czemuś głupi – boś biedny
Swoje rozważania zacząć muszę od podziękowania mojemu koledze Pavvlowi za zaproszenie do swojego bloga. Z kolegą Pavvlem łączy mnie nie tylko pesymizm i kilka innych poglądów na życie, ale także zainteresowanie naszym „prowincjonalnym miastem”.
I tu dochodzę wreszcie do wątku, któremu tekst ten ma być poświęcony. Obserwując moje miasto z przyjemnością stwierdzam, że osiedla powoli zmieniają się z szarych blokowisk we w miarę barwne skupiska, przypominające klocki, jakimi mogłoby się bawić dziecko jakiegoś olbrzyma. Oczywiście każdy remont jest godzien pochwały, ale i większości z nich można coś zarzucić. A to nowe drzwi, w których jedyna mała szybka jest umiejscowiona akurat wzdłuż klamki, prosząc się aż, żeby stłukł ją jakiś przedstawiciel lumpen proletariatu i bez problemu nacisnął klamkę od wewnątrz. A to klatka schodowa zupełnie przy remoncie zignorowana. A to wzory i kolory elewacji wywołujące nadwrażliwość zębów.
Są jednak nieruchomości, które wyróżniają się spośród innych wyremontowanych jedną wspólną cechą. Racjonalnością. Darmo szukać na ich błękitnych elewacjach pomarańczowych i malinowych rombów! Nie wiem, czy można w nich natrafić na cuchnące uryną klatki schodowe, bo wstęp do tychże jest skutecznie uniemożliwiony obcym. W przypadku kamienic, czy innych budynków z dziedzińcami, spotykamy nowe piękne bramy z domofonami. Zdarzają się też rabatki i ogródki.
Coś jeszcze łączy te właśnie, zadbane budynki. Gustowny napis „Wspólnota mieszkaniowa”. Jakiś czas temu uderzył mnie fakt, że co zwróciłam uwagę na naprawdę fajnie odnowiony budynek, okazywał się własnością wspólnoty, a nie spółdzielni mieszkaniowej.
Jako lokatorka tej ostatniej od razu poczułam podwyższone ciśnienie krwi. Dlaczego od 30 lat elewacja w moim bloku się nie zmienia? Tzn. wprost przeciwnie – blaknie i jest coraz bardziej brudna. Dlaczego od trzydziestu lat nie widziałam na moim czwarty piętrze człowieka z mopem i wiaderkiem? Myślę o tym zawsze, kiedy sama myję klatkę schodową. Zastanawiam się, wycierając pot z czoła, za co płacę 350 złotych miesięcznie?
Z tego wszystkiego postanowiłam dowiedzieć się, co trzeba zrobić, żeby uwolnić się spod władzy spółdzielni. Otóż mieszkańcy mogą podjąć taką decyzję, jeśli suma ich udziałów w nieruchomości jest większa, niż suma udziałów spółdzielni. Jednym słowem im więcej lokatorów mogło sobie pozwolić na wykup mieszkania, tym większa szansa na wspólnotową samodzielność. Po raz kolejny zatem sprawdza się porzekadło „czemuś głupi – boś biedny”.
Nie sądzę, żeby biedni byli kolejni prezesi mojej spółdzielni, odwoływani na ogół w atmosferze skandalu, po wyjściu na jaw malwersacji. Ale oni pewnie nie mieszkają w żadnej spółdzielni, tylko gdzieś w wypasionej willi, to skąd mogli znać bolączki szarego spółdzielcy?

