Monthly Archives

24 Articles

dziennik pesymistyczny

Szafa prawdy rodem z Misia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

  

 

 

Władze mojego prowincjonalnego miasta już wielokrotnie swymi działaniami i pomysłami udowodniły jak wielka jest ich fascynacja filmem Miś, w reżyserii Stanisława Barei. Dotychczas jednak ten zachwyt rozwiązaniami życia społecznego, pokazanymi we wspomnianej wyżej komedii ujawniał się tak jakby po kryjomu, był taki tylko sugerowany, jakby nieśmiały, ale teraz magistrat postanowił wyjść z podziemia niedomówień i już bez owijania w bawełnę pokazać, na co go stać i kto tu jest prezesem klubu… o przepraszam Prezydentem miasta.

 

Czasem, faktycznie aż oczy bolą patrzeć jak się przemęcza dla naszego miasta, Prezydent Andrzej oraz jego urzędnicy… W centrum miasta przed urzędem miejskim staraniem urzędników stanęła szafa. Jako żywo przypominająca swój pierwowzór z komedii Stanisława Barei. Wielka, drewniana skrzynia ozdobiona naklejkami promującymi miasto, nie jest może aż tak ozdobna jak ta z filmu Miś, ale za to swoją siermiężnością bardziej oddaje klimat czasów filmowego pierwowzoru. Funkcję spełnia też  podobną jak szafa z klubu sportowego Tęcza.

 

Teraz każdy obywatel, jeśli chce przekazać anonimowo jakąś krytyczną uwagę o władzach miasta, o pracy urzędu, złożyć skargę, lub coś pochwalić, a urzędnika magistratu lub Prezydenta miasta akurat nie ma w pobliżu, może w każdej chwili przyjść i nagrać co mu leży na wątrobie. By zarejestrować wypowiedź, nie trzeba wcale wchodzić do szafy. Bo przecież każdy ma prawo zaprezentować swoje poglądy publicznie i nie ma potrzeby chowania się z nimi do jej wnętrza mebla. Mikrofon dla wygody umieszczony zastał na zewnątrz. Po prostu obywatel idący ulicą, który nagle poczuje przypływ troski o swoje prowincjonalne miasto i chce się wypowiedzieć, a  nie chce przeszkadzać w pracy urzędnikom, teraz ma w końcu możliwość niczym nieskrępowanej swobodnej wypowiedzi. Obywatel staje przed skrzynią, naciska zdecydowanie przycisk znajdujący się tuż przy drzwiach szafy i przez trzydzieści sekund może całkiem bez ograniczeń wypowiedzieć to, co myśli o Prezydencie, o władzy czy ogólnie o swoim mieście. Jego wypowiedź będzie rejestrowana, a zebrane w ten sposób opinie zostaną uwzględnione podczas prac nad strategią rozwoju miasta.

 

I nie warto w tych wypowiedziach do szafy, uosabiającej powagę władzy samorządowej, kadzić, kłamać, upiększać czy przeklinać. Choć szczerość to u nas zdecydowanie norma! Należy jedynie pamiętać, że najciekawsze opinie w nagrodę dla ich twórców zostaną zamieszczone na specjalnej stronie internetowej. Jeszcze nie zdecydowano w magistracie czy pod uwagę w konkursie na najciekawszą wypowiedź do szafy będzie decydować jej forma, czyli na przykład piosenka czy melodeklamacja. Jedno jest pewne, urzędnikom w tej akcji chodzi tylko o dobro naszego klubu… o przepraszam miasta.

 

Przed urzędem miejskim ostatnimi czasy, staraniem władz miasta powstał wielki pusty plac. Wieść gminna niesie, że podobno na jego środku ma stanąć ogromny słomiany pomnik Jaśnie Nam Panującego Prezydenta Miasta. Jest to wielce prawdopodobne, znając zamiłowanie urzędników magistratu do wszelkich pomników stawianych w moim mieście na masową już prawie skalę. Będzie to podobno słomiany monument odpowiadający żywotnym potrzebom całego grodu. Pomnik na skalę miejskich możliwości. My, mieszkańcy miasta na prowincji tym pomnikiem otworzymy oczy niedowiarkom. Patrzcie – powiemy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to będzie pomnik społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu.

