Tag Archives

254 Articles

dziennik pesymistyczny

Spotkania przy kieliszku. Cześć pierwsza i zapewne nie ostatnia.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– To ty żyjesz, przecież miałeś zejść chyba ze trzy tygodnie temu? – zapytałem, gdy tylko wypatrzyłem jego brodatą twarz wśród licznego grona bywalców placówki gastronomicznej z wyszynkiem. – Miałem, ale jakoś nie mogę w sobie przezwyciężyć instynktu samozachowawczego lub nie mogę się zdecydować, więc tak sobie wegetuje w samotności – odparł wskazując mi miejsce przy stole.

Gdy zasiadłem na wskazanym krześle mój towarzysz tradycyjnie dla siebie stracił natychmiast zainteresowanie moją osobą i popadł w zadumę. Cóż było robić, uszanowałem jego milczenie, ale mając na uwadze, że i ja i przyjaciel jesteśmy z krwi i kości Polakami, to postanowiłem przywoławszy uprzednio kelnerkę zamówić dla nas flakon wody rozmownej i coś, co z grubsza, a w właściwie z cieńsza, przypominało zakąskę.

dziennik pesymistyczny

Sześć godzin prawdy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czasem człowieka coś tak najdzie, nagle i niespodziewanie, że mu odbija od normy i robi takie bzdurne postanowienia. Postanawia wtedy, a to że przejdzie się paręset kilometrów dla bozi, a to że będzie wydajniej pracował, a to że nie będzie pił (tego, co wiecie) lub że będzie mniej się obżerał, że będzie biegał, ćwiczył, podskakiwał jak żabka, jeździł na rowerze i takie tam inne. Mnie też naszło, nie żebym tam od razu zaczął biegać, o toto to nie, ja skromnie postanowiłem, że przez sześć godzin będę mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.  Tak w ramach eksperymentu na żywym organizmie postanowiłem.

Co zadecydowałem, to zrobiłem, no i mało tego nie przypłaciłem ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu. W zasadzie to przepuszczałem od dawna, że pewnego dnia umrę gwałtowną śmiercią na bycie sarkastycznym w niewłaściwym momencie, ale nie sądziłem, że mówienie prawdy może być tak bardzo bolesne.

dziennik pesymistyczny

Czterysta trzydziesty trzeci

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Stałem nagi w wannie a woda z prysznica spływała po mnie ciepłymi strumykami. Mogłem tak stać godzinami. I czasem takie godziny się zdarzały. Ciepło rozchodzące się po całym ciele. Przyjemna miękkość wody na twarzy. Ciepło i bezpieczeństwo. Taki rodzaj przebywania mnie samego ze sobą samym bez dojmującego poczucia samotności i wyobcowania.

Mój czas na wyłączenie się z życia. Z czekania na to co już jest nieuniknione. Mój mózg i moje ciało pracują wtedy w bardzo przyjemnym trybie jałowym. W takich chwilach staram się przestać myśleć i choć to w moim stanie już niewykonalne, to samo próbowanie jest dla mnie prawdziwą przyjemnością. Mógłbym tak stać w objęciach ciepłej wody bardzo długo. To mnie rozbraja z ciągłego napięcia. Pozbawia mnie leków. W takich ciepłych i bezpiecznych chwilach chciałbym zatrzymać czas, by trwało to jak najdłużej.

Żyje w czasach, w których aby przetrwać trzeba wybierać. Trzeba albo skazać się na ciągłe bycie poza albo żyć w wiecznym kłamstwie. Oczywiście jest jeszcze trzecie wyjście, ale to zostawiam sobie jako ostateczność. Czasem żałuje, że nie potrafię tak po prostu żyć, tak codziennie społecznie i ludzko przyjaźnie.

Żyć zwyczajnie. Tak jak Bóg i Państwo przykazało. Jako integralna ze społeczeństwem jednostka. Jako trybik w maszynie. Żyć sobie skromnie, po bożemu, życiem chomika syryjskiego.  Biegać w kółku i gromadzić zasoby. Nie analizując, nie kombinując nadmiernie istnieć tak sobie w zadowoleniu i bezpieczeństwie.

Żyć dniem roboczym do łykendowego odpoczynku. Poświecić się zbieractwu, posiadaniu, karierze. Być dumy z tego, że jest się kimś w hierarchii, nie takim pospolitym, tylko wyróżniającym się, poprawnym, politycznie zaangażowanym, społecznie użytecznym obywatelem. Budować podstawową jednostkę społeczną.  Posiadać i hodować zakontraktowane potomstwo. Wznosić przyszłość państwa dumnie i patriotycznie.

