Rozważania w oczekiwaniu na śnieg

Obublikował pavvel dnia

Naszym społeczeństwem rządzi pokręcona zasada. Dziwaczne prawo, które nakazuje jednostce dopasowanie się za wszelką cenę do obowiązujących norm społecznych. Przystosowanie się do jednakowości. Wyrównanie się. Inność nawet, jeśli istnieje to społeczeństwo i tak będzie ten fakt ignorować.

Jestem chory tylko wtedy, gdy całkowicie nie akceptuje swojej choroby i lekceważę fakt jej istnienia. Tylko wtedy mogę być naprawdę chory, kiedy myślę o sobie, jako o osobie całkowicie zdrowej. Nie jestem chory jeśli akceptuje fakt, że jestem chory. Jeśli rozumiem swoją chorobę, przyznaje się do niej i proszę o pomoc w leczeniu to nie jest chory i nie zasługuje na pomoc. Istny paragraf 22. I bynajmniej nie pisze tu o katarze, lecz o chorobach duszy.

Żyje teraz jakby między mną a prawdziwym światem była szklana tafla. Jakby życie było bankietem, na który mnie nie zaproszono. Życie trwa i toczy się własnym torem niezależnie od tego czy tego chce i tego co chce. W moim osobistym terrarium nie jestem całkowicie odosobniony. Choć ja raczej obserwuje rzeczywistość niż w niej uczestniczę. A to wielu denerwuje.

To, że w prawdziwym życiu wschodzi i zachodzi słońce, zmieniają się pory roku, ma wpływ na to, co u mnie. Świat zewnętrzny wywiera na mnie wpływ codziennie. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Każdego dnia ktoś puka w szklaną tafle oddzielająca mnie od rzeczywistości z nadzieją, że ja się tym znakiem zainteresuje. Z nadzieją, że zrobię to, czego zewnętrze ode mnie oczekuje. Albo przynajmniej przestane robić to, co robię.  Nawet, jeśli nic nie robię to i tak muszę to przerwać.

Przygnębia mnie to nowe miejsce mojej marnej egzystencji. Znam dość dobrze jego historie i wiem, że nigdy nie było tu pięknie, ale przynajmniej latem to jeszcze była tu znośnie. Najgorszy czas jest teraz. Jesień a potem zima z tą obezwładniającą szarzyzną wyostrzyła tylko to, co tu brzydkie. Jesień i zima w takich miejscach ja to powinna być zakazana.

Te dziury w chodnikach, odrapane ściany kamienic, szarość pomieszana z żółtawo rudym kolorem ścian. I dlaczego jak już tu coś jest odnowione to tylko do wysokości pierwszego pietra?  Jest tu też kilka nowych budynków, ale na tej ulicy nawet nowe wygląda na stare. To wszystko mnie dobija. Tu dopiero poczułem się stary. Pozostaje tylko czekać na śnieg, który wszystko przykryje i otuli zimną miękką kołderką. Wyrówna kontury, zakryje to co nieładne, wszystko będzie pięknie przystrojone na biało. Jak ciężarna panna młoda przed ołtarzem odziana w białą suknie, w wianku z białych kwiatów na głowie. Lubię umowność białej zimy.  Niech jak najszybciej zacznie padać śnieg.

Miałem taki sen. Sen tylko. A zdawał się rzeczywistością i rzeczywiste niósł emocje. Czasami świat sennych majaków, mojej wyobraźni, tego, co pragnę żeby było a tak w zasadzie nie jest, świat mojej imaginacji miesza się, że światem rzeczywistym. Te dwa światy na wzajemnie się przenikają, i to w pewnych okolicznościach stwarza dziwne, czasem śmieszne, a czasem dość bolesne emocjonalnie perturbacje. Zatraca się granica miedzy tym, co rzeczywiste, a tym, co jest lub było tylko snem.

– Co pani studiowała?

– Sztuki piękne – odparła. – Studiowałam sztuki piękne.

Zdziwiło mnie to, bo jak można w tym świecie studiować coś tak abstrakcyjnego jak piękno. Tu na tym śmietniku? W świecie gdzie prawie nikt nie doświadczył na dłużej piękna? Gdzie brzydota jest tak powszechna?