Tag Archives

254 Articles

dziennik pesymistyczny

Niepoprawne politycznie walentynkowe rozważania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ludzie przestali wierzyć w wielka miłość. Uwięziły ją paragrafy i normy. Teraz przed zakochaniem trzeba sprawdzić metrykę, kartę zdrowia, wypłacalność przyszłej partnerki czy partnera. Warto też prześledzić czy nie występuje miedzy nimi zależność służbowa lub jakieś inne zabronione sprzężenie. Miłość, uczucie, seks w końcu musi być przede wszystkim poprawny politycznie. Miłość taka namiętna, bez granic może się przykro skończyć dla tych, co ją czynią.

Otwieram dziś gazetę i co widzę? Dziennikarze donoszą, że pewnej trzydziestosiedmioletniej nauczycielce oskarżonej o obcowanie płciowe z nieletnim grozi nawet 12 lat więzienia. Kobieta współżyła ze swoim uczniem i ma z nim dziecko. To faktycznie straszne. Współżyła z uczniem. Pewnie siłą zmuszała go do czynów niegodnych, a on biedny się opierał, ale uległ przemocy i choć pewnie nie chciał to jak widać musiał i zapłodnił. Co dalej? Teraz dziecko musi się urodzić, bo jako nienarodzone podlega ochronie i na mocy prawa i z patronatu kościoła katolickiego. Potem przyszłą matkę, trzeba zamknąć na 12 lat. Dziecko trafi do sierocińca, bo przecież taka zboczona matka nie może go wychować. I po sprawie.

Prokuratura rejonowa w Kaliszu zarzuciła kobiecie obcowanie płciowe z osobą w wieku poniżej 15 lat. Fakt, mogła poczekać z tą miłością z rok, to kwalifikacja byłaby zupełnie inna. Ale, że się bezwstydnica zakochała i z molestowała dzieciątko, to trzeba ją w zamknąć i wyrzucić klucz. Do wszczęcia śledztwa doszło w październiku 2013 roku po publikacji prasowej. – Treść artykułu nakazywała sprawdzenie opisanych w nim okoliczności związanych z obcowaniem płciowym nauczycielki z jej 14-letnim uczniem, w następstwie, którego zaszła ona w ciążę i urodziła dziecko – podał prokurator. No i się zaczęło. Na początek trzeba było sprawdzić czy aby kobieta nie jest przypadkiem chora psychicznie, bo jak powszechnie wiadomo taka, co z czternastolatkiem obcuje przecież musi mieć coś z głową. W trakcie śledztwa niewiasta została poddana szczegółowemu badaniu przez biegłych psychiatrów a także biegłego seksuologa, którzy uznali, że w czasie zarzucanego jej czynu miała ona zachowaną poczytalność.

W trakcie przesłuchania kobieta nie zaprzeczyła oskarżeniom, że kochała się z czternastolatkiem. Uczeń też przyznał, że to on jest ojcem dziecka. Dlatego pewnie prokurator prowadzący postępowanie zarządził przeprowadzenie badania genetycznego w celu dodatkowej weryfikacji tych ustaleń. Potwierdziły one, że ojcem dziecka nauczycielki jest jej uczeń. Czy przy okazji ustalano, czy kobieta jest matką? O tym prokuratura milczy. Akt oskarżenia trafi teraz do sądu, więc to jeszcze nie koniec tej historii o zakazanej miłości.

Od wiek, wieków ludzie się zakochiwali, współżyli ze sobą i w wyniku tego rodziły się dzieci. Dobrze, czternastolatek nie powinien obcować ze starczą nauczycielką, bo choć jest sprawny fizycznie (ojciec dziecka) to może umysłowo jeszcze nie jest rozwinięty. Ale czy na pewno przeszła matka zasługuje na dwanaście lat więzienia? To najlepsze dla niej, dla ojca dziecka i dla nowonarodzonego? Dlaczego wszystko rozpatrujemy w tak jednoznacznych kategoriach? To absurdalne? Ona go uwiodła? A może on? Nikt o tym nie mówi? Wszyscy piszą i mówią nie o miłości, ale o obcowaniu płciowym z osobą w wieku poniżej 15 lat.

Za młodych lat zakochałem się w nauczycielce. Ale ona na szczęście nie uległa mojemu chłopięcemu urokowi. Pamiętam też, że owa nauczycielka była obiektem westchnień wielu moich kolegów, którzy robili dosłownie wszystko, aby tylko wpaść w oko ponętnej pani. Cóż ja króciak w okularach, ja nie miałem szans, ale przecież było wielu takich wśród chłopięcej szkolnej społeczności, co zdecydowanie zwracali uwagę i nie wyglądali na swój wiek. Teraz myślę o tym jakieś to katusze musiała przechodzić ta nasza pani nauczycielka. To straszne. Opierała się, mimo tylu adoratorów.  I nie uległa. Siłaczka prawdziwa.

W Walentynki, apeluje: ludzie, więcej zrozumienia dla wielkiej miłości! Chętnie poczytałbym o szczęśliwym zakończeniu tego romansu a nie o tym, co grozi chłopcu i zakochanej nauczycielce. Bo miłość z założenia jest chaotyczna. Zatracasz się w niej, nie panujesz nad sobą, nie osądzasz jej, i nie możesz opanować. Im większa miłość tym większy chaos.

dziennik pesymistyczny

O zagrożeniach płynących z polowania na bestię

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Człowiek, który zdecydował o podrzuceniu T. do celi kompromitujących materiałów, położył na szali jedne wartości przeciw drugim. Postawił naruszenie prawa przeciw ludzkiemu bezpieczeństwu. W mojej ocenie wybrał słusznie – ocenia profesor Marian Filar, karnista.

