Pensja na trudne czasy
Właśnie odebrałem telefon. Trochę się zdziwiłem, gdy zobaczyłem, kto do mnie dzwoni. Przecież ten mój kolega nie kontaktował się ze mną od dobrych kilku miesięcy. A tu nagle telefon. Pomyślałem, że albo coś się stało niedobrego albo coś ode mnie chce. Przecież tak bez powodu by nie zadzwonił. No i miałem rację. Stało się coś dla niego niedobrego i właśnie w związku z tym miał do mnie sprawę niecierpiącą zwłoki. Po krótkim grzecznościowym wstępie szybko przeszedł do sedna sprawy i zapytał: – Mógłbyś mi pożyczyć tysiąc złotych. – Niech pomyślę, od kogo, bo na pewno nie ode mnie – odpowiedziałem w ten sposób, bo wydawało mi się to na swój sposób zabawne. Okazało się, że nie było mu do śmiechu. – Mówię poważnie, muszę mieć dziś tysiąc złotych – nalegał kolega. – Nie mam takiej gotówki i nawet nie znam nikogo, kto by miał – odparłem. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, a gdy odłożyłem słuchawkę telefonu pomyślałem, że ja faktycznie nie znam nikogo, kto by mógł mu pożyczyć. Niby znam tylu ludzi a wśród nich nawet kilku bogatych, – co w moim przypadku nie jest trudne – ale tak naprawdę to jak trzeba szybko pożyczyć pieniądze to nikt ich nie ma. W serialu Czterdziestolatek jest taka scena rozmowy Karwowskiego z jego szwagrem, podczas której Stefan chce pożyczyć pieniądze na kupno działki. – Mówią, że ja jestem bogaty… No niby jestem – mówi szwagier Karwowskiego, – ale tak faktycznie to ja pieniędzy nie mam. Ta scena zawsze mi się przypomina, gdy przychodzi do rozmowy z kolegami, którzy wydawałoby się dysponują większą gotówkę. Bo tak naprawdę każdy coś tam ma – kapitału w sensie – ale jak przyjdzie do pożyczania to nikt nie ma.
Oczywiście nie ma co generalizować. Są tacy, co… tu znowu posłużę się słowami szwagra Czterdziestolatka: – eeeeeeeee, dwadzieścia tysięcy to ja mam przy sobie. I jak mają to pożyczą. Ale takich nie jest wielu. Większość moich znajomych to raczej narzeka na brak gotówki. I nie ma co im się dziwić. Są jak większość Polaków, czyli groszem nie śmierdzą, bo starają się z miesiąca na miesiąc związać koniec z końcem. Gdzieś, kiedyś wyczytałem, że zarobki ponad sześćdziesięciu procent Polaków nie przekraczają średniej krajowej. Jeśli co drugi z pracujących zarabia na poziomie takim, że ledwo starcza mu na przeżycie to faktycznie jak tu coś pożyczyć. Zainspirowany tą myślą postanowiłem przepytać osoby pracujące ze mną w biurze o pożyczkę. Liczyłem na to, że jeśli co drugi zarabia więcej to może uda mi się wesprzeć kolegę i pożyczyć dla niego te tysiąc złotych. Niestety. Okazało się, że jednak sto procent moich współpracowników zalicza się widać do grupy tych, co to zarabiają tak mało, że prośba o pożyczkę tej wysokości wywołuje u nich tylko nerwowy śmiech. Polityka firmy nie pozwala na informowanie ile, kto z nas zarabia, ale po tym teście z próbą pożyczki chyba jestem skłonny stwierdzić, że krajowa norma co do przeciętnych zarobków nie przekraczających średniej płacy jest jak najbardziej przystająca do sytuacji w mojej firmie.
Nie narzekam, albo właściwie narzekam umiarkowanie. Bo jak mawia mój znajomy przedsiębiorca o swoich pracownikach: – Niech się cieszą, że tyle zarabiają, bo zasiłek jest jeszcze niższy. Więc nie narzekam. Tylko mnie to wnerwia, że niby coś tam zarabiam…. że niby jest to nawet sporo jak na warunki płacowe w moim prowincjonalnym mieście… ale jak przyjdzie komuś pomóc to się okazuje się, że nie mogę koledze pomóc pożyczką, bo zarabiam właśnie to niby. Premier Donald Tusk powiedział kilka dni temu po posiedzeniu rządu, że jest sceptyczny wobec propozycji podnoszenia płacy minimalnej w Polsce. – Szczególnie w tych trudnych czasach – dodał szef rządu. Jeśli w Polsce sześćdziesiąt pięć procent pracujących zarabia poniżej średniej pensji krajowej to pewnie wielu jest wśród nich takich, co zarabiają najniższą krajową. Tak, zdecydowanie premier ma rację, to są dla nas trudne czasy. A wygląda na to, że jak tak dalej pójdzie będzie jeszcze gorzej.
