Mnie we mnie prawie nie ma
Coś jest nie tak. Wiem o tym i to mnie w dużym stopniu męczy. Całkiem jest coś bardzo jest nie tak. Zupełnie nie tak. Od tygodni, a właściwie już powyżej miesiąca, mam wrażenie graniczące z pewnością, że przez życie przelatuje na autopilocie. Chodzę, jem, pracuje, leże, stoję a wszystko to jakbym to nie robił ja sam, tylko ktoś zupełnie inny. Ja jestem tylko w tym obserwatorem, świadkiem. Jestem pasażerem w moim ciele.
Zasypiam z jednym pragnieniem, żeby się rano nie obudzić. A każdego dnia po przebudzeniu doznaje uczucia rozczarowania. Jestem, żyje, ale nie mam pełnego poczucia życia. Jestem jakby nie pełni. Jakby tylko w połowie. A właściwie jest mnie minimalnie we mnie. Jestem tylko maleńkim dodatkiem do mojego życia. Funkcjonuje w miarę poprawnie. Wstaje z łózka. Dostarczam pożywienia mojemu organizmowi. Spotykam ludzi. Współdziałam z nimi. Pracuje, gdy mnie proszę o prace lub jest taka konieczność. Operuje społecznie. Jestem tego społeczeństwa częścią, a zawsze mam poczucie wyobcowania. Bycia w tym życiu, w tej rzeczywistości, tylko obserwatorem.
Jestem i mnie nie mam jednocześnie. Żyje i jestem prawie martwy. Mam uczucia i jestem ich pozbawiany. Nie jestem już jedną osobą. Na zewnątrz jestem miłym, spokojnym facetem, co to uczynnie pójdzie, zrobi co mam zrobić. Śmieje się, gdy inni się śmieją, dyskutuje, wygłasza poglądy a jednak ja w tym życiu nie uczestniczę. Jestem jego biernym obserwatorem. Mój organizm, który zamieszkują moje myśli wielokrotnie, a właściwe przez większość dnia, działa samodzielnie w zupełnym oderwaniu ode mnie. Mnie we mnie prawie nie ma.
Jestem, no wiem, że jestem. To moje palce wciskają teraz klawisze. To ja piszę to co teraz napisałem, ale to tylko obecność w narzędziu. Jestem tak bardzo poza tym, jestem moją skorupą, moją maszyną z mięsa. Jestem mieszkańcem. Tylko wynajmuje moją cielesność. Sam nie wiem jak ja daje radę tak żyć. Być i nie być jednocześnie. Jak potrafię rozmawiać, śmiać się, żartować, pić z innymi wódkę a jednak w tym uczestniczyć tylko powierzchownie, zewnętrznie, bo mnie prawdziwego tam przecież nie ma. Mówię, a potem zastanawiam się, dlaczego to i dlaczego ten/on to powiedział, bo przecież to nie mówiłem ja w sensie mojego poczucia jestestwa.
Rozdwoiłem się zupełnie. Pozbawiłem się zupełnie poczucia tu i teraz. Czasami muszę się chwilę zastanowić gdzie jestem, bo nagle znajduje się w miejscu, w sytuacji, do której doprowadził mój organizm, a ja ten w im pasożyt, nie uczestniczyłem w tym w pełni świadomości. Dziwaczne jest to poczucie dwuistnienia.
To nie tak, że ja nie chce żyć. Ja chce. Chce być znów jednością z moim ciałem. Ale ono już poszło własną drogą, walczy o przetrwania a ja osobowość, chce tylko spokoju. Nie jestem jeszcze gotowy na walkę. Chce ciszy. Chce iść przez las. Patrzeć na pola. Nic nie musieć, żyć bez konieczności. A gdy jednak nie mogę konieczności uniknąć, gdy nie mogę zrezygnować z uczestnictwa w społeczności wysyłam do walki moje ciało, które uczestniczy w koniecznościach tak jakby po części za mnie.
Myślę, że jedynie w nocy, w śnie pozwalam sobie na ponowne zespolenie ciała i myśli. I to głównie, dlatego chce jak najdłużej przebywać w świecie bez świadomości, albo lepiej innej świadomości.