Tymczasem stoję nasiąkając wilgocią i ciepłem. Rozkoszując się tym, że choć na chwile potrafiłem się odłączyć od zewnętrznego świata.  – Z tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle – powtarzam jak mantrę słowa poety. Bez sensu.

dziennik pesymistyczny

Jak wyszedłem z siebie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

No i stało się. Doigrałem się. Wyszedłem z siebie. Wyszedłem z siebie i teraz stoję obok mnie samego i przyglądam się memu pustemu obecnie ciału. Ładna ze mnie skorupka. Co prawda leży toto żałośnie tak jakoś w łóżku zakopane w betach z otwartym pustymi oczami i rozdziawioną gębą. Ale nie jest najgorzej.-  Niebrzydki nawet jestem – skonstatowałem z zadowoleniem.  Szlachetny taki profil. No, przynajmniej mnie się podobam. A jednak dziwnie tak patrzeć na siebie nie w lutrze tylko, że tam powiem na żywo, oczywiście w przenośni zważywszy na sytuacje. Łysą głowę okala lekuchny wianuszkiem króciuśkich włosków. Nos taki rzymski, sporawy nawet. Ale za to broda, tak, ona jest imponująca. Biblijny patriarcha prawie. Podsumowując, choć cały jestem starszawo, taki nijako zanikający, to jednak nadal całkiem do rzeczy.

Stercze tak sobie i się gapie na siebie, bo jak już wspominałem sytuacja była taka, że wyszedłem z siebie i stanąłem obok. Pokój, moja cela doczesnej egzystencji nic się też nie zmieniła od czasu mojego wyjścia z własnej cielesności doczesnej.  A zawsze byłem przekonany, że wraz z mym zejściem odejdzie wszystko co jest wokół mnie a świat się rozpadnie w drobny mak i zapanuje nicość, a tu niespodzianka wszystko trwa jak trwało, choć już beze mnie. Bardzo nieładnie ze strony wszechświata, że tak sobie trwa, gdy ja tak już niematerialny patrzę na to co ze mnie pozostało.

A co po mnie pozostało? Rozejrzę się. Stół, trzy krzesła, kredens, stosy książek na podłodze i na półkach, kolekcja gazet, durnostojki, misie, świnki, muszelki, kamyczki, ubrania w szafie i na wieszaku, coś tam w cyfrowym zapisie. Obrazy na ścianach. Tyle gratów, tyle rzeczy, tyle wspomnień w nich zawartych, tyle książek przeczytanych i co teraz? Nic, pustka. Teraz to już to wszystko nie moje.  Pogubi się to wszystko. Rozpadnie. Przepadnie na śmietnikach i u obcych. To co było ważne dla mnie, teraz jest tylko stosem niepotrzebnych rzeczy.

Odsunąłem się o pół kroku czując lekkość bytu, która była mi obca, gdy jeszcze byłem w sobie. Teraz gdym taki stał się eteryczny, gdy po raz pierwszy wyszedłem z siebie musiałem się zastanowić co dalej. Nie można przecież tak stać i gapić się na własne ciało. Coś trzeba zrobić. Starałem się sobie przypomnieć co tam uczeni w piśmie opowiadali o chwili, kiedy Najwyższy zawezwie do siebie jakieś ziemskie niebożątko, ale nie mogłem sobie przypomnieć zaleceń co czynić w takich terminach. Starałem się sobie uświadomić, że musi być przecież samoistna procedura, która zawiedzie mnie albo na anielskie niebiańskie łąki albo w piekielne kazamaty. Ale jak na razie nie było ani otaczającej mnie światłości, ani tunelu, do którego mógłbym się udać by w nim iść ku światłu. Nie słyszałem głosów anielskich, śpiewu ptaków niebiesiech czy choćby serafinów lub cherubinków.  – No cóż – pomyślałem – poczekam, w końcu przecież moje całe życie składało się z czekania, więc mam w tym niewątpliwa praktykę.

Stałem sobie tak i czekałem na nieuniknione jak mi się wydawało, ale nic się nie działo i to właśnie stawało się już co raz bardziej nudne i nieciekawe. Moje ciało astralne co prawda nie odczuwało zmęczenia, ale takie stanie bezsensu było nużące. – No dobrze – pomyślałem – jak nie to nie, nie będę się narzucał. Jak mnie nigdzie i nikt nie chce to nie będę się tak błąkał niepotrzebny miedzy światami. Czułem się jak wtedy, kiedy nie zabrano mnie na wymarzone i tak upragnione wakacje. No przykro mi się po prostu zrobiło, co tu ukrywać.

