Między mitingiem a debatą

Obublikował pavvel dnia

Za czasów, gdy miałem wątpliwą przyjemność pracować dla międzynarodowej korporacji, jedną z wielu spraw,które mnie tam wnerwiały były bezustanne zebrania. Do uczestnictwa w nich byłem nieustanie przymuszany.  Zgodnie z ukochaną przez kierownictwo tej firm zasadą, że dzień bez zebrania to dzień stracony, co kilka dni przesiadywaliśmy godzinami na kolejnych spotkaniach w kolejnej lub tej samej sprawie. Armia zarządców, co chwila wymyślała inny powód, aby się spotkać i podyskutować. – Możesz przyjechać do centrali? Musimy się spotkać, bo wyniki sprzedaży są niezadowalające. Będzie miting w tej sprawie – usłyszałem któregoś ranka w słuchawce telefonu. Mój ówczesny przełożony, jak wielu jemu podobnych ofiar tej metody zarządzania, uwielbiał zebrania. No i znówspotkaliśmy się na kolejnej nasiadówce, gdzie przez prawie osiem godzin omawialiśmy,dlaczego tak nam źle idzie sprzedaż produktów firmy. I było to pierwsze z serii spotkań. Bo potem spotkali się ważni szefowie z tymi mniej ważnymi w firmowej hierarchii kierownikami. Potem, ci kierownicy z podwładnymi. Potem znów ci szefowie ważniejsi z tymi z zarządu. Potem znów w swoim gronie. Następnie spotkaliśmy się by przedyskutować wnioski tych, co na górze. Potem oni się spotkali namitingu, bo my doły firmowe mieliśmy swoje pomysły i oni musieli się z nimi zapoznać. I znów był miting, bo podejmowali decyzje.  Kolejne spotkanie, bo trzeba było przekazać nowe wytyczne. I tak w kółko. Mijały kolejne dni.  A ja, co kilka, dni przesiadywałem godzinę za godziną na zebraniu w sprawie kłopotów ze sprzedażą. Miting gonił kolejne zabranie i to kolejny miting. Gdy już doskonale wszystko omówiliśmy, dlaczego to spotykają nas te kłopoty… zabrakło nam czasu na realizację, bo skończył się miesiąc tego o czym tak zawzięcie dyskutowaliśmy. I co? Tak! Zgadliście! Wezwali mnie namiting w sprawie fatalnej sprzedaży w mijającym miesiącu.  Dla mnie zawsze pozostanie zagadką, kto tam w zasadzie coś sprzedawał jak wszystkich prawie, co kilka dni spotykałem na kolejnych mitingach, czy raczej meetingach, bo tam wszyscy uwielbiali język okupanta.  I tak przesiadywałem sobie na tych naradach kolejne miesiące. – A może byśmy się tak kiedyś zabrali za pracę ,anie tylko dyskutowali o tym jak pracować? – zapytałem kiedyś nieśmiało na kolejnym zebraniu. Popatrzyli na mnie dziwnie… i po miesiącu zwolnili, bo podobno byłem nieprzystosowany do pracy w grupie.

Od kilku tygodniprzyglądam się poczynaniom opozycyjnej partii, której działacze zapraszająbardzo ważnych i uczonych ludzi na kolejne debaty. A to spotkali się ci prawi isprawiedliwi, aby podyskutować o ekonomii, a to znów odbył się kolejny panel oproblemach służby zdrowia. I tam mówiono, i mówiono… i znów mówiono. Wiele słówpadło, jak donoszą w obszernych relacjach media. Zapewne będzie jeszcze wieletakich debat, bo i tematów do omówienia pozostało wiele. Może teraz oszkolnictwie? O demokracji? O bezrobociu? Tematów jest bez liku. Można sięspotykać i dyskutować jeszcze przez wiele, wiele miesięcy. Ta ostatnia debata ozdrowiu, jak wyczytałem w prasie, zdaniem wielu jej uczestników byłazdecydowania za krótka, choć trwała trzy godziny. Pozostał niedosyt.  Czyli można się spodziewać powtórki. I to nie jestzapewne ich ostatnie słowo. Żeby była jasność, ta przypadłość do zebrań niejest nowa. Państwo uwielbia spotkania. System kocha mitingi. Za złego peerelumówiło się w żartach, że jak Oni mają coś zrobić to na początku zrobią naradę egzekutywy.  Teraz nie jest lepiej. Teraz też panujewszechobecny kult narad i wszelkiego rodzaju debat. Sam kiedyś byłem zaproszonyna spotkanie w celu omówienia kolejnego spotkania. Dlatego mnie kompletnie jużnie dziwią zapowiedzi kolejnej debaty. Przecież na tym opiera się ten systemkłapania dziobami po próżnicy. Na wiecznym gadaniu o tym, że trzeba w końcu cośzrobić. I najwcześniej jedynym efektem tych debat jest szum medialny oraz przekaz,że trzeba się w końcu spotkać jeszcze raz, ale już teraz poważnie porozmawiać otych problemach, bo jak nic nie zrobimy to będzie źle. Gdy usłyszałem o pomyślekolejnej debaty przypomniało mi się jak na którymś tam z rzędu mitingupowiedziałem moim współuczestnikom, że te nasze spotkania przypominają mizebrania pcheł, mieszkających na psie, dyskutujących o tym, w którą stronęzwierzak ma machać ogonem.