Pocztowa beznadzieja
Poczta Polska powinna nad wejściem do swych placówek umieszczać słowa Dantego z Boskiej Komedii – Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. Bo naprawdę nie ma nadziei dla tych, którzy muszą korzystać z usług polskiego dominanta na rynku pocztowym.
Właśnie dostałem wczoraj list, który wysłał do mnie kolega pięć miesięcy temu. Przeważnie takie przesyłki podróżowały do mnie tydzień lub dwa, choć Poczcie zdarzały się też rekordy takie jak trzydniowy termin doręczenia, ale ta feralna przesyłka pobiła normę dwutygodniową i gdy już porzuciłem wszelką nadzieje nagle zjawiła się u mnie w skrzynce na listy. Pomyślałby, kto że jeśli już Poczta Polska nie jest szybka to przynajmniej dokładna, bo jednak mimo kilku miesięcznego spóźnienia list jednak dotarł. Ale nie wiem jak w tym wypadku traktować przesyłkę, którą wysłał mój znajomy do mnie trzy lata i dwa miesiące temu i która dotychczas do mnie nie dotarła. Czekać z nadzieja czy ją porzucić?
Ciekawym doświadczeniem jest dostanie listu z rachunkiem, w którym jest termin płatności mijający na przykład tydzień wcześniej licząc od daty doręczenia przesyłki. Już kilkukrotnie zwracałem uwagę rożnym instytucjom, że mimo pracy nad sobą nie posiadam nadal umiejętności przenoszenia się w czasie i nie dam rady zapłacić na czas rachunku, gdy Poczta Polska dostarczy mi go z tygodniowym opóźnieniem od daty ostatecznego terminu płatności zapisanym w wyliczeniu.
Ale według mnie najciekawsza w Polsce jest głęboka wiara instytucji państwowych w tym sądów, w skuteczność i terminowość Poczty Polskiej. Bo jeśli na przykład mamy dostać wezwanie do sądu na rozprawę to jest one wysyłane listem poleconym na nasz adres. A gdy nas nie ma w domu, bo powiedzmy jesteśmy na delegacji lub na urlopie to awizo z poczty oczekuje na nas odpowiedni czas i jeśli nie podjęliśmy przesyłki w terminie jest ona zwracana sądowi. I tak zgodnie z polskim prawem instytucja państwa przyjmuje, zatem, iż dla skuteczności doręczenia wezwania sądowego istotne jest tylko czy obywatel miał możliwość zapoznać się z wezwaniem, a nie to czy faktycznie się z nim zapoznał. I jak to znacznie ułatwia pracę instytucjom państwa. Nie trzeba jak ci dziwaczni amerykanie, którzy muszą doręczać osobiście wezwań do sądu. U nas wystarczy je wysłać… i już. Jeśli nawet nie będzie awizo w naszej skrzynce, bo w niewyjaśnionych okolicznościach zaginie, jeśli nawet list do nas nie dotrze, bo zaginie na poczcie to i tak jak wysłano to mamy się domyślić i w sądzie się stawić.
To samo dotyczy mandatów wystawianych przez na przykład Straż Miejską za przekroczenie prędkości. Mandat jest do delikwenta wysyłany pocztą i nawet jak przyjdzie do nas w końcu dzięki uprzejmości poczty, to termin płatności mandatu wynosi siedem dni. Więc sprawa wygląda w skrócie tak: strażnik wystawia mandat, następnie wysyła go pocztą, potem my jesteśmy akurat w domu i od razu płacimy za ten mandat i to wszystko w tydzień! Oj głęboka jest wiara polskich organów władzy w szybkość i skuteczność Poczty Polskiej. A jeszcze jedna uwaga, niech wam nie przyjdzie do głowy płacić mandatów na Poczcie, ma ona, bowiem zgodnie z tym, co usłyszałem w okienku pocztowym, aż dwa tygodnie na przesłanie naszych pieniędzy na wskazane przez nas konto. Więc tym bardziej nie ma nadziei na terminowość.