Postanowiłem więc wrócić. Na nowo wejść w siebie. Bo przecież jak wyszedłem, to i wejść się da. Jak postanowiłem, tak zrobiłem, bo co tak tu będę sam stał bez sensu i powodu. Wcisnąłem więc na powrót to moje astralne i jak najbardziej niematerialne ciało w siebie fizycznego, w tą maszynę z mięsa, i od razu tak mi się ciężko zrobiło, ale swojsko jednocześnie. No i na powrót byłem, istniałem, żyłem.  Ale to nadal było bez sensu.

dziennik pesymistyczny

Przypadkowy z prośbą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Wygląda pan jak wiking. Taki rezolutny wiking. No, naprawdę, ta broda, bardzo ładna  – zagadnął mnie pewien jegomość usiłując przykuć moją uwagę. Coś jest chyba ze mną nie tak. Coś musi być we mnie, jakaś cecha wyróżniająca mnie z tłumu w sensie pozytywnym lub negatywnym, która powoduje, że notorycznie mnie ktoś na ulicy zaczepia i chce porozmawiać. Co ich tak przyciąga, skoro ja robię wszystko żeby przemknąć ulicą niezauważony? Naprawdę nie wiem.

– Przepraszam, przepraszam proszę pana, niech się pan na chwile zatrzyma, czy możemy chwilę porozmawiać? – usłyszałem i choć udawałem, że to nie do mnie to jednak byłem na sto procent pewny, że chodzi właśnie o moją osobę. Prawie każdego dnia spotkam kilku nowych przypadkowych znajomych którzy usilnie chcą chwile ze mną porozmawiać. Przechodziłem jedną z najbardziej ruchliwych ulic w moim mieście. Wokół mnie kłębił się nieprzebrany tłum. Matki z dziećmi. Osoby świeckie i duchowne. Mundurowi i ci w cywilu. Zabiegani biznesmeni z przyklejonymi do ucha telefonami. Panie i panowie w różnym wieku.  Młodzież szkolna i osoby starsze. Ludziska w garniturach i w strojach roboczych. I ci wyglądający zamożnie, i tacy w stroju przeciętni. Biedni i bogaci. Różni, jak to na ulicy. Cały przekrój społeczeństwa. Ale to właśnie mnie ten jegomość postanowił zaczepić. Ot takie moje szczęście lub może nieszczęście.

– W jakiem miesiącu się pan urodził? Jaki jest pana znak zodiaku jeśli mogę wiedzieć?  – zapytał ni stąd, ni zowąd mój nowy przypadkowy rozmówca, gdy już skutecznie zagrodził mi drogę własną osobą. Był to pan w wieku około czterdziestu kilku lat. Twarzy gładko ogolona, włos zwichrzony i nastroszony wystawał z pod czapki uszatki. Ubranie zmęczone, nie nowe, ale schludne.

– Witam pan – wysunął ku mnie dłoń, którą uścisnąłem niechętnie. – Jest pan z początku roku, urodził się pan w pierwszych miesiącach roku? – dopytywał. – Wie pan ja się trochę interesuje numerologią, więc mnie takie rzeczy ciekawią. – To rozumiem, ale ja się straszliwie spieszę, ja muszę już iść, czekają na mnie – starałem się znaleźć odpowiednie kłamstwo, aby się uwolnić od niespodziewanego rozmówcy. Jednak nic to nie dało. Z grzeszności udzieliłem mu więc informacji, co do miesiąca urodzin. A gdy zbierałem się podać kolejny powód usprawiedliwiający moje pospieszne oddalenie usłyszałem kolejne pytanie: – A czytał pan Biblie?

No, to wpadłem pomyślałem. Teraz się nie uwolnię. Co było robić? Rozmawiałem czy raczej słuchałem. Po powierzchownym omówieniu kilku zagadnień teologicznych mój interlokutor postanowił skomentować jeszcze problemy współczesnego świata. Wspominał też o filozofii, literaturze oraz ogólnie pojętej sztuce. Nasza rozmowa polegała na tym, że osobnik stojący przede mną mówił a ja przytakiwałem, co najwyżej odpowiadałem zdawkowo lub starałem się znaleźć odpowiednią wymówkę, która pozwoliłaby mi odejść od natręta. I w taki to sposób gawędziliśmy kilka minut.

– Wie pan, mam taki kłopot, coraz mniej znam ludzi w tym mieście, a z panem się tak miło rozmawia. Czasem jest w człowieku taka potrzeba żeby, pan rozumie. A tu akurat mam taki kłopot w którym mógłby mi pan pomóc. Czy może mi pan dać złoty siedemdziesiąt – wyrecytował prawie jednym tchem i tym samym doszedł do sedna sprawy, która miał do mnie. Oczywiście dałem. Zawsze daje jak mam. Ale muszę przyznać, że tym razem ten pan naprawdę zarobił na te drobne. Porozmawiał o filozofii, numerologii, Biblii, sztuce, literaturze, polityce i dopiero po tym przeszedł do prośby o dotacje. Dałem te złoty siedemdziesiąt z prawdziwą przyjemnością.

dziennik pesymistyczny

Obywatel, choć nietrzeźwy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Człowiek pod wpływem alkoholu nie przestaje być człowiekiem i nie traci swych podstawowych praw obywatelskich. Jednak z przekazów medialnych wyłania się obraz państwa, w którym w konfrontacji z policją, zwykły obywatel będący „pod wpływem” prawie zawsze nie ma najmniejszych szans na zachowanie nawet minimum godności.

