Co krok to prorok
Znajomy dziennikarz opowiadał mi o pewnej pani, która przez kilkanaście lat z wielką regularnością odwiedzała jego redakcję. Pani ta miała zawsze w ręku lokalną gazetę i dyżurującemu dziennikarzowi z zawziętością i lekkim wzburzeniem podczas każdej wizyty wskazywała palcem odpowiedni artykuł, po czym go przekonywała: – Wy tu panowie o ( tu wstawiała odpowiedni temat z gazety) piszecie a przecież ten konkordat. I tak było, co kilka tygodni. Pani była jak to się mówi niegroźnie zakręconą. A szczególnie zafiksowało ją na punkcie kościoła z konkordatem na czele. Taki mały, niegroźny, choć irytujący dziennikarzy bzik. Przypomniało mi się to, gdy przeczytałem w Gazecie Wyborczej, że według Komisji Majątkowej kościół katolicki otrzymał sześćdziesiąt tysięcy hektarów. Tylko sama Agencja Nieruchomości Rolnych oddała kościołowi aż siedemdziesiąt sześć tysięcy hektarów. Coś tu się wyraźnie nie zgadza. Wynika z tego, że po dwudziestu latach działania Komisji Majątkowej nikt dokładnie nie wie, ile ziemi dostał Kościół wskutek jej decyzji. Pani, o której pisałem na wstępie, wielokrotnie mówiła jak wynikało z relacji mojego znajomego dziennikarza o tym, że: – tak tylko dają i dają kościołowi ziemie i nikt nie wie ile. Wtedy – kilka lat temu – wydawało się, że to takie tylko gadanie pewnej niezrównoważonej pani, która ma kościołowi coś za złe. A tu proszę – słowa jej okazały się prorocze.
Znałem takiego pana, który gdy mnie spotykał na ulicy zawsze podczas naszej rozmowy jakimś dziwnym trafem zahaczał o prywatyzację majątku państwowego. Zaczynaliśmy rozmawiać o pogodzie… A po chwili dyskutowaliśmy o prywatyzacji. Wiele padało wtedy z jego strony oskarżeń o pazerność, złodziejstwo, o niekontrolowane rozdawnictwo i takie tam podobne. Zawsze myślałem o nim: dziwny gość. A tu proszę nie wariat, ale prorok. Przewidział najdziwniejszą prywatyzacje na świecie. Komisja działająca przy resorcie spraw wewnętrznych i administracji na mocy ustawy z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku, dotyczącej stosunków państwa i Kościoła, zajmujaca się m.in. roszczeniami strony kościelnej w sprawie dóbr kościelnych bezprawnie zagarniętych przez państwo w okresie PRL, przekazała od początku swej działalności Kościołowi ponad pięćset nieruchomości za ponad dwadzieścia cztery miliardy złotych i grunty rolne o powierzchni siedemdziesiąt sześć tysięcy hektarów. Czyli jak wyliczył pewien poseł lewicy kilkadziesiąt przedszkoli, szkół podstawowych, ponadpodstawowych, Domów Dziecka, Domów Pomocy Społecznej, 19 szpitali, obiektów służby zdrowia, czyli tzw. ZOZ-y, muzea, teatry. Nawet budynek prokuratury, budynek sądu rejonowego, budynek operetki oraz browar. Pamiętam też, że majątek przekazany przekroczył już dawno wartość tego, co kościół posiadał przed wojną. I teraz jest największym posiadaczem ziemskim w naszym kraju. To się nazywa prywatyzacja!
Dziś na ulicy słyszałem fragment rozmowy dwóch panów. Nie wiem, czego dotyczyła, bo usłyszałem tylko końcówkę: – Jak ja bym tak prowadził interesy to by mnie dawno zamknęli – przekonywał jeden z rozmawiających. – No chyba, że byś to robił na państwowym etacie, nie prywatnie – dodał drugi. No tak! Faktycznie. Jest spora różnica. Zwykły prywatny przedsiębiorca czy nawet szary obywatel musi przed państwem wyspowiadać się z wydanej każdej złotówki, bo przecież od każdego grosza jest stosowny podatek. Za to taka komisja do spraw przekazywania państwowego majątku kościołowi nie musi przedstawiać sprawozdań ze swych prac. Nikt nie nadzoruje wycen ani oddawanych gruntów, ani tych, za które państwo płaciło odszkodowanie. I od jej decyzji nie ma odwołania. Niby wszystko w Polsce powinno być zgodne z konstytucją, ale jak w grę wchodzi dobro Kościoła oraz wielkie pieniądze to nie jest już tak łatwo. Od każdej prawie decyzji urzędniczej możesz się odwołać do sądu, ale nie od decyzji Komisji Majątkowej.
