Ja tu widzę niezły burdel!
Zapewne większość czytelników pamięta zdanie, które zawarłem w tytule z komedii Stanisława Barei Seksmisja. U mnie na prowincji może nie ma takiegu burdelu w sensie bałaganu jak w filmowym Genetix czy Archeo. Ale jeśli coś u mnie w mieście zasługuje na miano „niezły burdel” to na pewno sytuacja w magistracie gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęły z wydziału komunikacji urzędu miejskiego akta rejestracyjne dwóch skradzionych samochodów.
Ciekawa sprawa z tym zaginięciem dokumentów. Bo jeśli to przestępca włamał się nocną porą do urzędu i w swej przestępczej działalności osiągnął szczyty kryminalnego kunsztu znane mi tylko z filmów kryminalnych to znaczy, że nie są bezpieczne teraz żadne przechowywane tam dokumenty. Więc nie ma pewności, że bezpieczne są na przykład moje dane osobowe przechowywane w archiwach urzędniczych? Jeśli takie jest wyjaśnienie tej sprawy to, dlaczego nie mogę sobie przypomnieć żadnego doniesienia prasowego na temat włamania do magistratu. Przecież to nie możliwe żeby taką sprawę utrzymano w tajemnicy przed dziennikarzami. A i więc to jednak nie może być rozwiązaniem zagadki.
Przyszło mi do głowy nowe wyjaśnienie. Może to jakiś wyjątkowo bezczelny przestępca w biały dzień sforsował zabezpieczenia, z podrobionym certyfikatem bezpieczeństwa wydanym przez MSWiA ominął strażników, upodobnił się tak do urzędniczej braci i zupełnie niezauważony przez nikogo dostał się do pomieszczeń archiwum wydziału komunikacji. Tam odnalazł dokumenty, które mu były potrzebne a następnie przez nikogo niezatrzymywany opuścił urząd miejski. Scenariusz jak z powieści sensacyjnej. I jak by się okazało, że to jednak prawda to faktycznie w magistracie mojego miasta panuje niezły bałagan.
A może jest bardzo przyziemne rozwiązanie tej kryminalnej zagadki. Może to mało zarabiający urzędnik miejski skorumpowany przez organizację przestępczą dokonał zaboru akt rejestracyjnych dwóch kradzionych aut. Ale jak donosi lokalna prasa to też jest błędne założenie. Prokuratur Rejonowy dla mojego prowincjonalnego miasta prowadziła do niedawna bardzo wnikliwe postępowanie, które miało wyjaśnić czy doszło do celowego usunięcia dokumentów. Jednak okazało, że sprawę musiano umorzyć ze względu na niewykrycie sprawcy.
Tak, więc najlogiczniejszym rozwiązaniem, dla zagadkowego zaginięcia akt wydaje się wersja zwykłego zaniedbania, czyli po prostu bałaganu czy jak kto woli niezłego burdelu w tym moim magistracie. Czyli pewnie akta rejestracyjne samochodów przez przypadek zostały wyrzucone, może leżą sobie spokojnie pod szafą, może wylała się na nie kawa? Nikt tego nie wie, bo po prostu wyparowały. Aż mnie zmroziło, że można tak beztrosko podchodzić do dokumentów, nie ma ich i już. Gdzie zaginęły? Nikt nie wie? Czy zostały skradzione może, ale i tak nie wiadomo, kto to zrobił? Czyli nikt nic nie wie. Taki bajzel.
Rozbawiła mnie wypowiedz urzędniczki z biura prasowego urzędu, którą przeczytałem w prasie. Według jej słów magistrat zatrudnił dodatkową osobę, która będzie zajmowała się wydziałowym archiwum. Urząd nie wyklucza, że zostanie zatrudniona nawet kolejna osoba do pracy w archiwum! Czyli do tej pory, co tam było? Nikt tam nie pracował? Dokumenty odkładano na stertę? Jeśli tak to jasne, że zaginęły. Urzędniczka zapewnia też czytelników gazety, że wkrótce gotowa będzie dodatkowa instrukcja dotycząca korzystania z dokumentów i postępowania z nimi. A więc możemy spać spokojnie, iż nic grozi dokumentom, bo jest odpowiednia instrukcja.