W zasadzie wszystko się zgadza. W tak zwanej ocenie społecznej pedofil i morderca jest bestią, którą trzeba zatrzymać w celi za wszelką cenę i wszelkimi środkami. Ale mnie dręczy inne pytanie: czy środki, które państwo wypracowało i uzyskało przy sprawie Mariusza T. nie będą wykorzystywane w przyszłości w sprawach, które nie będą dotyczyły seksualnych zwyrodnialców, ale na przykład osób, które zagrażają – w ocenie urzędników – bezpieczeństwu państwa? Czy policja, sądy inne instytucje państwa nie uzyskały, tak przy okazji, narzędzi, które wzmocnią nadzór nad niepoprawnymi i nieprawomyślnymi obywatelami?

Czy naprawdę mogę być absolutnie pewny, że nie stanie się tak, iż szalony urzędnik w przypływie gorliwości zobaczy w ludziach o innych poglądach terrorystów, którzy zagrażają istnieniu państwa i w świetle specustawy wsadzi ich na przymusowe leczenie w celu naprostowania poglądów? Powie ktoś: to niemożliwe! W demokratycznym państwie prawa?! Przy niezawisłych sądach?! To zupełnie niemożliwe. Ale czy na pewno? A sprawa tajnych więzień CIA w ośrodku agencji wywiadu w Starych Kiejkutach? Ile zapisów ustaw wtedy złamano? A czy Konstytucja RP nie została podeptana za 15 mln dolarów? Śledztwo w tej sprawie trwa od 2008 roku i pozostaje nierozstrzygnięte. I coś mi mówi, że trwać będzie aż do przedawnienia. Państwo zawsze będzie się kierować zasadą: jak się chce to można. Należy pamiętać, że prokuratorzy czy sędziowie to nie jakaś istniejąca niezależnie, w całkowitej próżni, nadprzyrodzona sprawiedliwość. To przecież zwykli urzędnicy państwowi opłacani przez państwo i jemu podlegli.

– Istnieje możliwość, że T. padł ofiarą prowokacji, nie mogę wykluczyć, że materiały pornograficzne zostały Mariuszowi T. podrzucone. Należy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ważniejsze są prawa dzieci czy prawa wielokrotnego mordercy – stwierdził Leszek Miller szef jednej z największych partii opozycyjnych oraz były premier RP. Ta wypowiedz rodzi zasadne pytanie czy praktyka preparowania dowodów przez urzędników państwowych w celu uzyskania zamierzonych rezultatów jest codziennością dla instytucji państwowych czy tylko jednostkowym przypadkiem?

W celi T. miały zostać znalezione materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich. Prokuratura stwierdziła jednak, że nie ma podstaw do wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Minister sprawiedliwości odpiera zarzuty dotyczące tego, że znalezienie materiałów w celi T. jest prowokacją. Minister raczył zapewnić, że materiały nie mogły być podrzucone, bo cela T. była monitorowana. Przez kogo? Przez urzędników państwowych, tych samych, co znaleźli „pornograficzne” materiały? Jeśli tak to faktycznie nie mogły. Gdyby nie było to tragiczne to byłoby to po prostu zwyczajnie śmieszne.

Jeśli nawet przyjąć założenie, że nikt kompromitujących materiałów do celi nie podrzucił. To nikt nie zaprzeczy, że nie mogło być tak, że ktoś z ministerstwa sprawiedliwości lub jakiś inny nadgorliwy urzędnik wpadł na genialną w swej prostocie pomysł i zwyczajnie „przerobiono” pamiątki dewianta na materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich.

Ustawa o nadzorze nad groźnymi przestępcami od początku budziła kontrowersje wśród prawników i niektórych polityków. Prezydent podpisał ją, ale zapowiedział jednocześnie skierowanie jej do trybunału konstytucyjnego. Mam spore obawy czy medialna pogoń za bestią nie jest przypadkiem próbą wprowadzenia do ustawodawstwa super rozwiązań prawnych idących w stronę przypominających instytucji przypominających osławione psychuszki. Czy naprawdę całkowicie pozbawiona podstaw jest moja obawa o to, że taka spec ustawa może stać się podstawą do represjonowania przeciwników politycznych a także osób uważanych za naruszające normy społeczne? Czy to wytwór mojej paranoi? Oby!

dziennik pesymistyczny

Handlować w niedziele czy nie handlować

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Zakazać handlu w niedziele czy może nie zakazywać. Teraz każdy obywatel mojego miasta może po wypełnieniu specjalnej ankiety wyrazić teraz swoją opinie na ten temat. Wystartowały bowiem konsultacje społeczne dotyczące zasad niedzielnego handlowania.  Przez najbliższy miesiąc mieszkańcy będą mogli się wypowiedzieć, czy trzeba coś ograniczyć, czy całkowicie zakazać, czy pozostawić bez zmian.

W Polsce mamy takie swoiste zamiłowania do powszechnego zakazywania wszystkim wszystkiego. Nakazy, zakazy, rozporządzenia administracyjne. Pragnąc żyć w tym społeczeństwie przeciętny zjadacz chleba musi się ciągle zastanawiać, czy to, co w danej chwili robi nie jest przypadkiem zakazane. Wydaje się, że przeciętny Polak nie jest w stanie żyć i funkcjonować normalnie, jeśli mu się czegoś władza nie nakaże lub zabroni.