Państwo koncesjonuje sprzedaż alkoholu, czerpie z jego produkcji i sprzedaży ogromne zyski w postaci podatków a potem, gdy ktoś znajdzie się pod wpływem tej legalnie sprzedawanej substancji, automatycznie traci podstawowe prawa obywatelskie. Może czas umieszczać na butelkach z alkoholem ostrzeżenia podpisane przez stosowego ministra informujące, że po spożyciu traci się prawa obywatelskie i naraża się na pobicie i znieważenie przez policje.

Prawie rok temu pewien poseł twierdził, że został pobity przez policjantów. Na początku zareagowałem standardowo. Skazałem zaocznie parlamentarzystę na wieczne potępienie za to, że był pijany, że się awanturował i po prostu pasował do tego, co myślę o wszelkiej maści politykach. Jednak gdy usłyszałem w telewizji jak rzecznik komendy stołecznej policji przekonywał, że poseł zachowywał się „agresywnie i wulgarnie, chciał wydawać policjantom polecenia” to uświadomiłem sobie, że ja takie oskarżenia słyszę od mundurowych wręcz standardowo.

Po tym, jak w mediach ujawniono nagrania z monitoringu sprzed roku, na których wyraźnie widać, że to nie poseł wszczął bójkę, ale został przez policję pobity – wybuchła afera. Jednak z reakcji większości polityków wynika, że to poseł był winny, bo był pijany. Tak jakby stan upicia prowadził do czasowego zawieszenia praw obywatelskich. Prokuratura i policja nadal twierdzą, że to poseł atakował funkcjonariuszy, a oni tylko odpowiednio zareagowali. To bardzo ciekawe stanowisko. Bo nawet sześcioletnie dziecko może zobaczyć na filmie jak było i z łatwością policzyć jak policjantka szesnaście razy uderzyła parlamentarzystę pałką, a gdy poseł przed razami starał się wyrwać, chwyta go za pasek i usiłuje zdjąć mu spodnie. A przecież policjantom nie wolno stosować pałek wobec osób stawiających bierny opór.

Warunkiem użycia środka przymusu bezpośredniego wobec określonej osoby jest uprzednie wezwanie jej do zachowania zgodnego z prawem. Czy słowa – jak relacjonuje parlamentarzysta – o tym, żeby spierdalał, można uznać za „wezwanie jej do zachowania zgodnego z prawem”? Na filmie z zajścia widać wyraźnie, że policjantka bije leżącego posła. Czy to jest użycie odpowiedniego do rodzaju zagrożenia środka przymusu bezpośredniego?

Medialne doniesienia o brutalności funkcjonariuszy polskiej państwowej policji są już codziennością. Co kilka dni można przeczytać czy zobaczyć w telewizji relacje o nadużyciu przez mundurowych władzy, przekraczaniu uprawnień czy łamaniu przez nich prawa. Jak powszechnie wiadomo nasz naród jest trunkowy, za kołnierz nie wylewa to i pewnie nie raz trzeba, i trzeba będzie, zbierać z ulic tych, co to nie dotarli do własnych domów z powodu zbyt dużego spożycia. Ale nie może być tak, że w konfrontacji z policją, zwykły obywatel prawie zawsze stoi na przegranej pozycji.

Zdarza się, że nawet jak ktoś jest w stanie wskazującym, ale spokojny i nieawanturujący się to i tak nie ma szans w przypadkowych kontaktach z władzą, bo zawsze, jeśli nawet jest ofiarą a nie napastnikiem, to koronnym argumentem przeciw niemu jest to, że był pijany.

