Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Zapraszamy Państwa na SALE

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 

 

 

Moje miasto to może i prowincja, ale nie widać tego, jeśli sądzić po witrynach sklepowych. Co prawda nie zobaczymy w nich kreacji od znanych projektantów mody, ale za to możemy przeczytać ogromniaste plakaty informujące, że w sklepach za tymi witrynami są… SALE. I to minus siedemdziesiąt procent lub pięćdziesiąt procent. Taka moda napisów w języku angielskim jakby sam napis miał sprawić, że sklepik staje się od razu ciekawszy a towar w nim lepszy.

 

No chyba, że naprawdę chodzi tu o polskie znaczenie słowa sale, choć w sklepach i butikach nie spotkamy wielgachnych sal balowych czy ogromniastej przestrzeni jakby sugerował napis. Już bardziej sprawdza się tu zestawienie z procentami, bo może chodzi tu o to, że kiedyś to i ta placówka handlowa miała wielką powierzchnie a teraz to te sale ekspozycyjne są o siedemdziesiąt procent mniejsze. Ale jeśli tak to gdzie tu potrzeba reklamowania tego faktu?

 

Dobrze, wiem, że chodzi tu tylko o to żeby było tak po europejsku, bo przecież nie można tak prowincjonalnie po polsku, że w sklepie jest wyprzedaż. Jak się da na cała witrynę, że są SALE to od razu jest jakoś tak światowo. A może właściciele sklepów uwierzyli, że klientami sklepów są w większości ludzie, którzy nie władają naszym pięknym językiem i jak nie walnie się od frontu napisu SALE to sklep od razu splajtuje, bo te tłumy ludzi, co to tylko angielskim się posługują nijak nie zobaczą, co tam w tym sklepie jest dla nich z rabatem siedemdziesiąt procent.

 

Ja wiem, że sklepikarzy mogą zmylić te obce rejestracje na ulicach mojego prowincjonalnego miasta. Bo po inwazji samochodów z niemiecką rejestracją kilka lat temu teraz coraz częściej pojawiają się pojazdy z angielską rejestracją i kierownicą po prawej stronie. Tu może być przyczyna tego owczego pędu ku angielskim napisom. Bo może kupcy naprawdę uwierzyli, że większość klientów ich sklepów stanowią turyści z wysp brytyjskich oraz europejczycy władający językiem angielskim. I że jak nie będzie tego SALE na witrynie sklepowej to po prostu nikt nie zawita na zakupy bo tego polskiego napisu wyprzedaż za nic nie zrozumie.

 

Już poeta Mikołaj Rej pisał, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Ale pisał to dawno, w epoce renesansu i teraz to są całkiem inne czasy. Teraz to już nawet nie bardzo wypada mówić po polsku teraz to jak się nie zasunie w jednym zdaniu z dwóch wyrazów po angielsku to jakoś tak dziwnie. Jakiś taki jest człowiek w oczach innych mało światowy, mało europejski. A swoją droga ciekawe czy przeciętny Brytyjczyk wie, co znaczy słowo wyprzedaż tak jak my znamy i rozumiemy angielskie słowo SALE.

 

Ja wiem, że nie da się zatrzymać inwazji obcych słów do języka polskiego. Ja też przecież w barze szybkiej obsługi nie zamówię bułki z kotletem mielonym, serem oraz z przecierem pomidorowym. Lecz raczej hamburgera z keczupem.  Ale to SALE w sklepach i inne brednie po angielsku są już nie do przyjęcia.

 

Na koniec przypomnę urzędnikom magistratu w moim prowincjonalnym mieście oraz nie tylko im, że nadal obowiązuje w Polsce ustawa o języku polskim uchwalone przez polskie parlament w 1999 roku. A jeśli zawodzi urzędnicza pamięć to przypominam artykuł. 9.1. tej ustawy: Napisy i informacje w urzędach i instytucjach użyteczności publicznej( to właśnie sklepy), a także przeznaczone do odbioru publicznego oraz w środkach transportu publicznego sporządza się w języku polskim. A jeśli tak to czy nie można by tak było egzekwować prawa? I żeby w sklepach były znów wyprzedaże a nie SALE.