelnie, że w swoim życiu pracowałem zawodowo dłużej niż tydzień i nie mogę opowiedzieć o tym wszystkim w minutę. Całkiem niepotrzebnie jak się okazało odzywałem się nieproszony. Całe spotkanie trwało pięć minut i to wystarczyło, abym nie został zatrudniony.

Zapewne na sądzie ostatecznym też nikt nie poświeci mi więcej czasu niż pięć minut. Więc chyba nie warto się starać z pobożnym życiem. Przecież zapewne ani nie zdążę opowiedzieć o moich grzechach a tym bardziej o cnotliwym życiu. Szkoda więc zachodu.