Jestem niepokojąco spokojny, co do wyniku konsultacji dotyczących zasad niedzielnego handlowania.  W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: Jeśli Bóg „odpoczął i wytchnął” w siódmym dniu (Wj 31,17), [to] człowiek również powinien „zaprzestać pracy” i pozwolić innym – zwłaszcza ubogim – „odetchnąć” (Wj 23,12). Szabat nakazuje przerwać codzienne prace i pozwala odpocząć. Jest dniem sprzeciwienia się niewolnictwu pracy i ubóstwieniu pieniądza” (KKK 2172). Przecież moje miasto jest bardzo przywiązane do wartości chrześcijański – jak mnie tu wielokrotnie zapewniano. Nie możliwe, więc jest, aby wierzący opowiedzieli się wbrew tym wartościom. Bo jakie to były wartości gdyby wynik konsultacji był inny? Trochę mi będzie szkoda tych niedzielnych zakupów, ale cóż demokracja. Siła większości. Trzeba jej ulec. Tak, to sarkazm. Ale na poważnie to chciałbym, choć raz zobaczyć katolików masowo stosujących się do zasad swej własnej wiary. Przy tych konsultacjach jest na to szansa.

Jeśli ktoś uważa się za katolika, za członka wspólnoty wyznaniowej, jaką jest Kościół Rzymskokatolicki to musi stosować się to zasad własnej wiary. A one są jednoznaczne i nie podlegają interpretacji. – Kto określa, czy wybór jest dobry czy zły? Kto określa rodzaj świętowania? – pytała mnie kiedyś pewna pani. Otóż zasady i wybory, i czy jest to dobre czy złe określone są dla katolika w katechizmie. Jest to synteza nauczania kościoła. Jedyna wskazówka postępowania dla katolika. I tam jest określony rodzaj świętowania. Wiara Rzymskokatolicka to nie forum dyskusyjne. To twarda, jednoznaczna religia ze ściśle określanymi regułami postępowania. Nie można być katolikiem negując lub interpretując przykazania kościoła. Dlatego Trzecie przykazanie Boże: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” jest jednoznaczne i niezmienne.

Ja „nie pouczam i nie oceniam” ja tylko pokazuje, że jeśli się siebie określa mianem katolika to trzeba przestrzegać zasad tej wspólnoty w stu procentach a nie tylko te, które uważa się za dobre dla siebie. Nikt niema prawa nazywać się katolikiem naginając lub wręcz obchodząc prawdy zawarte w Katechizmie. Ja nie mam monopol na prawdę, ale zasady KK są w tym względzie monopolistyczne i niezmienne.

A może powinno być tak, że Ci wszyscy, którzy z potrzeby i z ducha wiary, która ponoć wyznają nie chcą i nie powinni iść do sklepów w niedziele niech po prostu tam nie idą. Wszędzie słyszę, że większość naszego społeczeństwa to katolicy, więc może przyszedł czas na zaprezentowanie swoich przekonać i na unikanie niedzielnych wizyt w centrach handlowych. Jeśli tylko ten margines niewierzących i innowierców będzie wizytował sklepy w niedziele, to przecież każdy rozsądny przedsiębiorca zamknie interes, bo po prostu z braku klienteli nie będzie mu się to opłacało. Niech zwycięży wiara i ekonomia! Nie potrzeba żadnych zakazów handlu. Tak, więc bracia katolicy, jest Was ponoć dziewięćdziesiąt osiem procent społeczeństwa, nie inaczej jest pewnie w moim mieście. Pokażcie, na co was stać! Jeśli nie będzie Was w centach handlowych w niedziele przez dwa, trzy miesiące to pewnie i bez specjalnego zakazu handlu i tak będą zamknięte.  I bez specjalnego zakazu administracyjnego będzie się „dzień święty święcił”.

dziennik pesymistyczny

Bozia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Otacza mnie bylejakość. Byle jak, byle coś, byle mieć, byle zarobić, nakupić, nażreć się, napłodzić i narodzić bachorów, kupić jeszcze większy samochód, jeszcze większy dom, bogacić się, posiadać więcej niż inni. Nie myśleć za wiele, bo i po co. Nie interesować się. Nie dociekać. Nie modlić się, Biblii nie czytać, ale do kościoła, co niedziela iść, bo trzeba przecież pokazać się. Niech ludzie wiedzą, że to Polak i Katolik jak należy w dzień Boży i większe święta w kościele jest i komunie przyjmuje. On wierzy, on pacierze klepie, on krzyż w domu i w robocie na ścianie wiesza, on na samochodzie rybkę ma naklejoną, bo o Polak i Katolik. Obrazek Maryi, Papieża portret, krzyżyk złoty w szufladzie i gromnica od chrztu. Becik i kamyczek z Jasnej Góry. Jest też Biblia i kropidło, bo jak ksiądz po kolędzie chodzić będzie to jakże tak, bez Biblii? Nie uchodzi. Ale czytać tego nie czytał, bo i po co? Ksiądz w kościele czyta i wystarczy. On księdzem nie jest, to po co ma czytać? On nie lubi ateistów, bo one w Boga nie wierzą. On, Polak i Katolik wierzy, i nigdy się nad swą wiarą nie zastanawia. Dziadziunio wierzyli, ociec wierzył i on wierzy i dzieciaki wierzyć uczy. Tradycja.  On katolik, ale przecież postępowy. Przecie rozwód dla ludzi, seks przedmałżeński dla ludzi. On katolik, ale swoje wie, bo on Polak i Katolik i jak ksiądz bzdury gada, to on wie swoje i nikt go nie przekona.  To przecie jego własna wiara.