W czasach słusznie dawno minionych policja, o przepraszam milicja, była przynajmniej z nazwy obywatelska. Teraz jest państwowa. I chyba to stanowi różnice. Teraz to uzbrojone formacje nadzorcze, stojące zdecydowanie ponad prawem i w sposób szczególny prawnie chronione. Czy dlatego że służą państwu, nie społeczeństwu? Gdzieś już dawno zatarły się proporcje. Chyba już nikt nie pamięta, że głównym zadaniem policji jest służba obywatelom. Nie może być tak, że naruszania praw obywatelskich dopuszczają się ludzie, których podstawowych obowiązkiem jest stać na ich straży. No chyba, że tak nie jest.

dziennik pesymistyczny

Statystyczne znikniecie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Choć już siódmy miesiąc spada wskaźnik bezrobocia, liczba osób, które podjęły pracę, jest mniejsza niż przed rokiem – przeczytałem na stronach gazety, której przyznaje, najczęściej nie czytam gdyż zajmuje się ona dziedzinami życia społecznego, które interesują mnie tylko w stopniu minimalnym czyli polityką, ekonomią lub gospodarką. W tej prasowej notatce nie to mnie zainteresowało, że już siódmy miesiąc wskaźnik bezrobocia sobie spada, ale to, że mimo tego iż statystycznie coraz mniej jest w naszym kraju ludzi bez pracy to jednak osób, które podjęły prace nie jest wcale więcej. To jakieś wielkie statystyczne znikniecie? Zapewne jest kilku znawców tematu, ekonomistów czy innych speców od gospodarki, którzy z łatwością wyjaśnią, dlaczego zniknęło tylu bezrobotnych, którzy nie pojawili się w statystykach jako pracujący, ale ja znalazłem własne wyjaśnienie. Nie musiałem długo szukać, bo w tej samej gazecie odkryłem notkę informującą o lawinowo rosnącej liczbie samobójstw w Polsce. Autor informował o tym, że samobójców mamy już niemal dwa razy więcej, niż ofiar wypadków drogowych. W samobójstwach tracą życie głównie mężczyźni, którzy już wcześniej coś stracili. Na przykład pracę, pozycję, pieniądze. Nie trzeba dużo oby skojarzyć fakty i wysnuć tezę, że ta zaginiona liczba obywateli, która zniknęła ze statystach bezrobotnych, a nie pojawiła się, jako statystyczni pracujący – po prostu nie żyje.

Według badań naukowców „polskich, zagranicznych i amerykańskich” najczęściej odchodzą z tego świata osoby które straciły pracę. Czyli znów pojawia się idealne dopasowanie. Stracili pracę, byli bezrobotni, przestali być bezrobotni, bo nie żyją. Nie podjęli pracy, bo odeszli z tego łez padołu. W naszym nowym kraju szczęśliwości, który od dwudziestu pięciu lat jest miejscem, w którym nowym bogiem stał się pieniądz, kariera i pozycja w społeczeństwie, coraz więcej osób nie wytrzymuje pogoni za szczęściem.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała statystyki dotyczące liczby samobójstw na świecie. Według danych tej instytucji, co roku życie odbiera sobie osiemset tysięcy osób – czyli co czterdzieści sekund ktoś popełnia samobójstwo. W wielu europejskich krajach to już najpowszechniej występująca choroba. Podobnie jest w Polsce, choć tu władza zdaje się kompletnie nie dostrzegać problemu. Fala samobójstw przybrała już rozmiary epidemii, ale tak jakby prawie nikt tego nie zauważał. Do tego dochodzą nerwice, lęki, depresja, wypalenie zawodowe, ale to nadal często nie są tak do końca w mniemaniu wielu urzędników „prawdziwe” choroby. Prawie dwadzieścia trzy procent Polaków może cierpieć na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne – jak wynika danych Komisji Europejskiej, ale spróbujcie pójść na chorobowe z powodu wypalenia zawodowego. Życzę powodzenia w przekonaniu na przykład urzędników ZUS-u, że jesteście naprawdę chorzy i należą się Wam gwarantowane prawem świadczenia.

Jak widać w naszym domu wolności, tej świątyni nowego ładu społecznego o dwudziestopięcioletniej tradycji nie ma miejsca dla osób słabszych, nieprzystosowanych czy zwyczajnie chorych. To kraj sukcesu, gdzie chorzy na depresje czy nerwicę psują pozytywny wizerunek ludziom sukcesu. Bo przecież statystycznie jest coraz lepiej, a tych, co już nie ma… no, po prostu nie ma. Zniknęli ze statystyki, ze spisu mieszkańców, wyborców czy bezrobotnych. Zostali wykreślani z listy podatników i świadczeniobiorców. Może to taka lekko sterowana przez bierność władzy selekcja naturalna? Kto wie, ważne że statystycznie żyje nam się lepiej.

