Teoria zależności
Jest, no na pewno jest, ogromna zależności między dziećmi a korkami na ulicach. Pamiętam jak dwa miesiące temu wyjechałem jak zawsze do pracy i… Przyjechałem do biura dwadzieścia minut wcześniej. Na ulicach było pusto. Samochody płynnie sunęły ulicami w sporych odstępach między sobą. Kilka razy sprawdzałem wtedy czy aby nie jest przypadkiem sobota czy niedziela. Nie, to był normalny dzień pracy. Więc dlaczego tak pusto i spokojnie? – Zastanawiałem się. Od razu wyjaśniam, że nie posiadam dzieci, co jest ogromnym usprawiedliwieniem dla mojej niewiedzy, co do przyczyn takiej pustki na ulicach mojego miasta. Pewnie się wszyscy domyślają, co spowodowało taki nagły z dnia na dzień brak korków. Po prostu zaczynały się wtedy wakacje. Powie ktoś: – to nie przez dzieci, to tak zwyczajnie. W wakacje wszyscy wyjechali z miasta na urlopy i dlatego jest tak pusto na drogach. O nie, to błędne myślenie. Przecież nie jest możliwe żeby tak jednego dnia tłumnie ruszyło społeczeństwo mojego miasta na wakacje. Bo jakby tak było to właśnie wtedy utworzyłyby się gigantyczne korki. I tak się nie stało. Więc przyczyna jest na pewno inna.
Po tym jak dziś jechałem do pracy czterdzieści minut – a jeszcze kilka dni temu, tę samą trasę pokonywałem w czasie połowę krótszym – poznałem, że zdecydowanie skończyły się wakacje. A w zasadzie rozpoczął się rok szkolny. Bo to tu jest przyczyna porannych korków na ulicach. Pierwszego września odebrałem telefon o godzinie dziesiątej pięćdziesiąt trzy. Dzwoniła moja koleżanka z pracy. – Jest szef? – Spytała. – Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo od rana nie wystawiłam nosa poza swój pokój w biurze. – A bo co? Coś się stało, że cię nie ma? – Dopytałem z troską w głosie. – Nie, wszystko dobrze – usłyszałem w odpowiedzi od koleżanki, – ale stoję samochodem w strasznym korku, tak, że pewnie zejdzie mi z dojazdem do pracy jeszcze czterdzieści minut. Obliczyłem szybko. Pracujemy od ósmej. Jest za minutę jedenasta. A ona będzie jechać jeszcze czterdzieści minut. Czyli będzie przed południem! Strasznie – zważywszy, że ona mieszka właściwie nie tak daleko ode mnie! A mnie się jakoś udało dotrzeć na czas do pracy. Może to jakaś katastrofa? Może jakiś wypadek? Tak sobie siedziałem i obliczałem i zastanawiałem się jak to możliwe jechać kilka kilometrów w cztery godziny, gdy nagle do mnie dotarło. Pierwszy września! Pierwszy dzień szkoły! A ona przecież matka dzieciom. Więc naturalnym jest, że nie mogła w żaden sposób dotrzeć na ósmą do pracy. Nie mówiła o tym, że dostarczała dzieci do miejsca nauczania, bo dla matki polki jest zupełnie naturalne, że jak jest potrzeba zajmowania się dziećmi to wszystko schodzi na dalszy plan.
Wyjechałem dziś z domu i od razu za pierwszym zakrętem zatrzymał mnie korek na drodze. Stałem sobie i obserwowałem jak w oddali samochody mamuś i tatusiów zatrzymują się przed szkołą – jak to mi wyjaśniła kiedyś pewna mama – na dosłownie chwileczkę – po czym po czułym pożegnaniu z pociechą auta – już puste, bez dzieci odjeżdżają. Niektórzy rodzice są bardziej czuli i opiekuńczy, więc wjeżdżają na szkolny parking. Tam następuje rytuał pożegnania. A następnie znów samochód rodzica stara się włączyć do ruchu na drodze. I to wszystko trwa. I to wszystko wymaga czasu. I to wszystko powoduje korek na drodze. Od razu wyjaśniam, że ja rozumiem potrzebę bezpiecznej drogi do szkoły. Ja tylko chcę, pokazać, że istnieje bezwzględna zależność między ruchem drogowym a dziećmi w szkołach. Jak są na wakacjach, czy mają od szkoły wolne – na ulicy jest pusto. Jadą do szkoły w samochodach rodziców – są korki.