Tu jest ich miliony w Bozie wierzących. Tu większość przytłaczająca, ich prawa, tradycje i obyczaje. Ale już tylko czterdzieści siedem procent z nich wierzy w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. A w cuda dokonywane przez Jana Pawła II wierzy trzydzieści pięć procent. Bo Polak i Katolik jest racjonalny.  On swoje wie i w swoje tylko wierzy. Według sondażu przeprowadzonego przez TNS dla „Gazety Wyborczej” w Boga wierzy osiemdziesiąt jeden procent Polaków. Za to w trzecią osobę Trójcy Świętej, czyli Ducha Świętego czterdzieści procent Polaków. Polak i Katolik równie sceptycznie podchodzi do zagadnienia nieśmiertelności duszy (39 proc.), sprawiedliwego sądu po śmierci (39 proc.), a także niepokalanym poczęciu Maryi (38 proc.). W niebo wierzy 38 procent, ale w anioły już 35 procent. Podobnie jest z piekłem, w które wierzy 31 procent, ale w samego diabła już tylko 28 procent z Polaków Katolików. W czyściec zaś wierzy, co trzeci.

Dla Polaka i Katolika dogmaty deklarowanej wiary to kwestia jego widzimisię. On wierzy w to, co tam chce, a reszta go nie interesuje. Można w tych badań wywnioskować, że polski katolicyzm nie jest jeden dla wszystkich. To nie religia z wyznawcami, to raczej kółko dyskusyjne. Ile Polaków Katolików tyle wersji wiary. Nie żeby wynikało to z głębokich przemyśleń, bo raczej takie dostosowanie wiary to indywidualnych potrzeb. W najważniejsze dogmaty wiary chrześcijańskiej wierzy stosunkowo niedużo Polaków. Bo i po co? Jeśli życie wiodą byle jakie to i wiara ich byle jaka.  I niech Bozia im wybaczy.

dziennik pesymistyczny

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Krzyż w sali obrad Sejmu pozostanie. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił apelację posłów, którzy domagali się jego usunięcia, bo narusza ich dobra osobiste. Mnie ten symbol niczego nie narusza, co najwyżej mnie nie wzrusza. Krzyż w sejmie przypomina mi gdzie żyje. Jakie jest moje państwo Jakie jest to społeczeństwo, w którego towarzystwie przyszło mi wędrować ku wieczności na tym łez padole.

Z taką pewną dozą irytacji, ale jednak z zaciekawienia słuchałem jak kolejny państwowy sędzia uzasadnia obecność krzyża w polskim sejmie. Pani sędzina raz niczym Poncjusz Piłat umywa ręce od jasnych wyroków mówiąc, że przedmiotem rozstrzygnięcia sądu nie było rozstrzyganie politycznego czy światopoglądowego sporu dotyczącego legalności lub bezprawności umieszczania krzyża w Sejmie. A następnie spokojnie dodaje, że eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych. To iście Salomonowy wyrok. Nie wydaję wyroku w sprawie legalności, ale jednocześnie wskazuje, że wszystko jest w porządku.

Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy styczniowy wyrok sądu okręgowego. Pamiętam, że dużo się w nim mówiło o „zakotwiczeniu w zwyczaju”. Teraz też występujący w imieniu strony pozwanej radca Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa wnosił o utrzymanie w mocy zaskarżonego wyroku wskazując na znaczenie zwyczaju w prawie cywilnym i że krzyż w sali Sejmu wisi od szesnaście lat. Po raz kolejny sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale widocznie już wtedy kierowali się uwzględnieniem „zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” – cytując sędzinę sądu Apelacyjnego.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia Sądu Okręgowego zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmu w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Czy to jest dopiero początek zmian uzasadnionych „zakotwiczeniem w tradycji”? Może czas na weryfikacje innych praw i zasad? Po pierwsze: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną. A przecież pogoń za pieniądzem (który stał się już bogiem) od ponad dwudziestu lat jak nic jest zakotwiczona w naszej tradycji.  Po trzecie: Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Co jest naszym zwyczajem i tradycją można zobaczyć w każdą niedziele w najbliższym centrum handlowym. Po siódme: Nie kradnij. A tu z „uwzględnienie zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” na całego. Po ósme: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. A tu mimo, że „eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych” hulaj dusza. To tylko przykłady, ale pozostałe przykazania też udowadniają zdecydowany dysharmonię miedzy naszym zwyczajem „zakotwiczonym w tradycji” a prawem, nawet boskim. A co dopiero cywilnym. Bo widocznie „tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”.

dziennik pesymistyczny

499

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Moje oczy nie widzą tego, co pragnę zobaczyć. Ciało nie czuje tego, do czego się wyrywa. Usta nie mówią, bo im ktoś nie pozwala. Dłonie nie dotykają, bo nie mogą dotykać. Sam wśród tak wielu. Sam w swojej samotności. Przegrany. Poniżony. Schorowany. Beznadziejny. Bezsensowny. Stoję i patrzę na swoje odbicie w lustrze. Oto Ja! Kiedyś tak dumny z tego mojego Ja. Teraz już bardziej niepewny swojego „Ja”. Teraz coraz bardzo obcy sobie. Czy to nadal Ja? Czy już nie „Ja”? Ale wiem, że istnieje. Jestem tu nadal. Choć przemijam coraz szybciej i szybciej, to jednak nadal coś odczuwam. Jestem tu! Czegoś pragnę. Coś kocham choć beznadziejnie. Puki żyje, to przeżywam. Odczuwam. Cierpię. Chce! Łaknę! Potrzebuje! Puki życia, puki oddychania… zawsze będzie we mnie pragnienie. I choć bym cały był już zbudowany z przemijania, to i tak nieprzestane kochać i potrzebować kochania.