 

I po co jest ta szafa przed urzędem, przy której dotychczas jakoś nie widać kolejki nowych Jarząbków. I po co miałby być ten wymyślony tym razem przeze mnie słomiany monument – nikt nie wie po co, więc pewnie magistrat myślał, że nikt o to nie zapyta.

dziennik pesymistyczny

Wielka wojna z zimnolubnymi lokatorami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

 

Kiedyś bardzo popularna idea pewnego brodatego filozofa, co to dziś nie jest już tak bardzo popularny zawierała się w słowach: „od każdego według jego siły, każdemu według jego potrzeb” – zrealizowała się ona z pewnymi modyfikacjami dopiero w czasach polskiego kapitalizmu.

 

Na obrzeżach mojego prowincjonalnego miasta jest wielkie osiedle mieszkaniowe. Tam w blokach z wielkiej płyty dawne słowa filozofa stały się ciałem a raczej ciepłem.  Lokatorzy spółdzielczych bloków w tym i moja koleżanka właśnie otrzymują rozliczenia opłat za dostarczane do ich mieszkań ciepło i po raz pierwszy wystawiono im te rachunki na podstawie wskazań uzyskanych z nowych elektronicznych podzielników. I co się okazało? Okazało się, że już nie można we własnym domu oszczędzać na cieple, bo jeśli ma się w domu osiemnaście stopni na termometrze to spółdzielcza administracja osiedla doliczy nam do rachunku domiar żeby wszystkich wyrównać do jednego poziomu.

 

Czyli dokładnie tak, że jeśli prezesom osiedla wydaje się, że ktoś ma siły płacić za ciepło powiedzmy czterysta złotych, to czy będzie oszczędzać chcąc obniżyć koszty do trzystu złotych, to mu się i tak dowali domiar, bo przecież w jego siłach i możliwościach leży zdaniem administracji wyższa opłata za ciepło. Czyli od każdego według jego możliwości. Ale jeśli ktoś pragnie afrykańskich upałów, powiedzmy do czterdziestu stopni to spółdzielcze władze też nie widzą przeciwwskazań. Można grzać do woli i za to zapłacić sporo, jeśli ma się takie potrzeby. Wiadomo, każdemu według jego potrzeb. Choć oczywiście z ograniczeniem, że dotyczy to tylko tych zdecydowanie ciepłolubnych lokatorów. Bo do tych z zimnego chowu odnosi się pierwszy człon myśli filozofa.

 

Tłumaczenie zarządu spółdzielni osiedla, na którym mieszka moja koleżanka jest takie, że nie można dopuścić do sytuacji, w której jakiś lokator siedzi we własnym mieszkaniu w puchowej kurtce oraz czapce uszatce lub grzeje się kosztem sąsiadów zza ściany, którzy nie zakręcili kaloryferów. Ja rozumiem, że technika wielkiej płyty nie pozwala na intymność, ale ta zasada przenikania ciepła przez ściany jest nader rewolucyjna.  Drugim argumentem na temat stosowanych praktyk spółdzielni ma być ochrona mieszkań lokatorów przed degradacją ze strony samych mieszkańców. Podobno zdarzały się wypadki hodowli grzybów na ścianach z powodu zimna. Logika jest tu taka, że wszyscy ci, co nie mogą płacić, bo ich nie stać, i ci, co nie płacą, bo nie kochają po prostu afrykańskiego ciepła muszą płacić po równo, bo taka jest przyjęta przez zarząd spółdzielni mieszkaniowej norma. Tylko patrzeć jak po osiedlu zaczną wędrować zimą patrole z administracji sprawdzające, czy wszyscy mają włączone kaloryfery i zamknięte okna.

 

Do niedawna jedynie wyrażałem współczucie i pocieszałem moją koleżankę, którą za jej oszczędność i zamiłowanie do niskich temperatur pokarał administrator spółdzielczego osiedla wysokim domiarem. Ale wczoraj zamontowano u mnie w domu takie same podzielniki ciepła, więc mam obawy, że i u mnie może być problem, bo ja też jestem z tych, co chcą mieć w domu chłodno, choć nie zimno.