Dane statystyczne za newser.com.

dziennik pesymistyczny

Myśli niespokojne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

1

Pływam w beznadziejności własnej egzystencji. W chaosie codzienności.  W ustawicznym stylu dowolnym zamiatam bezradnie łapkami w zimnej, mokrej, lepkiej rzeczywistości kolejnych dni, tygodni, miesięcy, lat. Staram się utrzymać na powierzchni. Przeżyć, nie utonąć. Być. Istnieć. A może zaistnieć? Nie, to już zabawa nie dla mnie. Jeszcze walczę. Jeszcze się staram. Ale coraz bardziej mam dość ciągłej walki o byt, o istnienie, o przetrwanie. Nienawidzę tego długiego marszu przez instytucje i urzędy. Tej biurokratycznej miernoty i ich ciągłego coś ode mnie chciejstwa. A może przestać wierzgać i spokojnie pójść na dno? Tak dla świętego spokoju. Ku zadowoleniu instytucji strzegących ładu społecznego.

2

Znudzenie. Dojmująca pustka. Samotność. Idę sam już nie wiedząc, dokąd i po co. Byle iść. Każdy krok to sekunda, więc idę wolno. Aby skrócić czas oczekiwania. Tak żeby nie dojść za szybko. Aby jeszcze przez chwile nie wrócić. Bo choć nadal tam mieszkam, to tak jakby mnie już tam nie było. Wszystko jest jednodniowe. Jednorazowe. Doczesne. Z krótkim terminem spożycia. Szybko psujące. Tymczasowe. Na chwile.

3

A jeżeli mnie już nie ma? Co wtedy? Może mnie się tylko to wszystko wydaje rzeczywistością? Może to tylko wytwór mojej wyobraźni?  Może wszystko co czuje, widzę i doświadczam sam sobie wywołuję? Może to ja jestem wielkim kreatorem otaczającego mnie świata. Bo przecież wszystko postrzegam przez siebie, to dlaczego nie mogę być centralną postacią? Może to ja tu zapalam i gaszę światło? To tylko od mojej woli zależy egzystencja wszystkiego co mnie dotyczy?

4

Czasem wydaje mi się, że mnie już tutaj nie ma. Choć oddycham, jem, chodzę, siedzę, czytam, pisze, oglądam czy śpię, choć to wszystko jest – to prawdziwego mnie w tym wszystkim już dawno nie ma. Snuje się ulicami bez większego celu. Idę wolno, bo nie mam do czego i dokąd się spieszyć. Wszystko wokół mnie gna na złamanie karku, a ja wolno, spokojnie w całkiem moim prywatnym tępię. Bo mnie z światem pośpiechu już nic nie łączy, bo mnie tu już nie ma. Lubię się tak zanurzać w ten ludzki nurt zabiegania. Lubię jak opływa mnie ludzki pośpiech. I choć wydaje mi się to tak idiotyczne, tak prymitywne to jednak nadal mnie to bawi na swój pokręcony sposób. Sprzedawcy w sklepach, ludzie na ulicach, w kawiarniach, w biurach, w autobusach, w parkach. Zanurzam się co dnia po kilka godzin w tym egzystencjonalnym pośpiechu. Czasem nawet wydaje mi się, że chcę czegoś chcieć, ale już po chwili wszystko na nowo staje się mi obojętne.

5

– Jesteś kapitanem swojego okrętu – słyszę często. No proszę i oto jestem. Tak jak wszyscy chcieliście. Dopasowałem się. Stoję dumnie w drewnianej bali pod narodową flagą dumnie powiewającą na maszcie.  Macham zawzięcie jednym wiosłem starając się wypłynąć na szersze wody życiowego sukcesu. Staram się nawet czasem zapomnieć, że nigdy nie trzeba zgadzać się z tłumem, nawet jeśli ma rację. Robię co w mojej mocy. Tak to ja, naprawdę staram się wpasować w społeczeństwo. Ale z jakiś powodów nie mogę tego zrobić. Tak było zawsze. Ja po prostu tu nie pasuje.

dziennik pesymistyczny

Nasi okupanci

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Od wczesnego lat młodzieńczych, od dzieciństwa prawie, miałem taką wdrukowaną w podświadomość niechęć do wszelkiej władzy. A już szczególną – miałem i mam – fobie na punkcie tych co mnie pouczają. Nie lubię, no wprost mnie trzęsie, jak ktoś mnie szkoli jak mam żyć narzucając mi swoje zasady moralne. Ale oczywiście ironia jest podstawą mojej egzystencji na tym łez padole. Zrządzeniem losu lub za sprawą siły wyższej urodziłem się, wychowałem i żyje w miejscu gdzie prawie każdy każdego poucza jak ma żyć. Do mistrzostwa w nauczaniu i nawracaniu na siłę doszli w kraju nadwiślańskim ludzie, którzy sami siebie zwą katolikami. Oni nie ograniczają się do życia według zasad własnej religii, oni muszą pouczać innych bo… bo inaczej się uduszą.