Jestem taki sobie bliski, a taki jednak w sobie daleki. Samotny, pusty, sflaczały, słaby. Sam bez miłości upragnionej.  Sam bez kochania. Beznamiętny. Bezużyteczny. Taki niczyj. Teraz gdy się zatrzymałem przyglądam się sobie. Oto moje oczy, co już nie zobaczą. Oto moje usta, które nie poczują. Oto moje dłonie, które nie dotkną. Oto moje ramiona, w których już nie zamknę. I chociaż będę widział, czuł i dotykał, to już nie tak jak bym tego chciał.  Tak jak tego pragnę. Oto ja – tak bardzo niepotrzebny. Oto moja męskość tak bezużyteczna. Oto jestem. Taki beznadziejny. Oto moja samotność. Oto moje ciało. Oto ja – tak bardzo nieważny. Moje przeznaczenie. Moja rozpacz. Moja niepewność.

Wdepnąłem w śmiertelność jak w kałuże na chodniku. Nasiąkam jest brudem. Spada na mnie kroplami jak deszczem. Czuje chłód tej ostateczności. Zimno wieczności wpływa we mnie. Wilgoć niebytu przenika mnie do dreszczy. Nasiąkam mim. Wdycham je. Napełniam nim płuca. Przenikam niebytem. Upływam. Znikam. Rozpływam się w samotności. Przestaje istnieć. Taki niezauważalny. Nieobecny. Samotny wśród ludzi i samotny bez nich. Coraz bardziej nieistniejący. Niezauważalny. Nietolerancyjny. Nieinteresujący. Taki za bardzo i nie bardzo. Za mało i za dużo. Taki nie w sam raz. Taki za bardzo pusty i za bardzo pełny. Taki nierokujący. Niezarabiający. Niewypłacalny.  Niedążący. Bezcelowy. Nieprzystający. Za bardzo wątpiący.  Za mało chory i za bardzo schorowany. Za głupi i za mądry. Niezauważalny. Obcy. Nie ten.

Żyje sobie obok. Istnieje z dnia na dzień. Trwam. Jestem powtarzalny. Jestem niezaskakujący. Jestem nie rozrywkowy. Niezabawowy. Nietaneczny. Nietowarzyski. Nierodzinny. Nieprzysiadalny. Ale za to nadmiernie kochający. Za dużo pijący. Za bardzo przytulający. Irytujący. Za bardzo potrzebujący. Nierealistyczny. Za bardzo chcący. Za bardzo proszący. Za mało dający i za dużo biorący. Za bardzo potrzebujący. Za bardzo domowy. Rutynowy. Powtarzalny. Niezaskakujący. Udomowiony. Wciąż kochający.

„Ile wiary fałszywej tyle męki komicznej tyle śmiesznej tęsknoty tyle miłości próżnej”

dziennik pesymistyczny

Nic nie stracił na pobycie w więzieniu, bo był bez zameldowania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie straciła na pobycie w więzieniu – tak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna argumentuje swoją odmowę odszkodowania i zadośćuczynienie za błąd sędziego, przez który niewinny człowiek przesiedział w więzieniu sto trzydzieści cztery dni.

Widziałem już wiele urzędniczej bezczelności, wręcz buty, szyderstwa i zwyczajnej głupoty. Ale tak rażącego przykładu pokazującego czym dla tego państwa i dla jego urzędników jest zwykły śmiertelnik, dawno nie wiedziałem.  Słowa przedstawicieli prokuratorii generalnej nie można potraktować inaczej jak przyznanie, że w Polsce istnieją obywatele drugiej kategorii. Jesteś biedny, nie masz pracy, nie masz domu a w szczególności zameldowania to jesteś nikim. Nawet jak posiedzisz w więzieniu to nic Ci się nie stanie. Najlepszym miejscem dla biedaka jest więzienie?

Najwyraźniej takie jest przekonanie państwowych prawników. Mężczyzna został zabrany z ulicy przez państwowych policjantów. Zanim się zorientował, co się stało, był już w państwowym więzieniu. Twierdzi, że nie wyjaśniono mu z jakiego powodu się tam znalazł. Następnie dowiedział się, że znalazł się tam, bo odwieszono mu wcześniejszy wyrok. Przesiedział w zamknięciu sto trzydzieści cztery dni. Po wyjściu z więzienia dowiedział się, że spędził w nim pół roku przez uchybienie sędziego, który działał zbyt rutynowo. Pomylono go z kimś innym. I nikt nie zauważał, że zgadzało się tylko nazwisko. Inny był rocznik, inne imię, inne też było miejsce zamieszkania.