 

Czy moja administracja też wpadnie na pomysł podobny do zarządców osiedla mojej koleżanki i uzna, że stać mnie na większe opłaty niż te, które opłacę za ciepło w ramach oszczędności i z wyboru? Na razie nie wiem, bo u mnie zarząd osiedla stosuje inne zasady z podstawową, że o niczym się nikogo nie informuje, a jeśli lokator chce coś wiedzieć, na przykład o nowych zasadach rozliczeń za ciepło to może zapytać lub najlepiej napisać list z pytaniem i spokojnie czekać na odpowiedź. Napisałem i teraz czekam odpowiedzi mając jednocześnie nadzieję, że otrzymam ją przed pierwszym śniegiem. 

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Pracownicy na zakupach w samo południe

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 13

Dziś nie wstałem jak zwykle wczesnym rankiem, lecz pozwoliłem sobie na lenistwo do dziewiątej. Zwlekłem się leniwie z łóżka, niespiesznie dokonałem niezbędnych ablucji, zjadłem śniadanie i zamiast udać się, jak co dzień do pracy wyruszyłem na zakupy. Licząc, że w środę w południe to raczej samotnie i niespiesznie uzupełnię w sklepie to wszystko, czego już w domu nie mam.

 

Pamiętając, jakie gromy spadły na moją głowę, gdy kiedyś napisałem, że ogromnie denerwuje mnie sprzątanie sklepów przez ich personel na trzydzieści minut przed zamknięciem. Tym razem zgodnie z sugestiami niektórych moich Czytelników postanowiłem udać się na zakupy rano i poświęcić na nie cały dzień. Aby nie okazać się jednak zbytnim natrętem zdecydowałem się na wizyty w sklepach nie zaraz po ich otwarciu, lecz tak po jedenastej oraz postanowiłem pozostać na zakupach na tyle długo żeby nie przeszkadzać w ich sprzątaniu, czyli opuścić je w godzinę przed ich zamknięciem.

 

Należy zaznaczyć że dziś miałem dzień wolny od pracy. Mój przełożony okazał się ludzkim Panem i zezwolił mi na jeden dzień przerwy z moich codziennych korporacyjnych obowiązkach. Co prawda coś tam wspominał o tym, że jest sezon i że sprzedaż kuleje, i kuleć będzie jeszcze bardziej, gdy mnie ten jeden dzień nie będzie, ale gdy już miałem użyć argumentów ostatecznych o zaległych trzech tygodniach urlopu… nagle miał przypływ zrozumienia i zgodził się żebym miał ten swój jeden dzień wolności.  

 

Specjalnie na zakupy wybrałem dzień w środku tygodnia naiwnie myśląc, że jak zjawię się w centrum handlowym w środę po jedenastej rano to nie spotkam tam zbyt wielu współobywateli mego prowincjonalnego miasta robiących zakupy. I tu przeżyłem wielkie rozczarowanie. Widocznie nie tylko ja miałem dziś dzień wolny, bo w centrum handlowym było dokładnie tyle samo kupujących, co w sobotę czy niedzielę. No dobrze przesadzam, było ich ciut mniej, ale nie na tyle mniej żeby zrealizowała się moja wizja spokojnej przechadzki w pustawym sklepie oraz braku kolejek do kas.

 

A tu proszę, albo wszyscy wpadli na ten sam pomysł dnia wolnego przeznaczonego na zakupy albo, te rządowe opowieści o tym, że jest w Polsce dwudziesto procentowe bezrobocie to jakiś mit. Bo w porównaniu do soboty, wolnej ustawowo, frekwencja w sklepach nie zmniejszyła się w stosunku do pracującej środy do tych dwudziestu procent, co to legalnie nie w pracy choćby pewnie chcieli.

 

Oczywiście już widzę komentarze o tym, że przecież w tych centrach handlowych to jeszcze i emeryci, i renciści taki tłum stanowią pomieszani z tymi, co na bezrobociu. Ale sądząc po wieku to albo to czterdziestoletni emeryci mundurowi, tak tu w moim mieście obrodzili albo opieka medyczna stoi w naszym kraju na bardzo dobrym poziomie. Na o wiele większym niż to się Pani minister od zdrowia wydaje. Bo jeśli to renciści i emeryci to w przytłaczającej większości jacyś tacy żwawi i w sile wieku, czyli w okresie produktywnym. I zdolni do ciężkiej pracy sądząc po pchanych przez siebie wyładowanych po brzegi wózkach z zakupami.