– Nie damy nigdy przyzwolenia na promowanie tak zwanych związków partnerskich. Nie godzimy się na stosowanie niemoralnej metody poczęcia dziecka, zwanej metodą in vitro – powiedział nie tak dawno pewien dziadyga. Cóż – pomyślałem – niech sobie chłopina żyje jak chce. Co prawda nie zauważyłem, żeby żył w związku rodzinnym jak sam nakazuje i naucza, tak po bożemu, z kobietą i z nią dorobił się gromadki dzieci, ale co tam, niech dziadkowi będzie. On nigdy nie da pozwolenia na związki partnerskie, choć sam od lat żyje wśród mężczyzn i nie wiadomo tak do końca jakie oni tam mają ze sobą związki, ale to jego sprawa nie moja. Pewnie nie partnerskie, tylko takie bardziej feudalne te ich związki, ale jak kto woli, niech sobie żyje jak chce. Ale okazuje się, że pan w śmiesznej czapce to mnie nie da pozwolenia, żeby sobie żył w konkubinacie. Co do siebie to on tam nie będzie stosował swoich zasad. On mnie chroni przed grzechem.

Starowinka, choć nie wiem czy kiedykolwiek ciurlał – jak mawiał pewien Szyszkownik – i pewnie (ale kto to może tak naprawdę wiedzieć) nie dorobił się potomka w zbożny sposób teraz postanowił umoralnić innych. Wpadł na pomysł żeby wyznać, że nie godzić się na „stosowanie niemoralnej metody poczęcia dziecka, zwanej metodą in vitro”. No i co? No i nic w zasadzie, bo przecież nikt staruszkowi nie każe od razu stosować takiej metody rozmnażania się. Niech sobie tam po staremu robi, co tam robi lub nie robi. Przecież go nikt siłą nie zmusza do metody in vitro. Ale po co się na siłę zabiera za nawracania tych, co dalecy są od jego poczucia moralności?

Takie słowa katolickich udzielnych władców tak naprawdę nie powinny mnie nic obchodzić. Przecież staruszek coś tam powiedział to swoich poddanych w wierze, oni do słów kapłana się zastosowali i od tego dnia nie dają przyzwolenia na związki partnerskie i nie korzystają z poczęcia dziecka metodą in vitro. Chcą tak żyć, wybrali taka drogę, proszę bardzo, niech sobie żyją jak chcą. I po sprawie. Ale nie, nie w Polsce, nie katolicy, oni nie odgraniczają się do stosowania zasad własnej wiary do samych siebie. Oni muszą pouczać innych. Na siłę wpajać, pouczać, zakazywać, nakazywać i karać. Bo przecież świat by przestał istnieć gdyby ktoś żył inaczej niż oni. Jak psy ogrodnika – same nie zeżrą, a innym nie dadzą.

Coraz więcej jest wokół mnie osób, które za wszelką cenę i na wszelkie sposoby pragną mnie uszczęśliwić na siłę. Fundamentaliści katoliccy dyktują mi, co jest sztuką a co nią nie jest. Mówią mi z kim mam wziąć ślub, w jaki sposób i gdzie to zrobić. Staruszkowie i mężczyźni, którzy nigdy nie mieli swoich dzieci pouczają mnie jak mam się ich dorobić. To jakiś obłęd. Czy ja im mówię, co mają czynić? Nie! To dlaczego mnie jakiś dziadek poucza. Po co rzymscy katolicy narzucają mi swój zabobonny ogląd świata. Oni wiedzą lepiej ode mnie, co mam oglądać, co czytać, czego słuchać? W myśl własnych przekonań zmieniają moje życie. Nakazują mi, co mam jeść i kiedy mam czegoś nie jeść, kiedy mam robić zakupy a kiedy mam tego nie robić. Postępują w myśl zasady – parafrazując słowa Szyszkownika Kilkujadka – my was będziemy tak długo kochać, aż wy nas wreszcie pokochacie.

– Gdziekolwiek wyłoni się paląca kwestia, w której ludzie głowią się i radzą, co czynić, aby na świecie było trochę lżej i trochę jaśniej, natychmiast wysuwa się złowroga czarna ręka i rozlega się grzmiący głos: „Nie pozwalamy! Nie wolno wam nic zmienić, nic poprawić. Wszystko musi zostać po dawnemu; niczego tknąć nie pozwolimy z gmachu ciemnoty i ucisku. Ktokolwiek chciałby ulżyć doli człowieka na ziemi, sprzeciwia się prawu Boga, sprzeciwia się woli bożej”- pisał w latach trzydziestych ubiegłego wieku Tadeusz Boy-Żeleński w książce „Nasi okupanci”. No i nic się nie zmieniło.

dziennik pesymistyczny

O wyższości sumienia nad prawem stanowionym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nigdy nie narzekałem na swoje sumienie. Jestem wręcz z niego bardzo zadowolony, ogólnie rzecz ujmując jestem z nim w zgodzie oraz uważam za dobrze uformowane. Jako obywatela państwa i jako ochrzczonego, w obu przypadkach nie z własnej woli ale jednak, bardzo uradowały mnie słowa pewnego arcybiskupa z dominującego w tym państwie kościoła, który był łaskaw zauważyć, że „gdy dochodzi do konfliktu między dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, obywatel ma zawsze prawo do sprzeciwu sumienia.