Błąd jeszcze mogę – choć z wysiłkiem – to jednak zrozumieć. Wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy do tego prawo. Ale nie mogę pojąc, jakim prawem tego człowieka teraz państwo jeszcze dodatkowo poniża. Przesiedział przez pomyłkę w więzieniu sto trzydzieści cztery dni. To bezsporny fakt. Nie należy się chyba dziwić, że teraz za pomyłkę urzędników oczekuje od państwa odszkodowania i wypłaty zadośćuczynienie. Jednak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna nie ma jednak zamiaru zapłacić. Prawnicy państwowi postanowili powalczyć, licząc zapewne, że jak ktoś jest biedny to zapewne nie stać go na dobrego obrońcę.  Adwokatka mężczyzny otrzymała list, iż jej klient, jako osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie stracił na pobycie w więzieniu. Zapewne powinien być szczęśliwy, że państwo polskie, choć przez pomyłkę to jednak tak bardzo się nim zajęło zapewniając mu wikt i opierunek. Odwieźli go do więzienia państwowi policjanci i przebywał w państwowym więzieniu, powinien być wdzięczny za opiekę.  Właśnie jest ta niebywała buta urzędniczą. Ta bezczelność i szyderstwo.

Pokrzywdzony człowiek twierdzi, że „potraktowano go jak śmiecia”. I ma całkowita słuszność. Jak można twierdzić, że pobyt w więzieniu jest rzeczą obojętną? To chore! Jak nie zwyczajnie głupie. Mężczyzna wystąpił o odszkodowanie i zadośćuczynienie w wysokości trzystu tysięcy złotych. Sprawę rozstrzygnie sąd. Mam nadzieje, że tym razem sędzia się nie pomyli, i że nie będzie działał rutynowo.

dziennik pesymistyczny

Zabawy zabawnych ludzi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W moim mieście zawyły syreny ogłaszające alarm na wypadek ataku z powietrza. Tak było kilka dni temu. Byłem spokojny i zrelaksowany, bo wiedziałem dobrze, że to tylko ćwiczenia. Od tego czasu dręczy mnie jednak pytanie: czy jak już dowiedziałbym się (z tego wycia syren), że lecą na moją głowę bomby to, co miałbym ze sobą zrobić? Gdzie się schronić? Gdzie szukać pomocy?

Między godziną dziesiątą a dziesiątą piętnaście uruchomione zostały syreny alarmowe. Był to test systemu wykrywania i ostrzegania na wypadek zagrożenia terrorystycznego z powietrza, przeprowadzony w ramach ćwiczenia RENEGADE-KAPER 13/II ( swoją drogą, ciekawe, kto wymyśla te dziwaczne angielskojęzyczne kryptonimy). Organizatorem tego wycia było dowództwo operacyjne sił zbrojnych. Czyli bardzo poważna organizacja państwowa.

– Syreny tworzą system ostrzegania i alarmowania ludności – jak mnie wtedy obszernie informowały media. Jednak nikt nie poinformował mnie, co ja mam zrobić jak już zostanę ostrzeżony i zaalarmowany. Wiadomo, to Polska, czyli na początek powinienem paść na kolana i się pomodlić, ale tak na poważnie to naprawdę chyba nikt z szarych obywateli nie wie gdzie ma się schronić na wypadek zagrożenia.

Ze szkolnych lekcji przysposobienia obronnego pamiętam, że jak wybuchnie bomba atomowa to mam się położyć „na brzuchu nogami w stronę wybuchu”. Ale mam nadzieje, że od czasu mojej nauki w podstawówce coś tam się w tym temacie zmieniło. Choć jednocześnie znając mentalność naszych urzędników oraz działanie państwowego systemu moja nadzieja na zmiany jest maleńka. Syreny ostrzegania włącza się w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia, więc jeśli takowe zagrożenie występuje choćby teoretycznie to chyba zasadne jest pytanie: co dalej? A odpowiedzi: nie ma.

To były tylko ćwiczenia, ale gdy tak słuchałem wyjących syren zrodziło się we mnie pytanie: gdzie ja miałbym się udać? Gdzie schronić w wypadku prawdziwego ataku terrorystycznego? Pierwsza myśl: udać do schronu. Ale to nie takie łatwe. Najbliższy, o jakim wiem, raczej z wrodzonego wścibstwa niż rzetelnej informacji, znajduje się kilka ulic od mojego mieszkania.  Wiem, że tam musi być, bo widziałem na trawniku miedzy blokami jego wietrznie. Ale gdzie ten schron dokładnie jest? Tego chyba nie wie nikt. No może kilku urzędników i mieszkańcy bloku coś na ten temat wiedzą, ale czy się tą wiedzą chętnie podzielą w razie zagrożenia?

Z tego, co ustaliłem, ”metodami operacyjnymi” – jak mawiał mój znajomy, w moim mieście znajduje się około pięćdziesięciu schronów. W większości nieprzystosowanych do natychmiastowego schronienia się tam ludności cywilnej w razie ataku terrorystycznego. Schrony są rozmieszczone w zdecydowanej większości w centrum miasta. Prawie wszystkie ze schronień na wypadek ataku z powietrza powstała latach „ zimnej wojny”, i nigdy nie były remontowane ani wyposażane w nowoczesny sprzęt ratunkowy. Mieszczą się w budynkach bloków mieszkaniowych. Kilka można znaleźć także w dawnej strefie zakładów zbrojeniowych, gdzie teraz kwitnie nowy biznes wszelkiego rodzaju. Mała, więc jest szansa by nowi właściciele zadbali o schrony mieszczące się w budynkach, które teraz są ich własnością. Duże schrony znajduje się w podziemiach kilku szkół. I to tyle. Tak mniej więcej na około dwa tysiące osób. I to wszystko. Nie przypominam sobie abym słyszał kiedykolwiek o powstaniu nowego schronu na osiedlach mieszkaniowych wybudowanych współcześnie, a mieszka tak przecież po kilkaset tysięcy ludzi. W całym mieście kilka set tysięcy.