 

Więc jak u licha oni tak w tych sklepach te zakupy jak ja w tym czasie w pracy? Ja rozumiem, że można się wyrwać na chwilę, bo bułeczkę czy coś innego na ząb jak się akurat przejeżdża obok centrum handlowego i szybko z powrotem do pracy, ale jakoś tak nie widziałem żeby ktoś po tym sklepie biegał gnany obowiązkiem najszybszego powrotu do pracy. Raczej wszystko odbywało się w spokojności i dostojeństwie.

 

Tak, wiem jeszcze matki z dziećmi, co to na urlopach wychowawczych oraz młodzież szkolna, co to po lekcjach, ale oni też raczej byli promilem w tłumie zakupowiczów obserwowanych przeze mnie w środę wczesnym popołudniem. A może to jakaś zmianowość powróciła do łask po latach przerwy i teraz te wszystkie urzędy, zakłady pracy i przedsiębiorstwa nic tylko na trzy zmiany. Ale jak tak rozmawiam ze znajomymi to raczej wszyscy od rana to popołudnia w pracy… więc skąd te tłumy w sklepach w godzinach pracy większości?

 

Na końcu tylko wspomnę, że ja o tych pracujących, co to nie pracy a na zakupach, tak z zacięcia obserwacyjnego a nie z czystej jakiejś złośliwości. Po prostu ja też bym tak chciał spokojnym krokiem przechadzać się w południe, w środku tygodnia po galerii handlowej a nie pracować przy biurku. Ale może ja za dużo pracuję, żeby to mieć czy jakby wołałby zapewne mój przełożony, za mało żeby taki stan osiągnąć. Sam już nie wiem. 

 

dziennik pesymistyczny

W trzydziestym dziewiątym miałam 13 lat

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdy pamięta czas, który przeminął inaczej, dla każdego ważna jest najbardziej jego własna perspektywa, z której patrzył na otaczający go wówczas świat. Jeśli wspomnienia dotyczą dnia, który okazał się punktem zwrotnym dla dziejów całego narodu to tym bardziej pamiętamy wszystko to, co tego dnia było naszym udziałem. 1 września 1939 roku to niewątpliwie taki właśnie dzień zwrotny w dziejach naszego narodu.

 

Pani Wanda, którą zapytałem o jej własne wspomnienia dotyczące pierwszych chwil wojny niezbyt chętnie wraca pamięcią do tamtych dni. – Przecież nikt nie chce wspominać złych chwil – mówi. I choć niechętnie ludzie starsi wracają pamięcią do tamtych dni to jednak Pani Wanda wierzy, że poprzez swoją opowieść pozostawia ślad w zbiorowej pamięci narodu. Że opowiadając swoje przeżycia, mnie przekazuje tak jakby swoje wspomnienia w depozyt mojej pamięci. Bo można wybaczać – mówi – ale nie wolno zapomnieć.

 

Pani Wanda urodziła się w 1926 roku w Niemczech w portowym mieście Rostock gdzie jej rodzice po zakończeniu pierwszej wojny światowej postanowili ułożyć sobie życie. W 1933 roku, gdy Adolf Hitler został kanclerzem, Rzesza Niemiecka okazała się nie najlepszym miejscem do pracy i życia dla polskiej rodziny. Więc rodzice małej, siedmioletniej Wandy postanowili wrócić do ojczyzny, do której i tak tęsknili. Po powrocie do kraju rodzina zamieszkała w małej miejscowości w okolicach Częstochowy gdzie Pani Wanda nie bardzo potrafiła się zaaklimatyzować, bo chodząc w Rostocku do niemieckiego przedszkola lepiej mówiła po niemiecku niż w ojczystym języku. A dzieci potrafią być najbardziej okrutne dla tych, którzy nie są podobni to nich samych.

 

Mała Wanda jednak z czasem przywykła, a rodzice też ułożyli sobie życie w Polsce. Ojciec Pani Wandy prowadził małą obwoźną księgarnię oraz kiosk z gazetami. Więc w jej domu ciągle czytało się i następnie dyskutowało w gronie rodziny i przyjaciół o spodziewanej wojnie z Niemcami. Ale też do końca wierzono, że Hitler przestraszy się siły naszej dzielnej armii i wojny nie będzie. A jeśli nawet będzie wojna, to nasi żołnierze przy pomocy sojuszniczej Anglii i Francji szybko się z Niemcami rozprawią. Jak można było w to wątpić? Przecież wszystkie gazety zapewniały o naszej potędze.