Jak już wspominałem powyżej jestem obywatelem i mam na to dowód osobisty, mam PESEL i inne numery i identyfikatory, które czynią mnie przynależnym do tego państwa. Jako osoba która we wczesnym dzieciństwie została ochrzczona siłą tego wydarzenia pozostaje do dziś rzymskim katolikiem. Od tego czasu  jakoś tak nie było kiedy to zmienić, a może z czystego lenistwa tak to wynikło, tak czy inaczej nigdy nie dokonałem aktu apostazji i teraz proszę, to że jestem obywatelem i katolikiem może się na coś przydać.

Z natury jestem marudny. Jestem wiecznie niezadowolony, w opozycji do wszystkiego. Jak mówią często moi bliscy mam taką anarchistyczną dusze. Zawsze coś mi się nie podoba, czegoś bym nie chciał, coś bym zmieniał, zawsze mam własne zdanie, które wielokrotnie nie jest zgodne z obowiązującą państwową linią, z państwowym prawem i ustalonym przez polityków porządkiem. I chociaż zawsze się sprzeciwiałem to nie stał za mną żaden autorytet, który popierałby moje buntownicze, zgodne z moim sumieniem, zapędy. Dlatego przyznaje, że wielką radość sprawił mi arcybiskup, który swym majestatem i swym autorytetem potwierdził to, co od zawsze wiedziałem. Już nie muszę się przejmować prawem. Już mogę w głębokim poważaniu mieć obowiązki. Teraz, gdy coś nie będzie zgodne z moim sumieniem mam pełne prawo a nawet obowiązek sprzeciwić się temu. Nie zawaham się postawić wyżej moich przekonań, zgodnych z moim sumieniem, ponad prawo stanowione. Jeśli w konflikt wejdzie prawo i sumienie, za radą arcybiskupa wybiorę zgodność z sumieniem.

Nie wiem, co na początku z wnerwiających mnie praw państwowych stanie w konflikcie z moim sumieniem. Jest przecież tego a tak dużo. No, na przykład zawsze denerwowały mnie za wysokie podatki. No to teraz, od dziś będę płacić tyle ile będę chciał, dokładnie tyle na ile pozwala mi moje sumienie. Przecież, jako Polak i katolik, mam do tego pewne prawo poparte słowami arcybiskupa. W zasadzie mogę odmówić wszystkiego tego, co nakazuje mi stanowione prawo i zawsze powołać się na niezgodność tych nakazów z moim sumieniem, ale może zacznę od drugorzędności. Niech tylko jakiś funkcjonariusz służb państwowych spróbuje mnie ukarać za spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym. Niech ja tylko dostane mandat zgodny z prawem za spożywanie, to jak nic odwołam się w sądzie do konfliktu między moim dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, bo jako obywatel i katolik mam zawsze prawo do sprzeciwu sumienia. Pije publicznie z godnie z sumieniem i w nosie mam prawo.

Jeśli lekarz, a teraz i nauczyciel mają prawo do stosowania „klauzuli sumienia” to dlaczego nie mogę na sumienie powołać się ja, szarak zwykły a jednak przecież obywatel? A czemu ja miałbym być gorszy od pana doktora czy pani nauczycielki? Mam przecież dobrze uformowane sumienie, więc jak nic mam prawo do stosowania sprzeciwu wobec praw stanowionych przez państwo.

Kierujący pracami Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup  uważa, że organy administracji państwowej „mają być bezstronne wobec światopoglądu”, nie mogą, więc „narzucać” im swojej wizji świata. I jak się tu z klecha nie zgodzić.  Arcybiskup powołuje się też na fragment z Katechizmu: „Obywatel nie jest zobowiązany w sumieniu do przestrzegania zarządzeń władz cywilnych, jeżeli są one sprzeczne z wymogami porządku moralnego, z podstawowymi prawami osób lub wskazaniami Ewangelii”.

No to oświadczam za radą arcybiskupa, że nie jestem zobowiązany, nie będę przestrzegał, za to będę do woli naruszał i nie szanował, gdyż to będzie zgodne z moim sumieniem. A co? Nie wolno mi? Sam arcybiskup do tego mnie namawiał.