Syreny zawyły. Organizatorzy ćwiczeń RENEGADE-KAPER 13/II są zadowoleni. Tylko ja nadal nie wiem, co mam zrobić. Z internetu dowiedziałem się, że „w momencie ogłoszenia alarmu. Powinniśmy np. ubrać się, zabrać dokumenty, wyłączyć wszystkie urządzenia elektroniczne i gazowe, zawiadomić sąsiadów, udać się do najbliższego schronu lub ukrycia”. A potem pewnie sforsować drzwi na klatkę schodową, do piwnicy, i te do schrony zamknięte na głucho… i już jestem w pomieszczeniu z lat pięćdziesiątych z muzealnymi przedmiotami wyposażenia. Jeśli mam szczęście.

Takie ćwiczenia jak  RENEGADE-KAPER 13/II to kompletna fikcja. Zabawy zabawnych ludzi. Jak wiele działań państwowych są tylko wyciem na pokaz. Może, choć raz warto by było zrobić ćwiczenia gdzie nie tylko powiadomi się ludzi o zagrożeniu terrorystycznym, ale też pokaże jak się przed nim realnie zabezpieczyć i gdzie schronić.

dziennik pesymistyczny

Możliwe działania niepożądane

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Czy szanowny pan nie zechciałby brać jednej tabletki zamiast, dwóch co rano? – zapytała mnie młoda lekarka podczas mojej comiesięcznej wizyty w przychodni. – Jest pan jeszcze młody, po co zażywać, co rano tyle leków jak można tylko jeden czy dwa – dodała z uśmiechem. I jak tu się nie zgodzić z miło panią w lekarskim kitlu ze słuchawkami zawieszonymi na szyi.  – Jasne, że chciałbym – odparłem ucieszony żem taki młody. I trwałem taki cały zanurzony w tej swojej słodkiej radości młodego człowieka, który co rano może połykać tylko jedną tabletkę zamiast trzech. I potrwałoby to pewnie do tej chwili gdym nie przeczytał ulotki informacyjnej dołączonej do opakowania mojego nowego lekarstwa.

Tak wiem, już przecież z samych tylko nachalnych reklam farmaceutyków choćby, wiem że trzeba „zapoznać się z ulotką lub skonsultować z farmaceutą”, ale tak naprawdę któż z nas czyta ulotki informacyjne leków, które przepisał lekarz w przychodni. Ja to zrobiłem, bo akurat chwilowo nie miałem nic innego do lektury. Amatorom mocnych wrażeń w szczególności polecam rozdział ulotki zatytułowany „Możliwe działania niepożądane”. Już na wstąpię autor informuje czytelnika, że „jak każdy lek, (ten mój) może powodować działania niepożądane, chociaż nie u każdego one występują”. Czyli jak w filmach Hitchcocka przeważnie zaczynają się od trzęsienia ziemi. Potem napięcie już tylko rośnie. A więc jakie mogę mieć skutki uboczne: „Często: biegunka, zmęczenie, zapalenie błony śluzowej nosa i gardła, szumy (np. syczenie, brzęczenie) w uszach. Niezbyt często: niewyraźne widzenie, nudności, niestrawność, ból brzucha, zakażenia górnych dróg oddechowych, zakażenia układu moczowego, zakażenia wirusowe, katar (zapalenie błony śluzowej nosa), zmniejszenie stężenia potasu we krwi, zmniejszenie stężenia sodu we krwi, bóle kończyn, skręcenie stawów, zapalenia stawów, zawroty głowy, kaszel, zwiększenie częstości oddawania moczu, bóle w klatce piersiowej. Reakcje nadwrażliwości.  Występowanie po zastosowaniu leku takich działań niepożądanych jak np. zaburzenia widzenia, zawroty głowy, uczucie zmęczenia może niekorzystnie wpływać na zdolność prowadzenia pojazdów oraz obsługę maszyn.”

I już teraz sam nie wiem, czy ten przebadany i dopuszczony do obrotu lek to spowodował czy może mam tak po przeczytaniu tej ulotki? Poczułem od razu nudności, niestrawność i ból brzucha. Oraz bardzo poważnie zacząłem się zastanawiać czy nie za często oddaje mocz. Naprawdę można się nabawić nerwicy po czymś takim. Jest też w ulotce informacja o tym, że może być przyczyną reakcji alergicznych? Trochę dziwne, że mój lekarz nigdy mnie zapytał czy mam na coś alergie. Dopiero z małego druku ulotki dowiedziałem się, że nie powinienem spożywać alkoholu podczas kuracji tym lekiem. Żyjemy gdzie żyjemy, to chyba ważne przeciwskazanie!?