 

– Mieliśmy radio w domu, więc o wojnie dowiedzieliśmy się prawie natychmiast. My mieliśmy tylko takie małe radio ze słuchawkami. Ale taki duży i porządny odbiornik lampowy miał taki jeden właściciel sklepu, więc od samego rana słuchyć było na całą miejscowość przemówienia Hitlera na przemian z komunikatami polskiego rządu – tak Pani Wanda pamięta pierwszy września 1939 roku.  – Mój ojciec kazał zdejmować mamie ze sznurów suszące się przed domem prześcieradła, bo białe było widać z daleka. Tak się ludzie wtedy bali  niemieckich samolotów, choć teraz wydaje się to śmieszne – dodaje.

 

Po chwili Pani Wanda snuje dalej swoją opowieść: – W trzydziestym dziewiątym miałam 13 lat. Uciekaliśmy przed Niemcami aż pod Kielce na rowerach. Choć sami nie wiedzieliśmy gdzie i do kogo uciekamy. Najważniejsze było, że uciekamy przed frontem. Wszyscy przed wojną jeździliśmy rowerami. Cała rodzina. Na wycieczki, do lasu, nad jezioro. Więc ojciec powiedział, że na rowerach będzie uciekać najporęczniej.  Wszyscy sąsiedzi uciekali… to i my uciekaliśmy. Tak bardzo się wszyscy wtedy bali… Ale też wierzono, że jak przejdzie front to zaraz się do domu wróci.  Szosa, którą jechaliśmy zawalona była taborami z wojskiem, z rannymi ludźmi. Pełno tam było samochodów oraz wozów konnych załadowanymch dobytkiem. Wszędzie ludzie, konie, krowy, psy i kozy uwiązane do wozów. Na furmankach, małe dzieci i starzy schorowani ludzie jechali obok warchlaków i kurczaków. Nad szosą, co pewien czas ukazywał się samolot. Więc kto nie zdołał uskoczyć do lasu ginął na szosie, gdzie martwy lub ranny tarasował drogę innym.

 

– Pod Kielcami wpadliśmy prosto na niemiecki patrol żandarmerii wojskowej. Po przeszukaniu żołnierze Wermachtu znaleźni u mojego ojca brzytwę. Wtedy wszyscy golili się brzytwą. Jednak Niemcy uznali ją za broń. Obydwoje rodzice doskonale mówili po niemiecku, więc starali się oficerowi wytłumaczyć, że ta brzytwa to nie żadna tam broń. Ja wtedy cały czas bardzo płakałam niespokojna o los mojego ojca. Gdy niemiecki żołnierz to zauważył powiedział do mnie po niemiecku: nie płacz, my tylko sprawdzimy, kim jest twój ojciec. I go puścimy do domu. Żandarmi pocieszali mnie mówiąc, że to takie rutynowe działanie z tym zatrzymaniem mojego ojca, żebym nie płakała i się nie bała. Że na pewno wszystko się wyjaśni. Że ojciec na pewno niedługo wróci do domu.  No i go zabrali na ciężarówkę i pojechali. A ja na do widzenie dostałam jeszcze od niemieckich żołnierzy talerz zupy i kromkę chleba – wspomina Pani Wanda.

 

– Moja mama nie bardzo wiedziała, co ma w tej sytuacji robić, więc zostawiła jeden rower, ten ojca, na szosie i same wróciłyśmy z powrotem do domu. Przez nikogo tym razem nie niepokojone. W mojej miejscowości Niemcy już byli. Stali na rynku, mieli motory, ciężarówki. Wszyscy niemieccy żołnierze byli bardzo radośni i zadowoleni. Coś tam do mnie wołali, ale mama nie pozwoliła mi z nimi rozmawiać. A ja za bardzo się ich bałam. I tak zaczęło się pięć lat okupacji. Niedługo byłam w domu, w 1940 roku skończyłam czternaście lat i musiałem wyjechać do Niemiec do pracy. Wróciłam w czterdziestym piątym. A co z moim ojcem? Faktycznie puścili go, ale nie zaraz, lecz za trzy dni. Wrócił do domu na piechotę z tych Kielc – kończy swoją opowieść o pierwszych dniach wojny Pani Wanda.