Uciekając przed ulotkami
Na centralnej ulicy mojego prowincjonalnego miasta trwa od lat zabawa w berka miedzy rozdającymi ulotki reklamowe a tymi, którzy je potencjalnie powinni dostać, czyli każdym przechodniem. Ulotkowy rozdawacz goni delikwenta po chodniku chcąc wręczyć mu to, co tam ma a przechodzień nie chcąc być obdarowanym niechcianą ulotką stara się go unikać. Złapanym jest ten, któremu ulotka zostanie wręczona, jest on berkiem i za karę musi teraz coś z tą niechciana ulotka zrobić. Czyli albo upuścić ja tam gdzie się stoi, wrzucić do kosza na śmieci lud zabrać z sobą aby ją gdzieś tam wyrzucić.
Główna ulica mojego prowincjonalnego miasta jest długa. Tych co rozdają ulotko-reklamy na ulicy czyha tam kilkudziesięciu. Każdy kto chce przejść główną ulice od początku do końca musi sobie przygotować specjalna torbę na ulotki reklamowe. A już na pewno się ona zapełni, jeśli będziemy zmuszeni do krążenia po ulicy chodząc tam i powrotem. Wtedy dostaniemy nawet kilka razy tą samo ulotkę.
Jest kilka postaw przechodniów względem rozdających ulotki. Jedna to taka postawa, nazwijmy ją umownie miłosierną. Jej zwolenniczką jest moja koleżanka. Ona zawsze zabiera ulotki. Jeśli nawet ulotka dotyczy nowej szkoły policealnej czy kredytu za półdarmo to ona grzecznie ją chowa do torby. Nawet jak dostaje ją siódmy raz z rzędu to zawsze grzecznie za nią podziękuje, ulotkę zabierze by następnie bez czytania wyrzucić ją do śmieci. Moja koleżanka po prostu wie jak to jest stać z ulotkami reklamowymi na ulicy. Ile Ci ludzie dostają za swoja pracę pieniędzy i rozumie, że nie jest to łatwy kawałek chleba. I trudno się z taką postawą nie zgodzić.
Druga postawa, która reprezentuje mój przyjaciel to taka, że się po prostu za ulotki dziękuje nie biorąc ich od rozdającego. Mój przyjaciel uważa, że takie marnotrawstwo papieru na ulotki reklamowe, które w dziewięćdziesięciu procentach swego nakładu trafiają od razu bez czytania do śmieci lub się śmieciami stają leżąc na chroniku to skandal. Nie chce on mieć z tym procederem nic wspólnego i dlatego tych ulotek od rozdających nie przyjmuje. Ale nie każdy jest taki asertywny jak on. Choć oczywiście i taką postawę można zrozumieć.
Trzecia możliwość nie posiadania ulotki to ucieczka przed rozdającym. Przyznam się, że sam jestem zwolennikiem tej metody. Jednak, gdy się zagapię i przede mną nagle wyrasta pani z ulotką reklamową w dłoni to czasami biorę ulotkę, jeśli to nie jest mój dzień asertywności lub mówię, że już taka mam, jeśli mam ochotę na walkę kontaktową z otoczeniem. Czyli ja łącze w zasadzie dwie poprzednie metody nie dodając do nich ideologii moich przyjaciół i kolegów.
Jednak najbardziej zadziwiająca w sprawie ulotek jest ta głęboka wiara firm, które ta metodę reklamy wykorzystują. Głęboka wiara w to, że to ma jakiś sens. Że ktoś w ogóle to, co oni za swoje pieniądze drukują na papierze i następnie rozdają na ulicy, przeczyta. Moim zdaniem nie trzeba przeprowadzać wielkich i kosztownych analiz marketingowy takiej metody promocji żeby zobaczyć, że ponad dziewięćdziesiąt procent ulotek rozdanych na ulicy można potem znaleźć w koszach na śmiecie lub w rynsztoku. Każdy, no prawie każdy, kto ulotkę zabiera od rozdającego natychmiast bez czytania ją zgniata w kulkę i wyrzuca.
Najgorsze w tym interesie śmieciowym jest to, że nikt na taką działalność nie wydaje zezwolenia. Na sprzedaż kwiatów na ulicy trzeba mieć pozwolenie od miasta a na rozdawanie ulotek i de facto zaśmiecanie przez to ulicy nie trzeba. Nikt nie ściga firm, które się w ten sposób promują zaśmiecając nasze miasta. To najtańsza, ale i najbardziej nieskuteczna forma reklamy. Najbardziej czasochłonna i najbardziej zaśmiecająca chodniki. Więc, po co? No chyba, że jest to jakaś forma działalności charytatywnej dającej ludziom prace, choć za marne grosze ta praca, ale zawsze prace. Jeśli tak, no to niech będzie. Mogę się tak nadal ganiać po chodnikach uciekając przed rozdającymi ulotki brnąc w nieprzeczytanych ulotkach po kostki.