Powinno mnie zdziwić już to, że jakoś tak dziwnym trafem pani „doktorka” wypisała mi receptę długopisem z nazwą producenta leku, instrukcje o dawkowaniu dostałem na bloczku z nazwą a ze ściany gabinetu, jak mi się zdaje, spoglądała ma mnie uśmiechnięta rodzina na plakacie z logo firmy farmaceutycznej. Jak bardzo ufamy naszym lekarzom? Jak bardzo ufamy korporacją farmaceutycznym nastawionym przecież na zysk? Jak bardzo im ufasz? Czy wzmianka o tym, aby czytać ulotkę albo skonsultować się z lekarzem oraz o zawarte tam informacje o możliwości skutków ubocznych to nie jest tylko alibi? Tak na wszelki wypadek? Jakbyśmy jednak po połknięciu tabletki poczuli się gorzej niż lepiej? Zdecydowanie należy więcej czytać.

dziennik pesymistyczny

Dziś jest ważniejsze od jutra

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Jest mnie za mało. Rozpuszczam się w idealnie krystalicznej wodzie, która daje życie, jest życiem, ale przecież także je odbiera.  Rozdrabniam się już nie na dni, ale na godziny, a na minuty. Sprawiają mi radość dobrze przeżyte chwile, nie jak dawniej całe tygodnie czy lata.  Rozpływam się w czasie, w rzeczywistości, w bycie dna codziennego. Żyje teraz, w tej jednej chwili. Dziś jest ważniejsze od jutra. Nie planuje, bo nie chce rozmieszać Boga. Jestem. Trwam. Egzystuje. Tu i teraz. W sensie czy bezsensie doczesności, codzienności. W szarej mgle bólu i strachu. Codziennie nasłuchuje kroków na schodach. Czy już idą po mnie? Czy to już dzisiaj? Czy trzeba zakończyć? Odnajduje spokój przy wyłączonym telefonie i zasłoniętych oknach.  W pustce, w półmroku, w zamknięciu. Odizolowany od świata cieszę się ulotnymi chwilami spokoju. Jakie to szczęście, że to jeszcze nie dzisiaj. Staram się wtłoczyć w umysł bezpieczeństwo, choć przecież wiem, że to niemożliwe.

Nadzieje wlewam kieliszkami z gardło i rozkoszuje się jej ciepłem rozchodzącym się po całym ciele. A jeśli niedostane swojej dawki płynnego optymizmu?  Lato, jesień, zima, wiosna, lato, kolejna jesień odliczam sezony, w których jeszcze się udało zachować stabilność. Istnieć. Być. Trwać. Przeciekałem, udało się. Przeszłość, choć jednostajna napawa mnie dumą z samego tylko faktu, że przecież była. Że znów się udało! Chciałbym zobaczyć zimę, mam nadzieje na kolejne lato. To nie są plany, to tylko takie marzenia.

Moje życie to tylko chwila jawy miedzy dwoma snami. A nawet sny są coraz krótsze, coraz bardziej niepewne, zajęczo strachliwe, płytkie, samotne. Zasypiam z nadzieją, lecz wybudzam się po kilku godzinach już bez niej. Czekam świtu w strachu. W panicznym lęku przed dniem. Żeby mniej myśleć uciekam w fikcje książek, w nierealną dla mnie rzeczywistość gazet, bezmiar i chaos internetu. Filmy, muzyka. Czytam i oglądam, byle tylko stłumić strach i niepewność. Byle dalej. Byle uciec.  Byle, choć na chwile zapomnieć. Byle tylko nie rozmyślać. Nie pamiętać. Byle mniej myśleć. Żyć tym, co na ekranie, co w gazecie, co na stronach książek. Wygłuszyć emocje. Zastąpić je czymś innym. Stworzyć hybrydę fikcji z samym sobą. Odrealnić się.

Przyglądam się sobie w lustrze pytając czy to wciąż jestem ja? Czy ten, kogo widzę nadal istnieje? Czy klasyczne filozoficzne twierdzenie – myślę, więc jestem – dotyczy też mnie? Czy może wyzerowałem licznik i teraz mniej jestem, bo dużo myślałem? Patrzę w brodatą twarz w lustrze i zastanawiam się, kogo mi przypomina. Jestem moim ojcem? Moim innym przodkiem? Jestem kolejny z pokolenia bez przyszłości? Z zagubionym celem? Nabieram pewności, że dobrze zrobiłem wytrwawszy w postanowieniu, że będę ostatni.  Może moje geny nie pasują do tego świata pospiechu, pazerności, pogoni za pieniądzem. Świata kłamstwa, głupoty, strachu o byt, kredytów, pożyczek, podatków, urzędników, polityków. Nie pasuje do niewolnictwa nowej ekonomii. Za mało jestem liberalny. Za mało uległy. Niedostosowany. Nierokujący. Nie wypłacalny. A społeczny. A polityczny.

Przesuwam dłonie po łysej skórze mojej czaszki. Wplatam palce w włosy brody. Oglądam z ciekawością naukowca moja twarz. Moją a przecież tak bardzo nie moją. Derealizacja. Nie mogę w to uwierzyć, że przecież jeszcze tak nie dawno w tym samym lustrze widziałem ogoloną buźkę faceta w białej koszuli pod krawatem, w ciemnym garniturze ze znaczkiem korporacji w klapie marynarki. To takie dalekie, że aż nierealne. Uciekłem od tego. Wydostałem się z labiryntu. Odszczurzyłem się. Ale teraz moja ucieczka okazała się daremna. Bo od wszechobecności władców systemu wyzysku można uciec tylko w głąb siebie. Uciec można tylko wewnętrznie. Machina państwa wygrywa. Choć jestem wolny, to tylko na tyle na ile mi ona pozwala. Męka mnie swoimi istnieniem. Przenika przez ściany mojego schronienia trując mnie ciągłym upominaniem się o daninę. Pisma urzędowe, rachunki, upomnienia. Nie ma ucieczki od wszechobecności ich uporządkowania. Pozostaje czekać. Trwać. Istnieć. Choćby jeszcze nawet minutę, choćby tylko godzinę, chwile… Walczyć tym moim istnieniem. Pozostawanie w miejscu to też forma ucieczki. Forma walki.  Bo dziś jest ważniejsze od jutra.