Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Dziura wyhodowana zgodnie z normą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Jak robi się żółty ser z dziurami? Bierze się dziurę, a następnie oblewa ją się serem. Przypomniało mi się to zdanie podczas postoju w korku, gdy z nudów i z przymusu obserwowałem drogowców, którzy usiłowali załatać kolejną z tysiąca dziur na jezdni. Polski drogowiec jest jak serowar. W ich przypadku też, żeby powstała zdatna do jazdy droga, budowniczy bierze dziurę a następnie oblewa ją asfaltem. Powiecie, że przecież oni dziury łatają, a nie robią. W zasadzie tak. Ale jak ktoś buduje tak, że po miesiącu się rozpada, to z zapałem buduje właśnie wielkie dziury. Nasi drogowcy są jak tak najlepsi serowarzy. Ci pierwsi starają się o swoje dziury w serze, ci drudzy budują drogi, które na pewno już po kilku miesiącach będą posiadać przepiękne zadziurzenie.

 

Jestem przekonany, że występuje u nas unikalne na skalę światową zjawisko hodowli dziur w drogach. Bo jeśli drogowcy używają technologii, która w stu procentach gwarantuje, że już po kilku miesiącach droga będzie wyglądać jak ser, to jak nie uwierzyć, że właśnie o hodowlę dziur w jedni chodzi, a nie o jej trwałość. Naszym drogowcom te dziury są niezbędne do przetrwania. Bo ileż to ludzi musi je łatać. Ile na to idzie pieniędzy. Cały drogowy przemysł istnieje wokół dziury w drogach. Na początku buduje się nową drogę, która już z założenia nie przetrwa roku. Potem się ją przez kilka lat remontuje. A następnie buduje się nową drogę. I tak w kółko. Stale i bez przerwy tysiące ludzi i kilkadziesiąt firm ma zajęcie przy nieprzerwanej budowie lub odbudowie dróg. A że to wszystko jest tylko produkowaniem dziury w całym? O to chodzi. Ważne, że interes się kręci.  Ludzie mają zajęcie. Więc może warto przyznać, że nasze drogownictwo to taka nowoczesna forma przeciwdziałanie bezrobociu. Może już czas przestać powielać w nieskończoność teorie o tym, że u nas zima jest znacznie cięższa niż sto kilometrów dalej u Niemców. I dlatego u nas dziura w jezdni musi bezwzględnie występować znacznie częściej niż na zachodzie Europy.

 

Co z tego, że szacunkowy koszt budowy drogi asfaltowej jest o około dwadzieścia procent niższy niż drogi betonowej, jeśli już po dziesięciu latach droga o nawierzchni asfaltowej najczęściej wymaga gruntownego remontu? Droga betonowa może być eksploatowana nawet przez czterdzieści lat. Więc tylko hodowlą dziur w drogach można tłumaczyć to powszechne zamiłowanie drogowców do technologii, zapewniającej im stałą i nieprzerwaną pracę. Czyli wieczny remont i łatanie asfaltowych nawierzchni.

W moim mieście panuje obiegowa opinia, że powodem występowania wiecznych dziur w jezdniach jest to, że do budowy ulic użyto złej jakości materiałów. Sprawa w przekonaniu mieszkańców jest prosta. Jeśli po kilku miesiącach na nowo remontowanych ulicach pojawiły się dziury i pęknięcia, to nie jest to wina ogólnie złej sytuacji, ale właśnie złej technologii. Czy dobrze, że przetargi na budowę dróg wygrywają firmy, które składają najtańsze oferty w przetargach, a nie te, które oferują najwyższą jakość i najwyższą trwałość nawierzchni. 

Ale to tylko opinia ludu ciemnego, bo światli urzędnicy magistratu od dróg miejskich nie podzielają tej opinii. Oni twierdzą, że do budowy ulic muszą być wykorzystywane materiały, które spełniają określone przepisami normy. Czyli norma jest właściwa tylko, że na drodze już się nie sprawdza. Mamy tu odwieczny konflikt między teorią a praktyką. Urzędnicy twierdzą, że skład warstwy bitumicznej jest zawsze przed odbiorem inwestycji przebadany w laboratorium. A jak nawierzchnia nie spełnia tych wyśrubowanych norm, to wykonawca musi zerwać to, co ułożył i wykonać pracę od nowa. Tyle teorii. Jak jest naprawdę wystarczy udać się samochodem na wycieczkę po drogach mojego miasta. Normę nawierzchnia spełniła, ale i tak się rozleciała. Ciekawe czy są jakieś normy zadziurzenia na metr kwadratowy nawierzchni.